Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

20/2013 Stokrotki w śniegu i Bliżej słońca - Richard Paul Evans

Tytuł oryginału: The Christmas List
Tłumaczenie: Ewa Bolińska-Gostkowska
Wydawnictwo Znak
Kraków 2010
Literatura amerykańska
Gatunek: powieść obyczajowa

Tytuł oryginału: The Sunflower
Tłumaczenie: Dorota Kaczor
Wydawnictwo Znak
Kraków 2012
Literatura amerykańska
Gatunek: powieść obyczajowa

W zeszłym miesiącu przeczytałam Stokrotki w śniegu Richarda Paula Evansa. Książka ta wywołała u mnie tyle pozytywnych emocji, że stwierdziłam, że w trybie przyspieszonym muszę przeczytać jeszcze coś ‘evansowego’. Z jednej strony wydawało mi się, że wszyscy oprócz mnie już znają twórczość tego autora. Z drugiej strony miałam wrażenie, że już kiedyś czytałam jakąś książkę Evansa, ale nie byłam pewna, czy ‘tego’ Evansa. I tu bukowniczek spełnił swoje zadanie jako wirtualny pamiętnik – okazuje się, że była to książka Doskonały dzień dokładnie tego samego autora.

O ile Stokrotki w śniegu podobały mi się ogromnie, o tyle Bliżej słońca, lub, jak kto woli, Słonecznik (bo i pod takim tytułem książka ta była wydana w Polsce) skończyłam w sumie tylko dlatego, że powieść tę bardzo szybko się czyta. To książka oparta na wziętej z życia historii dwojga ludzi, których połączyło przeznaczenie... Paul, przytłoczony ciężarem niepowodzeń w pracy, ucieka przed odpowiedzialnością do dalekiego Peru, gdzie angażuje się w pomoc bezdomnym dzieciom. Christine, porzucona przez narzeczonego dzień przed ślubem, jedzie z koleżanką na wycieczkę ... również do Peru. Można się domyślać, co będzie dalej. Historia może nie byłaby tak banalna, gdyby nie sposób, w jaki została przedstawiona. Bohaterowie są tak powierzchowni, że o jakimkolwiek rysie psychologicznym nie ma mowy. Dialogi tak płytkie, że nie powstydziłaby się ich niewolnica Izaura z brazylijskiej telenoweli. A w sumie szkoda, bo to naprawdę wartościowa historia pokazująca, jak ludzkie plany są weryfikowane przez życie. To również historia, która pokazuje, że „miłość jest silniejsza od bólu” [nie podaję numeru strony tego cytatu, bo został powtórzony co najmniej dziesięć razy].


Z kolei Stokrotki w śniegu z kolei to opowieść o wewnętrznej przemianie. Bohaterem jest James Kier, człowiek, który w życiu zawodowym osiągnął wielki sukces. Nie można jednak tego powiedzieć o jego życiu osobistym - przynajmniej do momentu, w którym go poznajemy. A poznajemy go w chwili, gdy pod wpływem niespodziewanych okoliczności przychodzi na niego chwila refleksji, która sprawia, że James chce zmienić swoje życie i naprawić krzywdy, których inni doznali z jego powodu. Stokrotki w śniegu to powieść o drodze do uzyskiwania przebaczenia i o wybaczeniu sobie samemu. To również powieść o szacunku do drugiego człowieka, o uczciwości i o prawdziwej miłości, o tym, że nie doceniamy tego, co mamy. To powieść o tym, jak bardzo można zawieść drugiego człowieka i o tym, jak trudno odzyskać zaufanie. Pewnie dla niektórych ta powieść to podobny banał, jak dla mnie Bliżej słońca, jednak na mnie zrobiła wrażenie. Przede wszystkim jest lepiej napisana – naprawdę odniosłam wrażenie, że obie te powieści napisał ktoś inny. 


Możliwe, że moje odczucia pokazują, że każda książka musi trafić na dobry moment u czytelnika, żeby mogła się podobać. Może po prost zbytnio się rozpędziłam z tym Evansem... Na razie wystarczy Evansa.

Obie książki przeczytałam w ramach Wyzwania osobistego (styczeń i luty 2013) 
Lista nr 1 "Chyba tylko ja nie czytałam..."

"Stokrotki..." to książka z mojej półki :-)

 

niedziela, 26 lutego 2012

Genialna maszyna. Biografia serca - Stephen Amidon, Thomas Amidon


 
Genialna maszyna. Biografia serca
Stephen i Thomas Amidon

Tytuł oryginału: The sublime engine. A biography of the human heart
Tłumaczenie: Adriana Celińska
Wydawnictwo Znak
Kraków 2012
262 strony
*****************
 Pierwsze zdanie:
Wyobraź sobie, że żyjesz w czasach prehistorycznych.
Ostatnie zdanie:
I tym razem bogowie ich nie sądzili, a lekarze, także śmiertelnicy, którzy jednak, dzięki pracy swoich poprzedników-wizjonerów, potrafili zajrzeć w głąb każdego serca i odczytać zawartą w nim prawdę.
**************
Miejsce akcji:

Grecja - Kos, Anglia - Londyn, Włochy - Umbria, Viareggio, Niemcy - Eberswalde, Stany Zjednoczone - Waszyngton

*******************
Bracia Stephen i Thomas Amidon, z których jeden jest pisarzem, a drugi lekarzem kardiologiem, to autorzy niezwykłej książki Genialna maszyna. Biografia serca. Książka ta jest doskonałym przykładem na to, że o tym, co niełatwo zrozumieć, można napisać zrozumiale. Trzeba tylko znaleźć sposób. Bracia Amidon znaleźli go i świetnie wykorzystali. 

Fakt, że tym razem bohaterem biografii nie jest osoba, może wydawać się zdumiewający. Jednak bracia Amidon potraktowali serce bardzo osobowo. Jest ono bohaterem każdego fikcyjnego opowiadania poprzedzającego część informacyjną we wszystkich rozdziałach książki – rozwiązanie, które wydaje mi się bardzo oryginalne. Ułatwia to zrozumienie funkcjonowania serca oraz sposób postrzegania go w danej epoce i pozwala uświadomić sobie, jak bardzo realia i poglądy epoki miały wpływ na to, jak postrzegano serce. Autorzy przedstawili wiele istotnych faktów i medycznych dokonań, pokazując, jak poprzez wieki zmieniał się stan wiedzy o genialnej maszynie, która żyje w nas. Ubogacili też historię serca o elementy związane z kulturą i obyczajowością. A co najciekawsze wybiegli myślą w przyszłość, prezentując metody, jakie mogą być stosowane w nowoczesnej kardiologii.

Krótko mówiąc:
Genialna maszyna − genialna książka. Biografia serca − oryginalny pomysł.

*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - trochę dziwna, choć w sumie trafna
C - ciekawa? - wyjątkowa; oby takich książek było więcej!
E - emocje? - jak na książkę popularnonaukową, to wywołuje całkiem sporo emocji
N - negatywy? - według mnie - idealna
A - ambitna? - poszerzająca horyzonty; oryginalne podejście do tematu.

Dodam jeszcze, że książka jest świetnie opracowana redakcyjnie, co dla mnie jest bardzo ważne. Nie ma błędów, które przeszkadzają czytelnikom uczulonym na takie niedociągnięcia :-)

POLECAM:
- wszystkim zainteresowanym biologią, medycyną i osobom, które interesuje funkcjonowanie organizmu człowieka,
- osobom, które nie ustają w zdobywaniu wiedzy,
- książka uniwersalna - można polecić każdemu.

*****************
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.

wtorek, 7 lutego 2012

Puszczyk - Jan Grzegorczyk

 
Puszczyk
Jan Grzegorczyk
Wydawnictwo Znak
Kraków 2012
430 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
W niedzielę wieczorem przyszedł esemes od Michała.
Ostatnie zdanie:
Uniosłem do ust...
*****************
Bohaterowie:
Staszek Madej, ksiądz Melchior Górski, ksiądz Janek Pawelski, Radek Siejkowski, Antoni i Helena Mizerowie, Myszka-Iwona, Magda, Krystyna, Arek Kalecki, Marek Donar, pies Ruben, ojciec Pio ;-)
*******************
Miejsce akcji:
Rojno, Toruń 

*******************
Pan Jan Grzegorczyk pewnie spadłby z krzesła, gdyby wiedział, że są takie czytelniczki – a na pewno jedna – które uważają/uważały go za przedstawiciela duchowieństwa ;-) To zabawne, ale do wczoraj byłam o tym święcie przekonana. To pewnie z powodu księdza Grosera, głównego bohatera cyklu książek: Adieu, Trufle oraz Cudze pole, z których dwie pierwsze czytałam już dawno temu. Adieu bardzo mocno utkwiło mi w pamięci. Jako że lubię sobie poczytać o autorze, „wygooglałam” trochę informacji o Janie Grzegorczyku. Żałujcie, że nie widzieliście mojej miny, kiedy przeczytałam, że autor ma żonę Justynę, dwie córki i dwóch wnuków...

Spodziewałam się, że tematem kryminału napisanego przez księdza ;-) będzie albo zabójstwo przedstawiciela tego stanu, albo kradzież unikatowych dzieł sztuki o tematyce sakralnej. Można powiedzieć, że nawet trochę odgadłam, a największą pomyłką okazało się „przypisanie” pana Jana Grzegorczyka do stanu duchownego. Co do elementów kryminalnych książki, to jest i morderstwo księdza, i dzieło sztuki o szczególnej wartości, choć tematyka obrazu nie nawiązuje do sacrum. Jest też sporo innych elementów, ale autor świetnie poradził sobie z poukładaniem ich w zgrabną, trzymającą w napięciu historię. Tajemnicze dochodzenie Stanisława Madeja vel „Puszczyka” i Radka-Siejka, którzy na własną rękę próbują rozwikłać zagadkę związaną ze śmiercią proboszcza Melchiora Górskiego, naprawdę nie pozwala odłożyć książki. Lubię takie kryminały, które czytam i nie mogę powstrzymać się od główkowania i podejrzewania wszystkich bohaterów po kolei. I które trzymają w napięciu do ostatniej strony. A taki właśnie jest Puszczyk.

Nie jest to jednak tylko suchy kryminał. Bohaterowie powieści to barwne postacie, które doświadczają cierpienia i duchowych zmagań i z rzeczywistością, którzy przez całe życie dźwigają ciężar milczenia, których serca skrywają nierozwiązane problemy - tak trudne, że lepiej by nigdy nie ujrzały światła dziennego. A jednak... Odkrycie jednej tajemnicy pociąga za sobą następne i nie da się już tego przerwać.

Podobnie jak w powieści Adieu, w Puszczyku Janowi Grzegorczykowi udało się pokazać księdza jako zwykłego człowieka, który wcale nie jest uświęcony z urzędu, ale zupełnie zwyczajny. Głównym przesłaniem jest stara prawda, że żaden człowiek nie ma prawa potępiać drugiego. Niby oczywiste, tylko dlaczego tak często zapominane?
*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - bardzo ładna, nieco mroczna, świetnie dobrane kolory
C - ciekawa? - bardzo wciągająca, mocno trzymająca w napięciu do końca
E - emocje? - miłe zaskoczenie, trochę strachu, trochę złości nieostrożność głównego bohatera
N - negatywy? - myślałam, żeby tu wpisać, że nie podobały mi się niektóre cechy Staszka Madeja, ale potem doszłam do wniosku, że cechy, jakimi obdarzył go autor są doskonale dobrane. Madej musiał być właśnie taki – trochę lekkomyślny, trochę nieżyciowy, i musiał trochę za dużo paplać ;-)
A - ambitna? - jest się nad czym zastanowić

POLECAM:
- wielbicielom kryminałów, którzy lubią się pokusić o samodzielne rozwiązywanie zagadki,
- czytelnikom, którzy lubią "jeszcze to głębsze coś,
- niedowiarkom, którym trudno uwierzyć, że w realiach "wokół kościoła" można umieścić ciekawą akcję powieści.


*****************
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.

niedziela, 27 listopada 2011

Pomysłowy gadżet od Wydawnictwa Znak

Dobre wieści od Wydawnictwa Znak :-)

Święta już za miesiąc! Nie wiesz, co kupić mamie, przyjaciółce czy koledze? Nie masz pomysłu na prezent dla dziadka, brata albo kuzynki? Od teraz wybór prezentu może być dużo prostszy! Wydawnictwo Znak stworzyło WYSZUKIWARKĘ PREZENTÓW, która ułatwi wybór odpowiedniej książki. Wystarczy wejść na www.prezent.znak.com.pl i określić wiek, osobowość i zainteresowania - aplikacja podpowie Ci, które książki będą najlepszym prezentem dla Twoich najbliższych. Dodatkowo można je kupić ze zniżkami nawet do 30%!
 
Pospiesz się, żeby zdążyć przed świąteczną gorączką!

Przed chwilą sprawdziłam - wyszukiwarka działa bez zarzutu i rzeczywiście jest pomocna. Polecam zarówno wyszukiwarkę prezentów jak i książki Wydawnictwa Znak. Jest w czym wybierać.

piątek, 25 listopada 2011

Dziewięć wcieleń kota Deweya − Vicky Myron, Bret Witter


Dziewięć wcieleń kota Deweya
Vicky Myron, Bret Witter

Tytuł oryginału:
Dewey's Nine Lives. The Legacy of Small-Town Library Cat Who Inspired Millions

Tłumaczenie:
Ewa Bolińska-Gostkowska, Bartosz Gostkowski, Maksymilian Tumidajewicz, Magdalena Zielińska, Dariusz Żukowski


Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
363 strony

******************
Od długiego czasu stoi na mojej półce pewna książka i czeka na recenzję...

Mogę napisać co nieco dopiero dzisiaj, bo długo nie byłam w stanie ponownie wziąć do ręki książki Vicky Myron „Dziewięć wcieleń kota Deweya”, a to dlatego, że kiedy zaczynałam czytać tę książkę, mieszkały u mnie dwa kotki, a kiedy ją kończyłam, był już tylko jeden... Strasznie mi było żal małego czarnego futrzaka, który do nas trafił − niestety nie na długo. Zdążył jednak dostarczyć nam tyle radości, że bardzo ciepło go wspominamy. I teraz już robimy to często, choć trochę czasu zajęło nam przyzwyczajenie się do tej sytuacji i dojście do takiego stanu, że możemy już spokojnie o nim rozmawiać i wspominać, jak ssał ogonek, jak uparcie wdrapywał się na najwyższą szafę, jak zaczepiał o sto razy większego od siebie psa, jak podkradał jedzenie i dzielił się nim z psem, jak zaczepiał starszego kotka i zmuszał go do zabawy... :-)


 Są ludzie, którzy sądzą, że nie istnieje coś takiego jak więź człowieka ze zwierzęciem, a jedyne co zwierzę może dać człowiekowi, to przywiązanie w podziękowaniu za „pełną miskę”. Sądzę, że są to poglądy ludzi, którzy nigdy nie mieli zwierzaka i dlatego nie zdołali doświadczyć wielu innych uczuć, które budzą się w człowieku pod wpływem zachowania futrzaka. Bohaterowie książki „Dziewięć wcieleń kota Deweya” są świetnym dowodem na to, że relacja człowiek-kocur to jednak dużo więcej niż zadowolenie z powodu zaspokojenia głodu. Opowieści o kotkach zebrane przez Vicky Myron są reakcją ich właścicieli na wiadomość o śmierci niezwykłego kota Deweya (można o nim poczytać również w książce „Dewey. Wielki kot w małym mieście”) i wywołane chęcią podzielenia się z innymi pamięcią o swoich czworonożnych przyjaciołach. Każda z tych opowieści to dowód na to, jak zwierzaki potrafią odpłacić człowiekowi za ciepło i miłość, jak ‘balsamują’ zasmuconą duszę i jak potrafią zmienić człowieka i jego spojrzenie na życie.

Dla miłośników kotów „Dziewięć wcieleń kota Deweya” to lektura obowiązkowa, choć polecam ją również tym osobom, które twierdzą, że kotów nie lubią. Może po przeczytaniu kilku prawdziwych opowieści uwierzą, że koty to naprawdę fajne zwierzaki. :-)

*******************
Moja ocena: 5,5/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

wtorek, 8 listopada 2011

Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei – Krzysztof Składowski


Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei
Krzysztof Składowski
Rozmowy przeprowadziły:
Joanna Gromek-Illg i Maria Makuch

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
250 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Najpierw jest osłupienie.
Ostatnie zdanie:
I jestem szczęśliwym lekarzem.
******************
Do niedawna diagnoza „rak” znaczyła w zasadzie tyle co „koniec”. Profesor Krzysztof Składowski, lekarz onkolog, który ma na co dzień do czynienia z osobami walczącymi z tą chorobą – niewątpliwie jedną z najcięższych – w bardzo przystępny sposób odpowiada na pytania swoich dwóch pacjentek, które pokonały raka, a swoje doświadczenia postanowiły przekazać innym. W dialogu ze swoim lekarzem poruszają szczegółowe problemy, na jakie trafiają ci, których dotknie choroba. Nie jest to jednak wyłącznie poradnik dla osób, które właśnie zmagają się z chorobą. Głównym celem tej książki jest „oswojenie bestii” i pokazanie, że równanie „rak=śmierć” traci swą aktualność. Zdaniem autorów raka nie wyeliminuje się z rzeczywistości, podobnie jak nie wyeliminuje się innych przyczyn zgonów. On nadal będzie atakował i nadal trzeba będzie z nim walczyć. Jednak świadomość tego, że co roku dochodzą nowe sposoby, które zwiększają szanse na wygranie życia, jest bardzo optymistyczna. I tym optymizmem dzielą się autorzy tej książki.

W książce tej znajdują się zarówno praktyczne informacje dotyczące formalności w szpitalu, rodzajów badań, zabiegów, samopoczucia, rodzajów terapii, ale również wyjaśnione w bardzo przystępny sposób przyczyny powstawania raka i zapobiegania mu. Profesor Składowski podkreśla ważność badań profilaktycznych i w rzeczowy sposób wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest wczesne rozpoznanie. Książka jest mocno realistyczna. Krzysztof Składowski mówi, że „zawsze wierzył w medycynę”. Nie ma tu więc mowy o magicznych sposobach, ziołach, bioenergoterapeutach i innych „cudownych” sposobach, po które sięgają chorzy. Przedstawiona wiedza jest bardzo konkretna i poparta osiągnięciami medycyny i doświadczeniem w leczeniu. Profesor Składowski podkreśla również to, jak ważne jest to, aby pacjent był świadomy tego, co może się dziać w jego organizmie i jak będzie przebiegała terapia. Przypomina też o czymś niezwykle istotnym – „najważniejszym prawem pacjenta jest prawo do bycia informowanym” [str. 152]. Co więcej, pacjent może współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczącej rodzaju terapii, a dzięki temu dostosować ją do swoich potrzeb tak, by w trakcie walki mógł w miarę możliwości uczestniczyć w codziennym życiu.

Książka Krzysztofa Składowskiego, Joanny Gromek-Illg i Marii Makuch „Wspólnie pokonajmy raka” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, których walka z rakiem dotyczy bezpośrednio. Wydaje mi się, że dobrze na ten temat wiedzieć więcej niż mniej, chociaż nikt nie chce takiej diagnozy usłyszeć i nikt nikomu nie życzy tej choroby. Tego, że ona istnieje jednak nie zmienimy. Możemy tylko zmienić nastawienie do niej.

*******************
Moja ocena: 6/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

Traktat o szczęściu - Jean d'Ormesson


Traktat o szczęściu
Jean d'Ormesson

Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak-Wszelaki

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
300 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Pewnego pięknego lipcowego poranka, tonącego w żarze upalnego słońca, zadałem sobie pytanie o to, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy i co robimy na tej ziemi.
Ostatnie zdanie:
Wszystko jest dobrze.
******************
Pragnienie szczęśliwego życia i poszukiwanie szczęścia to chyba największe pragnienie człowieka. Nie znam nikogo, kto nie pragnąłby być szczęśliwy. Co ciekawe – dla każdego z nas szczęście oznacza co innego. I co by nie mówić – nie ma takiej możliwości, żeby z czyjejś recepty na szczęście skorzystać. Autor książki „Traktat o szczęściu” Jean d'Ormesson wie o tym doskonale, dlatego zadając pytania sobie, sprawia, że czytelnik również zaczyna zastanawiać się nad sobą i nad własnym życiem. Nic nie jest jednak czytelnikowi narzucone.

Jako filozof i agnostyk d'Ormesson stawia sobie wiele istotnych pytań. Jednak w „Traktacie o szczęściu” nie podaje czytelnikowi gotowych rad, gwarantujących temu, kto je zastosuje, natychmiastowe poczucie niekończącego się szczęścia. Stawia raczej na filozoficzne rozważania dotyczące tego, co ważne, co nienazwane, co nieuniknione, które sprowokują do myślenia, oraz na rzeczowe wyjaśnienia, które zamieszcza w rozdziałach zatytułowanych „Nić Ariadny”. Ich zadaniem jest pokazanie zagubionemu człowiekowi jak wygląda labirynt życia od zarania dziejów i jak porusza się w nim człowiek. W rozdziałach o alegorycznym tytule „Marzenie Starca” poznajemy myśli rozmarzonego i zadumanego nad ludzkim losem Starca, który patrzy na człowieka z pozycji Stwórcy. Jean d'Ormesson stawia sobie (i nam - czytelnikom) pytania, które prędzej czy później i tak każdemu się nasuną. Są to pytania o sens życia, o to, czy jest coś po śmierci, czy istnieje Bóg – i o wiele innych zagadnień egzystencjalnych takich jak czas, radość, wdzięczność.

Oprócz osobistych przemyśleń i rozważań autor „Traktatu o szczęściu” porządkuje historyczno-filozoficzne osiągnięcia ludzkości na przestrzeni dziejów. I właśnie z tej części książki najwięcej skorzystałam. Nie ze złotych myśli, nie z rozważań, ale z nietypowego przedstawienia historii człowieka. Może dlatego, że na wiele spraw poruszanych przez d'Ormessona mam ugruntowane poglądy.

„Traktat o szczęściu” jest nie tylko okazją do usystematyzowania swojej wiedzy filozoficzno-historycznej, ale i okazją do zatrzymania się nad tym, co umyka w codziennej gonitwie i natłoku spraw. 

Warto sprawdzić :-)
*******************
Moja ocena: 4/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

poniedziałek, 26 września 2011

Dziewczyny wojenne – Łukasz Modelski


Dziewczyny wojenne
Łukasz Modelski

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
306 stron

*****************
Co się stało 1 września 1939 roku, każdy wie. Jednak rzadko kto umie wymienić choćby kilka nazwisk kobiet, które w czasie II wojny światowej podjęły się bohaterskich czynów. Oczywiście nie podjęły się ich po to, aby zostać bohaterkami, ale dlatego, że wymagała tego sytuacja. Czasem zdecydował o tym przypadek, czasem pełna świadomość, a czasem poryw serca. W każdym przypadku taka decyzja oznaczała jedno – gotowość, aby pomagać innym i z narażeniem życia walczyć dla Polski.

Szczerze powiem, że niewiele wiem o tamtym okresie i niezbyt chętnie sięgam po literaturę o tematyce wojennej – parę dat, trochę suchych faktów, kilkanaście słów-kluczy. Dlatego „Dziewczyny wojenne” Łukasza Modelskiego wydały mi się dobrą okazją do tego, aby uzupełnić braki. Pomyślałam, że skoro to książka o dziewczynach i o wojnie, to może dam radę przebrnąć. Powiem przewrotnie – bardzo się pomyliłam… Jeśli chodzi o strukturę książki, to jest ona podzielona na jedenaście opowieści. Miałam zamiar „dawkować” sobie jedną opowieść co wieczór, sądząc że dwie na raz będą dla mnie nie do przejścia. Okazało się, że nie jestem w stanie odłożyć tej książki… Pomyliłam się – książka jest doskonała.

Każda opowieść to historia jednej kobiety. Różne kobiety, różna zadania, różne losy. Jednak 1 września 1939 oznaczał dla każdej z nich jedno – koniec beztroskiej młodości, koniec marzeń, koniec ‘normalnego’ życia. Zamiast studiować, zdobywać praktyczną wiedzę o życiu, szukać pracy, one rozprowadzają ulotki i broń, ukrywają żydowskie dzieci, uczą się strzelać, opatrują rannych, są żywymi torpedami… Ich ścieżki to te same miejsca, w których byłam tyle razy – plac Narutowicza, plac Zbawiciela, Chłodna, Aleja Szucha, Koszykowa… Okrucieństwo wojny nie pozbawia ich uczuć. Kochają i chcą być kochane. Wiernie czekają na ukochanych. Odczuwają strach, ale nie dają tego po sobie poznać. Co więcej, uczą innych, jak przetrwać. Tracą bliskich, ale nie tracą nadziei. Walczą o lepszą przyszłość. Niestety, po wojnie jeszcze wiele czasu upłynie zanim ich odwaga zostanie doceniona. Wielu zasłużonym w walce o wolną Polskę, wyzwolenie wcale owej wolności nie przyniosło.

Łukasz Modelski zrobił bardzo pozytywną rzecz – w „Dziewczynach wojennych” utrwalił historie kobiet, które zrobiły wiele dla innych i dla swojej ojczyzny. Pamięć o nich powinna trwać. Ich – walczących w czasie wojny – jest już coraz mniej, ale my – ich dzieci, wnuki, prawnuki – chcemy o nich pamiętać. Moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zarówno dla młodzieży, jak i dla pokolenia, które w czasach szkolnych nie miało jak poznać prawdziwej historii.

*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak
za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 12 września 2011

Niewinność zagubiona w deszczu - Eduardo Mendoza


Niewinność zagubiona w deszczu
Eduardo Mendoza


Wydawnictwo Znak literanova
Kraków 2011
136 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
   W latach pięćdziesiątych naszego wieku żył w San Ubaldo de Bassora (prowincja Barcelona) pewien bogacz, Augusto Aixiela de Collbato
Ostatnie zdanie:
  Pod tym chaotycznym i niewczesnym wyznaniem było jeszcze parę linijek jakiejś bazgraniny, tak jakby ręka, która stawiała te znaki, wykonywała mechaniczne ruchy wówczas, gdy duch, co nią rządził, przekroczył już granice tego świata
******************

Zastanawiam się, jak nazwać to „coś”, co jest w książkach Mendozy, co decyduje o popularności autora i poczytności jego książek. Pierwsza cecha książek Mendozy, która mi się nasuwa po kilkukrotnym zetknięciu z jego twórczością, to różnorodność. Druga – niebanalność. Trzecia – poczucie humoru. Czwarta – styl i szyk. Piąta – wyobraźnia. Autor imponuje mi różnorodnością stylu i otwartością na różnorodność formy. Jak na razie zaskoczył mnie za każdym razem. Zero powtarzalności, zero szablonów, zero banalności.

W „Niewinności zagubionej w deszczu” przede wszystkim zaskoczyła mnie forma… Nie mogę napisać ‘forma powieści’, bo klasyczną powieścią ta książka nie jest. Zresztą sam autor we wstępie wyjaśnia, że miał zamiar napisać sztukę teatralną, ale wyszło mu coś innego :-) Styl jaki przyjął Mendoza jest bardzo nietypowy i wymagający. Nie ma tu klasycznych dialogów, ale wszystko jest pisane tzw. „jednym ciągiem”. Owszem, autor zaznacza, kto wypowiedział daną kwestię, ale mimo tego przyzwyczajenie się do takiego sposobu opisu wydarzeń chwilę trwa.

Sam temat nie powala oryginalnością: jest ‘ona’ – Consuelo, przeorysza zakonu w położonym nieopodal katalońskim miasteczku, i ‘on’ – don Augusto, czyli Don Juan i Casanova w jednym. Co wyniknie z ich znajomości – domyślić się nietrudno. Nie jest to jednak banalny romans i puściutkie romansidło. Sądzę, że osobom, które lubią klasyczne romanse opowiastka Mendozy niekoniecznie by się podobała, chociaż… Jeśli odpowiadają im również romanse z przesłaniem, to w „Niewinności…” można je znaleźć. Przerysowując charakter przeoryszy Consuelo i don Augusta, autor pokazuje jak sfera uczuciowa potrafi zdominować racjonalne zachowania i spowodować upadek przyjętych zasad. Jednak największy ‘upadek’ bohaterki nie jest najważniejszy. Owszem, upada i to z hukiem, ale nie zmienia to faktu, że nadal jest dobra, otwarta na cierpienie drugiego człowieka i gotowa pomagać. Czy jej ‘upadek’ spowoduje, że jej dobre uczynki zostaną przekreślone? I co jest gorsze – nieoczekiwane i ‘zakazane’ uczucie czy bycie rozbójnikiem lub kobieciarzem? Mendoza nie opowiada się po niczyjej stronie. Po prostu opisuje sytuacje i wydarzenia i zostawia z tym czytelnika, skłaniając go do zastanowienia się nad sytuacją. I to mi się podoba.

Dzięki tej książce uświadomiłam sobie, czym jest to „coś”, co do Mendozy przyciąga – to nietuzinkowość i oryginalność oraz umiejętność zdystansowania się i unikania wartościowania opisywanych sytuacji. Na pewno jeszcze sięgnę po kolejne jego książki.

*******************
Moja ocena: 5/6

Dziękuję bardzo wydawnictwu Znak
za egzemplarz recenzencki.

środa, 24 sierpnia 2011

Wyjdź do Światła – Joachim Badeni OP, Judyta Syrek



Wyjdź do Światła
Przesłanie świętego grzesznika
Joachim Badeni OP, Judyta Syrek



Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
128 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
   Żeby dojść do Światła, trzeba wszystkie ciemności porozbijać.
******************
Święty grzesznik – tym klasycznym oksymoronem został określony Joachim Badeni, dominikanin, którego refleksje dotyczące spraw wiary zostały zebrane przez Judytę Syrek w niewielkiej objętościowo książce Wyjdź w stronę Światła. Są to fragmenty konferencji skierowanych do młodzieży ze środowiska duszpasterstwa akademickiego. Judyta Syrek przytacza je, aby przekazać przesłanie ojca Joachima, z nadzieją, że przyczynią się – tak jak kiedyś w jej przypadku – do „wyjścia w stronę Światła”.


Przyznam, że nie słyszałam do tej pory o Joachimie Badenim, zakonniku i egzorcyście, którego określa się również jako ‘mistyka codzienności’. A szkoda, bo to był naprawdę ciekawy człowiek. Z chęcią sięgnę po inne książki, które są zapisami rozmów z ojcem Badenim (Boskie oko czyli po co człowiekowi religia, Fotel z widokiem na pole, Kobieta boska tajemnica czy Kobieta i mężczyzna. Boska miłość) oraz po książkę Sekrety mnichów czyli sprawdzone przepisy na szczęśliwe życie, którą ojciec Badeni napisał wspólnie z ojcem Leonem Knabitem, benedyktynem.

Refleksje ojca Joachima zawarte są w prostych, ciepłych wypowiedziach, opatrzonych humorystycznymi wstawkami.
Jak ja bym zobaczył dzisiaj wszystkie swoje grzechy, to bym się przeraził. Na szczęście już słabo widzę. [str. 15]
Nie mają one nic wspólnego z nadętymi kazaniami głoszonymi z ambony do ‘niewiernych wiernych’ przez pokrzykującego kapłana. To opowiedziane w prosty sposób doświadczenia życiowe i modlitewne, nieco kręta droga ojca Joachima do kapłaństwa, a także praktyczne rady i przemyślenia na tematy „bosko-diabelskie”.

To, co urzekło mnie najbardziej, to fakt, że przytoczone treści nie są oderwane od życia i nawet jeśli dotyczą spraw trudnych, to nie są pozbawione humoru. Wskazówki, które daje dominikanin, są krótkie i przejrzyste. Nie da rady ich nie zrozumieć.


Ojciec Badeni podkreślał na każdym kroku, że „Bóg działa urokiem”. Aby posmakować prostotę stylu, przytoczę krótki fragment wypowiedzi na temat częstego wizerunku Boga:
Bóg działa urokiem, a my robimy z Niego takiego superprawnika, a nawet szpicla. Aniołowie to armia agentów czy informatorów, która Go ochrania. Dodatkowo broni do Niego dostępu magister, submagister, przeor i inni oficerowie śledczy. Taki obraz to makabra! Bóg działa urokiem! [str. 49-50]

A przesłanie? W mojej interpretacji brzmi ono tak:
"Światło jest dla każdego z nas – trzeba tylko chcieć je znaleźć."

*******************
Moja ocena: 5/6

Dziękuję bardzo wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.



środa, 27 lipca 2011

Wyznania


Wyznania księży alkoholików
Stanisław Zasada

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
230 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
    Każdy chętnie rozmawiał.
Ostatnie zdanie:
    - W Kościele nie takie cuda się zdarzały.
******************
Nikogo pewnie nie zdziwiłby tytuł książki Wyznania księży albo Wyznania alkoholików, ale kombinacja Wyznania księży alkoholików może wzbudzić przeróżne odczucia – począwszy od niedowierzania aż po przerażenie, bo dla wielu osób taka kombinacja w ogóle nie wydaje się możliwa. A jednak… Ksiądz to człowiek – taki sam jak każdy inny. Księdza – podobnie jak każdego innego człowieka – może dopaść taka czy inna choroba – alkoholizm również. Sutanna w żaden sposób przed tym nie zabezpiecza. Ksiądz z racji swojej pracy spotyka przeróżne osoby i ze wszystkimi chce żyć w zgodzie. Jak każdy, chce być lubiany, akceptowany. Chce, aby o nim mówiono, że to „swój człowiek”. A skoro „swój”, to znaczy, że „do tańca i do różańca”.

Jednak od księdza jako osoby, która głosi konkretne zasady, oczekuje się, że będzie je również stosować w swoim życiu i służyć przykładem. A to nie zawsze się udaje. Ktoś, kto jest księdzem, ma takie samo prawo do słabości, jak każdy inny człowiek. Tyle że nie w każdym zawodzie jest się „na świeczniku”. W pewnych środowiskach częste spożywanie alkoholu wręcz uchodzi za normę. Nikt się za bardzo nie zdziwi widokiem pijanego murarza, mechanika czy hydraulika, ale już podpity prawnik, nauczyciel, ksiądz, prawdopodobnie wywołają zgorszenie. Co więcej, księża, którzy zdają sobie sprawę z oczekiwań społeczeństwa wobec nich, mają poczucie, że sprawiają zawód, a to wywołuje kolejne frustracje. A co jest najlepsze na frustracje w mniemaniu alkoholika? Oczywiście alkohol.  Błędne koło. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze to, że w tej sytuacji stanięcie w prawdzie, spojrzenie sobie w oczy i przyznanie „Jestem alkoholikiem”, to ostatnia rzecz, jaką alkoholik jest w stanie zrobić w jednej chwili. Czasem zajmuje to cale lata.

Do tej pory wydawało mi się, że alkoholizm to czysta głupota, nie choroba. Po przeczytaniu książki Wyznania księży alkoholików pojęłam, jaki jest mechanizm wpadania w alkoholizm, i jak trudno się z niego wyrwać. Zrozumiałam, że z alkoholizmu, tak jak z nowotworu, nie można się wyleczyć, ale trzeba nauczyć się żyć ze świadomością, że w każdej chwili może się znów uaktywnić, jeśli tylko trafi na odpowiednie warunki, na spadek „odporności”.

Wyznania księży alkoholików to odważna i bardzo potrzebna książka, która koryguje stereotypowe równanie: ‘ksiądz=święty’ do mniej popularnego, ale jakże prawdziwego: ‘ksiądz=człowiek’.

*******************
Moja ocena: 5,5/6

Dziękuję bardzo wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.

czwartek, 7 lipca 2011

Nagi sad - Wiesław Myśliwski

Nagi sad
Wiesław Myśliwski

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
190 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
    Pewnie już nigdy nie pozbędę się tego dziwnego przekonania, któremu nawet pamięć moja przeczy, że do wsi, rodzinnej przecież, w której dzieciństwo moje spędziłem, młodość, a mogę już chyba powiedzieć, że i całe życie, przybyłem skądś z dalekiego świata, a było to w dniu, kiedy przywiózł mnie ojciec z nauki w mieście; był to jedyny, jak dotąd, powrót w moim życiu, dlatego do tej pory czas tego dnia nie zamglił.
Ostatnie zdanie:
    - Tylko czy jesteś.
******************
Jak napisać cokolwiek o prozie Wiesława Myśliwskiego, żeby jej niczego nie ująć?

Traktat o łuskaniu fasoli powalił mnie na kolana już dawno, a teraz jeszcze Nagi sad! Nie wyobrażam sobie, że można by było czytać książki Myśliwskiego jedna po drugiej, bez oddechu. Niosą one ze sobą takie nasycenie emocjonalne i taki ładunek literacki, że trudno to wyrazić. ‘Doskonałe’ to jedyne słowo, jakie mi przychodzi do głowy, gdy szukam określenia na to, co proponuje nam Wiesław Myśliwski. Traktat… czytałam około miesiąca – tyle było do przemyślenia. Nagi sad, choć jest powieścią debiutancką Myśliwskiego, wcale nie jest mniej wymagający.

Zabawa w chowanego w sadzie, w którym ukryć się nie sposób, to metafora miłości ojca do syna, która – wydawałoby się – niewyrazista, niewypowiedziana, nie najważniejsza, jest jednak wyraźna jak na dłoni. Jej wyrazem jest ciche bycie obok, towarzyszenie, czekanie. Nie słowa, nie zapewnienia, nie wyznania. Obraz tej miłości autor namalował za pomocą monologu syna, który – już jako człowiek dojrzały – spogląda wstecz i przeżywa na nowo obecność ojca w swoim życiu, próbując przypomnieć sobie jak najwięcej z ich relacji.

Język, jakim posługuje się autor, jest zdumiewająco piękny. Tak po prostu. Spokojnie mogę stwierdzić, że książki Wiesława Myśliwskiego nie służą tak po prostu do czytania. :-) To książki, które trzeba sączyć po kropelce, żeby żadna z nich nie popłynęła zbyt szybko, bo strata byłaby zbyt wielka. Okazuje się, że dynamiczna akcja i oryginalne postacie lub generowane na siłę złote myśli, nie są wcale konieczne do tego, aby wzbudzić zachwyt czytelnika nad książką. Mnie wystarczy temat do przemyślenia, bohater, z którym można się utożsamiać, szczypta melancholii oraz wspaniały styl. To wszystko. A taka książka, choć niełatwa, potrafi oczarować.

*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.

sobota, 2 lipca 2011

Wyższa matematyka (Liczby Charona - Marek Krajewski)


Liczby Charona
Marek Krajewski

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
302 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
    Telewizyjny prezenter Sverre Asland patrzył z lekceważeniem na swojego niechlujnego rozmówcę w sztruksowym garniturze i w zbyt krótkich, postrzępionych skarpetkach.
Ostatnie zdanie:
    - Dziękujemy panu, profesorze Sperling! - wyszeptał pobladłymi wargami.
******************

Matematyka jest królową nauk. To klasyka – słyszę to co dzień. Słyszałam też o tajemniczym przewoźniku do innego świata - Charonie. Obił mi się nawet o uszy termin ‘wzór Herona’. Nie słyszałam natomiast nigdy wcześniej o Liczbach Charona, choć o książki Erynie oraz Śmierć w Breslau i Koniec świata w Breslau autorstwa Marka Krajewskiego polecała mi już niejedna osoba. A jako że dobrym kryminałem nie gardzę, postanowiłam zapoznać się z tym, co oferuje czytelnikom Marek Krajewski.

Niektórym czytelnikom Liczby Charona będą kojarzyć się z mroczną tajemnicą, misternie uknutą intrygą, doskonale skonstruowaną zagadką. Ja zapamiętam ją jako książkę, która wywołuje skrajnie różnorodne odczucia. Z jednej strony daje poczucie, że wszystko zostało doskonale zaplanowane, obudowane niezwykłą wiedzą autora i językiem, któremu nie można niczego zarzucić. Z drugiej zaś strony jest coś, co odpycha. Przynajmniej mnie... Składa się na to kilka powodów.

Dla jednej grupy czytelników lwowskie klimaty będą atutem, mnie średnio podobały się opisane w Liczbach Charona mroczne zakątki międzywojennego Lwowa. Co prawda Lwów, który poznałam w realu, podobał mi się, i zdaję sobie sprawę z tego, że chodziło o to, żeby spotęgować napięcie, pokazując mniej urokliwe miejsca.

Drażnił mnie też język stylizowany na gwarę używaną przez wielu mieszkańców tego rejonu, choć wiem, że zabieg ten miał przybliżyć lwowskie klimaty i nadać książce realizmu. I to się autorowi udało.

Podobnie ze skrupulatnymi opisami dokonań brutalnego mordercy. Wolałabym chyba nie wiedzieć o 'pięciocalowym gwoździu do dekarskich łat wkłutym w czyjś język' [str. 23]. To realizm czy surrealizm?


Markowi Krajewskiemu nie można na pewno zarzucić braku wiedzy. Pod tym względem jest to wyjątkowy kryminał i tu chylę czoła przed autorem, bo naprawdę historia niebanalna. Nie wpadłam w uwielbienie pewnie tylko dlatego, że mnie królowa matematyka nie jest do życia bezpośrednio potrzebna, a do miana umysłu ścisłego nigdy nie aspirowałam. Dużo więcej frajdy sprawia mi zabawa językowa i filologia w różnych odsłonach.  Dlatego o ile części klasycznej udało się do mojej opinii nabić kilka plusów, o tyle matematyce udało się je natychmiast zneutralizować.

Główny bohater Edward Popielski też nie wzbudził mojej sympatii. Na korepetycje z matematyki czy łaciny to bym się do niego nie zapisała ;-) Inteligencji mu co prawda nie brakuje, ale cynizm, brak zasad moralnych, słabość do alkoholu i do kobiet, awanturnicza natura, sprawiają, że trudno byłoby mi go nazwać bohaterem pozytywnym. Najważniejsze jednak, że udaje mu się złamać szyfr, którym posługiwał się morderca, dobierając kolejne ofiary.

Mimo wysokiego kunsztu językowego dla mnie styl Marka Krajewskiego okazał się generalnie za ciężki.

I jeszcze dwa elementy – okładka i czcionka. Okładka, jaka jest każdy widzi. Jednym się spodoba, inni uznają ją za przerażającą. Mnie się nie spodobała. Najciekawsze było to, jak robiłam zdjęcie do tego postu – zrobiłam ich kilka, ale tylko na tym jednym, które tu zamieściłam, widoczne znaki mienią się przedziwnie. Wspomnę też, że kiedy zaczęłam czytać, bardzo mnie zmęczyła czcionka. Coś w tym chyba jest, bo już ktoś przede mną wspomniał o tym w swojej recenzji.

No cóż, tym razem powieść kryminalna, mimo swych wielu zalet, nie trafiła w mój gust. Zdecydowałam więc, że przekażę ją w lepsze ręce niż moje. Nie ukrywam więc, że przekazuję ją dalej nie dlatego, że bardzo mi się spodobała i chcę, żeby inni też się nią zachwycili, ale dlatego, że nie umiałam jej docenić. A że dostrzegam, że zasługuje na większe uznanie, to przekazuję ją z nadzieją, że spodoba się następnemu czytelnikowi. Wyniki jutro wieczorem :-)

*******************
Moja ocena: 3,5/6


Link

Dziękuję bardzo wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzencki.

wtorek, 31 maja 2011

Ech, życie...

Oznaki życia. Przypadki z intensywnej terapii
Ken Hillman

Vital Signs. Stories from Intensive Care

Tłumaczenie: Urszula Jachimczak
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
210 stron
 *********************************
 Chyba wszystkim nam ciężko zaakceptować, że częścią ludzkiego życia jest śmierć. Nigdy nie jest to łatwe doświadczenie, zarówno dla osoby, której agonia dotyczy bezpośrednio, jak i jej bliskich, którzy próbują jej pomóc. 

Autorem książki Oznaki życia jest australijski lekarz Ken Hillman, który przez wiele lat pracował na oddziale intensywnej terapii i wielokrotnie towarzyszył osobom stojącym twarzą w twarz ze śmiercią. Uznawany jest za eksperta w swej dziedzinie. W swej książce dzieli się swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami dotyczącymi ratowania ludzkiego życia. Jego pogląd na temat konieczności podtrzymywania życia wzbudzi pewnie wiele kontrowersji. Rodziny, które właśnie przeżywają odchodzenie bliskiej osoby, chcą mieć pewność, że zrobiono wszystko, co było możliwe, aby podtrzymać życie. Hillman natomiast uważa, że istnieje granica, która wyznacza moment, w którym można – a nawet z wielu względów powinno się – zdecydować, że dalsze podtrzymywanie życia nie ma sensu. Odnosi się to do osób, dla których nie ma już ratunku, a podtrzymywanie życia jest tylko i wyłącznie podtrzymywaniem czyjegoś cierpienia i skazywaniem na powolne konanie.

W książce zostały omówione takie tematy jak trudna droga do bycia lekarzem, nieuchronność zaangażowania lekarza, funkcjonowanie szpitali, postęp w rozwoju sprzętu medycznego. Jednak przede wszystkim są to historie ludzi, którzy z różnych przyczyn znaleźli się na OIOMie. Oprócz tego, że dzięki medycznym wyjaśnieniom czytelnik może poszerzyć swoją wiedzę medyczną, to może też współodczuwać z pacjentami, dzielić ich cierpienie czy radość z ocalenia. 

Mimo szczegółowych wyjaśnień medycznych książka Oznaki życia nie jest stricte medyczną książką i jest adresowana do znacznie szerszego grona niż tylko do zainteresowanych medycyną. To książka, która większości czytelników dostarczy wielu wzruszeń. 
Dla mnie okazało się niemożliwe przeczytanie jej jednym tchem. Nie dlatego, że coś wydawało mi się nieciekawe. Wręcz przeciwnie – bardzo mnie poruszały poszczególne historie i musiałam dłużej się na nich zatrzymać. A ile dramatów ludzkich można przeżyć w ciągu godziny czy dwóch? Musiałam co jakiś czas łapać oddech... 

Moja ocena: 5/6

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

czwartek, 31 marca 2011

Kiedy byłem dziełem sztuki - Éric-Emmanuel Schmitt

Tytuł oryginału: Lorsque j'étais une œuvre d'art
Tłumaczenie: Maria Braustein
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 264
ISBN: 978-83-240-0775-2
 *******************
Miejsce akcji: skalisty brzeg Palomba Sol, Pępinus, Tokio

Bohaterowie: Tazio Firelli czyli Adam-bis - najstarszy z braci Firelli, bliźniacy Firelli, Zeus Peter Lama, Fiona i jej ojciec

*******************
Powiem tak: kiedy zaczęłam czytać tę książkę, nie wiedziałam, co myśleć. Najpierw wydawało mi się, że scenariusz, w którym człowiek pozbawia drugiego woli i człowieczeństwa, robiąc z niego dzieło sztuki, może przyjść do głowy tylko dewiantowi. Ale jak do tej pory Eric-Emmanuel Schmitt zachwycał mnie słusznością spostrzeżeń i nie zakrawał na dewianta. Postanowiłam wytrwać, licząc na miłe zaskoczenie w dalszej części książki. I owszem zaskoczenie było - ale czy miłe? Na pewno nie żałuję, że tę książkę przeczytałam w całości, bo rzucenie jej w połowie pozostawiłoby niesmak wobec autora, którego lubię. Dopiero po przeczytaniu całej książki, z głową zawaloną pytaniami, poczułam, że Schmitt zrobił dobrą robotę :-) Bardzo dobrą.

Bohatera poznajemy, kiedy stoi nad przepaścią. Podjął już decyzję i już, już ma zamiar skoczyć w przepaść. Od desperackiego kroku powstrzymuje go Zeus Peter Lama - bogaty artysta. Panowie zawierają więc układ. Zeus, który, jak dla mnie, spokojnie mógłby mieć na imię Mefistofeles, proponuje młodemu Firellemu, że w dwadzieścia cztery godziny sprawi, że zachce mu się żyć... Czy rzeczywiście? Czy człowiek ubezwłasnowolniony, obdarty z ludzkiej godności może poczuć smak życia? Z drugiej strony - czy jeden człowiek jest w stanie tak totalnie obedrzeć drugiego z godności, a samemu nadal uważać się za człowieka? Gdzie kończy się sztuka a zaczyna się kicz, brak dobrego smaku i manipulowanie odbiorcą?

Nie wiem, czy gdybym przeczytała tę książkę Schmitta jako pierwszą, sięgnęłabym po następne... Książka jest mocna. To prawda, że niesie ważne przesłanie, ale czytając ją, krążyły mi po głowie myśli, że Schmitt jednak posunął się za daleko. Przecież chcąc pokazać przekraczanie granic dobrego smaku, sam musiał je przekroczyć. Jednak chyba dobrze, że tak się stało, bo książka na pewno mogłaby wiele nauczyć niedoceniających swojego życia młodych buntowników, którzy nie potrafią być wdzięczni za to, co mają, dla młodych ludzi szukających tanich rozwiązań swoich problemów, dla tych, którzy niszczą swoje życie. Tylko czy oni zechcą ją przeczytać?

sobota, 26 marca 2011

Marzycielka z Ostendy - Eric-Emmanuel Schmitt

Tytuł oryginału: La reveuse d'Ostende
Tłumaczenie: Anna Lisowska
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 320
ISBN: 978-83-240-1230-5
 *******************
Byłam bardzo ciekawa tej książki i wreszcie na nią trafiłam. Mam już jako takie pojęcie o stylu pisarskim Erica Emmanuela Schmitta, ponieważ czytałam już kilka jego książek. Wiem, że zarzuca się mu schematyczność i tanie moralizatorstwo. Ja natomiast - zamiast przyglądać się schematom - bardzo lubię szukać w jego książkach tego, co wartościowe, bo niewątpliwie są to zawsze opowieści z konkretnym przesłaniem. I to mądrym przesłaniem. A tego w literaturze nigdy za wiele.

Każde z pięciu opowiadań jest odrębną historią, a jednocześnie są one ze sobą powiązane. W każdym z nich pokazane jest jakieś oblicze miłości, w każdym obecna jest śmierć, a każdy z głównych bohaterów przeżywa cierpienie. Oblicza, jakie odsłania miłość w opowiadaniach Schmitta, to raz miłość romantyczna, czekająca, niepozwalająca zapomnieć, zdarzająca się raz w życiu; innym razem codzienna, oczywista miłość, która blaknie pod wpływem codziennych wydarzeń, aż staje się niezauważalna; jeszcze innym "ślepa" miłość, która widzi wnętrze człowieka i która potwierdza, że są ważniejsze wyznaczniki decydujące o czyimś zainteresowaniu aniżeli atrakcyjny wygląd. Schmitt przypomina prawdę o pragnieniu bycia kochanym i obdarzaniu miłością; ostrzega przed rozbieżnością w postrzeganiu świata, zdarzeń i siebie samych; pokazuje jak wielka jest siła wyobraźni i jak łatwo możemy ulec złudzeniom. W opowiadaniach nie słychać moralizatorskiego tonu pisarza-filozofa. Przesłanie każdej historii jest tak wyraziste, że czytelnikowi wnioski nasuwają się same i wyciąga on z treści to, co dla niego w danej chwili ważne.

Każde z opowiadań ma swój urok i każde podobało mi się na swój sposób - nie umiem powiedzieć, które najbardziej. Z zaciekawieniem słuchałam zwierzeń mieszkanki Ostendy - Emmy van A.,odsłaniającej tajemnice młodości (Marzycielka z Ostendy);  kibicowałam pełnej kompleksów pielęgniarce z Paryża, aby uwierzyła, że jest warta miłości (Ozdrowienie); współczułam Gabrieli pogubionej w swych domysłach i wątpiącej w miłość swego męża (Zbrodnia doskonała) oraz Maurycemu - mężczyźnie, którego świat literatury pochłonął tak mocno, że nie potrafił odróżnić go od rzeczywistości (Kiepskie lektury); obserwowałam kobietę czekającą na kogoś na peronie w Zurychu od trzydziestu lat (Kobieta z bukietem).

Według mnie - lektura obowiązkowa. Możliwość interpretacji dużo szersza niż ta, którą przedstawiłam. Polecam.

Moja ocena: 5/6