Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

59/2013 Mamotata – Jeremy Howe

Tytuł oryginału:  Mummydaddy
Tłumaczenie: Agnieszka Barbara Ciepłowska
Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
318 stron
Literatura amerykańska
Gatunek: wspomnienia, pamiętnik

Oj, marny u mnie ten blogowy sierpień... Ale wcale nie taki znów ubogi w czytanie. 
Owszem, postów mało, ale krok po kroku spróbuję zreferować, co przeczytałam latem. :-)

Ostatnio przeczytałam książkę o tytule, który wydał mi się dość zabawny: Mamotata. Tymczasem okazało się, że jest książka o niewyobrażalnie przerażających doświadczeniach, jakie stały się udziałem jej autora Jeremy’ego Howe’a i jego córeczek.  To książka o tym, jak Jeremy, Jessica i Lucy „składali w całość swoje życie, zniszczone przez dramat, z którym mało co może się równać” [cytat z okładki – bardzo trafny zresztą].


Książka jest rodzajem hołdu pamięci oddanego żonie autora Elisabeth Howe, która pewnego dnia znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Autor postanowił spisać tę tragiczną historię, odkryć przed światem swój ból i swoją samotność po koszmarze, jaki przeżył po tym, jak Lizzy została zamordowana bestialsko przez przypadkowego mężczyznę schizofrenika...


Nie jest to jednak smętne użalanie się nad swoim losem. To również hołd oddany miłości i przyjaźni. Autor przede wszystkim chciał pokazać nie to, w jaki sposób runął jego świat, ale jak się wydźwignął z totalnej niemocy, beznadziei, żalu, jak postanowił nie poddawać  się i jak krok po kroku szedł do przodu. Choć życie postawiło przed nim obowiązki ponad miarę, postanowił sam wychować córeczki i przygotować je do życia i zapewnić im to, co najlepsze. W tłumaczeniu im niezwykle trudnych zdarzeń postawił na prawdę – nie zataił przed córkami niczego, ale odpowiadał na wszelkie ich pytania dotyczące śmierci ich mamy z wielkim wyczuciem i na tyle jasno, by mogły to zrozumieć. 

Kłamstwa zaciemniają obraz. Prawda jest czysta i klarowna. Czyste rany się zabliźniają, brudne - nie. [str. 122]

Mamotata to wspomnienie pełne bólu i nadziei zarazem. To przechodzenie kolejnych etapów żałoby. To mozolne dźwiganie się dzień po dniu w myśl wyznaczonej samemu sobie zasady:

Padłeś, powstań, otrzep się i do przodu. Człowiek musi robić, co trzeba. [str. 306]
To także poczucie bycia potrzebnym. To wszechobecna ludzka życzliwość, współczucie i cenna konkretna pomoc. To przepełnienie nadzieją. To opowieść o sile rodzinnej miłości, przekazana ze szczerością, lekkością i humorem, choć, przyznam szczerze, świadomość tego, że opisane wydarzenia zdarzyły się naprawdę, potęguje emocje. Szczerze polecam.

Książkę zaliczam do wyzwań:

Pod hasłem: lipiec/sierpień - Homo sapiens
Wszystkie kolory książek: sierpień/wrzesień - pomarańczowy

wtorek, 20 sierpnia 2013

58/2013 Jak oddech - Małgorzata Warda

Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
344 strony
Literatura polska

Wyrazy uznania dla Małgorzaty Wardy. Książka jest świetna.

W powieści Jak oddech Małgorzata Warda podjęła niełatwą tematykę, jaką są zaginięcia. Pewnego dnia dwudziestojednoletni Staszek wychodzi z domu i znika. Zostawia włączony komputer, niedopitą kawę, nie zabiera ze sobą ładowarki do telefonu...  Policja uznaje go za zaginionego. Rozpoczynają się poszukiwania. Jednak poszukiwania to tylko jeden wątek. Drugi, równie znaczący, to wnikanie w przeszłość bohatera, analiza zdarzeń z przeszłości i odczucia bliskich, którzy nie wiedzą, co się stało. Bieg wydarzeń poznajemy z perspektywy głównej bohaterki Jasmin, która od dzieciństwa jest emocjonalnie związana z dwudziestojednoletnim Staszkiem. To ona wspomina to, czego doświadczyli w swojej wspólnej od zawsze przeszłości. Jasmin bardzo konkretnie i drobiazgowo opisuje to, co czuła, jak się zmieniała, czym dla niej była relacja ze Staszkiem. Dzięki niej poznajemy również sytuację rodzinną Staszka, która na pewno nie była bez znaczenia.

Jest w tej powieści coś, co uwielbiam - bohaterowie totalnie zaskakują. Do kilkorga z nich co innego czułam na początku książki, a co innego już pod koniec. Moje odczucia wobec nich zmieniły się diametralnie w trakcie czytania. Konstrukcja powieści jest naprawdę znakomita. Jedyne, co mi przeszkadzało to narracja w drugiej osobie. Pewnie to specjalny zabieg polegający na tym, że Jasmin opowiada wszystko od początku zaginionemu Staszkowi , a tym samym i czytelnikowi, ale ja akurat tego typu narracji nie lubię. Całe szczęście to, co Jasmin ma do przekazania jest na tyle niezwykłe, że czyta się szybko i ciężko odłożyć książkę choćby na chwilę.

Małgorzata Warda doskonale przedstawiła sytuację związaną z zaginięciem oraz to, co mogą czuć bliscy i znajomi, którzy szukają zaginionego. Pokazuje, co może się kryć w zakamarkach ludzkiej duszy i jak bardzo nie znamy ani siebie samych, ani tych, którzy są nam bliscy.

Bardzo polecam tę powieść. Emocje na miarę najlepszego thrillera.

Książkę zaliczam do wyzwań:
Wyzwanie osobiste - Lista nr 4
Z literą w tle - sierpień: V/W

sobota, 13 kwietnia 2013

36/2013 Tańcząc na rozbitym szkle - Ka Hancock

Tytuł oryginału: Dancing on Broken Glass
Tłumaczenie: Magdalena Filipczuk i Michał Filipczuk
Prószyńksi i S-ka
Warszawa 2013
606 stron
Literatura amerykańska
Gatunek: powieść psychologiczno-obyczajowa
Na książkę Ka Hancock Tańcząc na rozbitym szkle trafiłam w bibliotece i choć nie pamiętałam, o czym jest, złapałam i popędziłam do domu :-) Okazało się, że wiele by mnie ominęło, gdybym z niej wówczas zrezygnowała. Jest to bowiem powieść, która koniecznie musi znaleźć się w mojej biblioteczce, bo uważam ją za doskonałą. Powieść, nie książkę... Książka, a właściwie jej okładka, została niestety opatrzona banalnymi komentarzami: "urzekający debiut godnej następczyni Nicholasa Sparksa" i "poruszająca historia miłosna, która pozostanie w sercach czytelników na długo", które działają na mnie jak płachta na byka... Dodatkowo część przyjemności czytania została odebrana przez wydawcę poprzez wyjawienie w opisie bardzo istotnego zdarzenia z życia bohaterów. Cieszę się więc, że jakaś tajemnicza moc powstrzymała mnie przed zerknięciem na ostatnią stronę okładki, bo wydarzenie to okazało się bardzo zaskakujące. Jeśli więc lubicie odkrywać całą tajemnicę samodzielnie, zachęcam do nieczytania informacji z okładki. To jedna z tych książek, która tym więcej zyskuje, im mniej się powie o jej treści.

Główni bohaterowie Mickey Chandler i Lucy  Huston nie mają w życiu łatwo. Lucy jest obciążona genetycznie - kobiety z jej rodziny umierają na raka; Mickey z kolei choruje na cyklofrenię, co oznacza ciągłe zmaganie się ze zmiennością nastrojów, stałą opiekę psychiatry i przyjmowanie leków dożywotnio. Wbrew wszystkiemu młodzi decydują się spędzić resztę życia razem. Zdają sobie sprawę z tego, że ich małżeństwo do najłatwiejszych należeć  nie będzie. Spisują sobie nawet kilka zasad, które mają im pomóc przejść razem przez życie. No i idą... A właściwie siedzą razem na bombie czy też tańczą na rozbitym szkle - na jedno wychodzi...


Debiutancka powieść amerykańskiej autorki Ka Hancock jest cudowna. Przede wszystkim jest niezwykle przejmująca, emocjonująca i wciągająca. Nie sposób nie stanąć razem z bohaterami przed dylematami z ich życia. Nie ma jak nie zadać sobie ważnych pytań. Paradoksalnie mimo wielu niezwykle bolesnych wydarzeń powieść ta tchnie optymizmem, a podejścia do problemów i sposobu, w jaki je przeżywają, możemy się od nich uczyć. 


Relacja między Lucy i Michaelem spełnia moje wyobrażenie o miłości doskonałej, o miłości ponad wszystko... 

I to wystarczy.
***************
 Jeśli chodzi o śmierć, to mogę ci obiecać trzy rzeczy. Obiecuję, że nie jest ona końcem wszystkiego. Wydaje się końcem - właśnie dlatego ludzie płaczą - ale nim nie jest. I nie boli. To następna bardzo ważna sprawa z nią związana. Ludzie tak się jej boją, bo nie rozumieją tego. Lecz śmierć nie boli. A wreszcie, Lu, jeśli nie boisz się śmierci, możesz jej wypatrywać i przygotować się na nią. Wierzysz mi? (...) ...śmierć nie jest tym samym co umieranie. I że czasem umieranie rzeczywiście sprawia ból, lecz sama śmierć jest czymś magicznym, bo wraz z nią zapomina się o bólu, tak jakby go nigdy nie było. [str. 14]

środa, 6 lutego 2013

15/2013 Krucha jak lód - Jodi Picoult

Tytuł oryginału: Handle with care 
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Prószyński i S-ka
Warszawa 2010
616 stron
Literatura polska
Gatunek: obyczajowe


Znowu Picoult. Znowu poważne problemy rodzinne. Znowu proces. Znowu mnóstwo pytań. Znowu emocje poruszone do bólu. I znowu zaskoczenie.

Kolejna książka o kruchości życia... Można powiedzieć, że w sensie dosłownym, ponieważ główna bohaterka, dziewczynka Willow O'Keefe, choruje na nieuleczalną chorobę osteogenesis imperfecta, samoistną łamliwość kości, polegającą na tym, że jej kości są tak delikatne, że może je skruszyć niewłaściwy dotyk, zbyt gwałtowny ruch, czy nieodpowiednia zabawa. Ale cieszy się życiem, ma marzenia, kocha i jest kochana. Choroba Willow jest jednak tylko punktem wyjścia do złożonej sytuacji rodziny
O'Keefe. Autorka stawia tyle pytań, że nie sposób wszystkich wymienić. Dotyka przeróżnych problemów, które są ze sobą tak mocno sprzężone, że poruszenie jednego, pociąga za sobą kolejne. Bohaterowie mierzą się nie tylko z chorobą Willow, ale również z własnymi relacjami małżeńskimi, niedostrzeganymi przez dłuższy czas problemami drugiej córki, rozterkami związanymi z procesem o "niewłaściwe urodzenie" skierowanym przeciwko najbliższej przyjaciółce i lekarce prowadzącej ciążę Charlotty O'Keefe. A czytelnik? A czytelnik raczej nie jest w stanie spokojnie słuchać opowieści przekazywanej Willow przez poszczególnych członków rodziny i znajomych. Czytelnik jest zmuszony do przemyśleń, do określenia się, po czyjej jest stronie, do ocenienia postępowania bohaterów. Ma zdecydować, czy warto.

Jedyne, co mi się nie podobało, to narracja, poprzez którą książka staje się opowieścią skierowaną do głównej bohaterki. Przeszkadzało mi to. Cała reszta - rewelacyjna!

 Wyzwanie osobiste styczeń/2013, lista nr 3 'Posmakowałam, chcę więcej...'
oraz wyzwanie Z półki:
 
 

wtorek, 22 stycznia 2013

8/2013 Kruche szczęście – Lisa Tucker

Tytuł oryginału: The Winters in Bloom
Tłumaczenie: Teresa Komłosz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2012
344 strony
Literatura amerykańska
Gatunek: psychologiczno-obyczajowa

Kruche szczęście to powieść o tym, jak w jednej chwili może runąć cały nasz świat, który wokół siebie budujemy. 

Kyra i David są rodzicami pięcioletniego Michaela. Chłopiec jest wychowywany „pod kloszem” przez nadopiekuńczych rodziców. Pewnego dnia wychodzi na chwilę przed dom i... znika. Dramat. Trudno wyobrazić sobie, co przeżywają rodzice. Wyrzuty sumienia, panika, bezradność. Przewrotność losu – ginie dziecko tych, którzy tak bardzo dbali o jego bezpieczeństwo i nie spuszczali z niego oka. Rozpoczyna się akcja poszukiwawcza, która wyjaśni nie tylko historię tajemniczego zniknięcia Michaela, ale również przyczyny nadopiekuńczości rodziców.

Tak naprawdę to nie akcja poszukiwawcza ciekawiła mnie w tej powieści najbardziej, ale misternie utkana ze zdarzeń z przeszłości historia dwojga ludzi, którzy spotykają się już jako osoby boleśnie doświadczone przez życie i próbują budować swoje szczęście.
Lisa Tucker stopniowo odkrywa mroczne tajemnice z przeszłości bohaterów, pokazuje ich relacje z różnymi osobami, i wyjaśnia, jak bardzo znaczący wpływ miały na to, jakimi ludźmi się stali. Czytając, ma się wrażenie, że autorka to jednocześnie psychoterapeuta i detektyw w jednym. Umie dogłębnie wniknąć w psychikę bohaterów, analizuje ich zachowania i emocje, umie powiązać zdarzenia z przeszłości, a to wszystko prowadzi w końcu do złożenia okruchów wydarzeń w jedną całość, choć do końca trzyma czytelnika w napięciu.

Krótko mówiąc:
dogłębnie, tajemniczo, emocjonalnie 

Wyzwanie:

wtorek, 11 października 2011

Sosnowe dziedzictwo i Pensjonat Sosnówka – Maria Ulatowska


Sosnowe dziedzictwo
Pensjonat Sosnówka
Maria Ulatowska
Warszawa 2011
 296 i 360 stron
*****************
Pierwsze zdania:
* Mecenas Witkowski stukał długopisem w blat biurka i co chwilę spoglądał na zegarek.
** - Dyziu - Anna, stojąc przed swoim portretem, spojrzała na jego autora - jestem wzruszona i zachwycona, ale co tam, sam wiesz!
Ostatnie zdania:
* I tak sosnowe dziedzictwo znalazło swoje nowe przeznaczenie.
** Albo... kiedy los nam pomoże!
 *****************
Przypuszczam, że Sosnówka i Anna Towiańska mają tyle samo zwolenniczek co przeciwniczek. Na pewno niejedną czytelniczkę wzruszyły książki Sosnowe dziedzictwo i Pensjonat Sosnówka, ale niejedną pewnie też mocno zirytowały. Wydaje mi się, że to jak odbierzemy te książki, zależy od nastroju i od tego, co w danej chwili jest nam potrzebne – czy podtrzymanie na duchu, czy potrząśnięcie, by realnie spojrzeć na  rzeczywistość i stanąć na nogi. Jeśli chcemy poczytać o idylli, w której wszystko idzie po myśli bohaterki, problemy rozwiązują się same, zło nie istnieje i wszyscy się kochają, to jest to doskonały wybór. Natomiast jeśli jesteśmy w trakcie zmagania się z rzeczywistością i doświadczamy trudności, takie podejście do rzeczywistości wywoła ironiczny uśmiech albo nieźle nas wkurzy. 

Anna Towiańska, bohaterka Sosnowego dziedzictwa i Pensjonatu Sosnówka to chodzący ideał – nie dość, że tak ładna, że mężczyźni zakochują się w niej natychmiast (i to w zasadzie wszyscy hurtem), to na dodatek mądra i dobra. No i jak się okazuje – jest bogatą dziedziczką! Anna wszystkich ludzi kocha, wszystkim wybacza i ma tylko dobrą wolę. I oczywiście wszyscy ją kochają. A ja jej nie lubię… Dla mnie jest  sztuczna –  zresztą jak cały obraz świata stworzony w wyobraźni Marii Ulatowskiej. Owszem, Sosnówka to zapewne przepiękne miejsce i każdy pewnie miałby ochotę jechać tam, aby się odstresować. I na pewno wróciłby natchniony nadzieją, że w ludziach drzemie naprawdę dużo dobra. Mnie jednak ze wszystkich bohaterów najbardziej zaintrygowała Wiola przedstawiona jako jedyny czarny charakter. To kobieta, która ma na koncie porzucenie własnego dziecka. Autorka jednak dość szybko „wymiksowuje” Wiolę z sielankowego towarzystwa i odsyła ją tam, skąd przyszła. A wszyscy inni żyją długo i szczęśliwie. 

Spłyciłam pewnie przesłanie autorki, bo pewnie chodziło o to, żeby nie poddawać się bez względu na to, co się dzieje w życiu, że trzeba zawsze mieć nadzieję, że trzeba wierzyć w ludzi, bo ludzie są dobrzy. Jednak życie to nie Sosnówka –  nie wszystko jest w nim białe (czytaj: idealne). No, chyba że mówimy o bajce dla dorosłych.
*******************
 Moja ocena: 3/6

Książkę przeczytałam w ramach akcji Włóczykijka
.

poniedziałek, 21 marca 2011

Dom sióstr Eliott - Jean Marsh

Tytuł oryginału: The House of Eliott
Tłumaczenie: Józefina Dinar
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 300
ISBN: 83-7180-096-7
*****************
Miejsce akcji: Londyn
Czas akcji: lata dwudzieste XX wieku
Bohaterowie: Beatrice i Evangeline Eliott, ich pomoc domowa - Molly, Jack Maddox, Hugo Bunting, Arthur, Penelope, Titty, Letty
******************
Sytuacja życiowa sióstr Elliott po śmierci ich ojca nie wygląda za ciekawie. Zostają praktycznie bez środków do życia i muszą znaleźć sposób na przetrwanie. Ale czym mogą się zajmować dwie młode damy? Mogłyby wynająć część domu i żyć z pieniędzy otrzymanych od lokatorów. Jednak takie rozwiązanie ich nie satysfakcjonuje. Chcą spróbować własnych sił. W latach dwudziestych XX wieku znalezienie odpowiedniej pracy nie był proste. Według ówczesnej teorii miejsce kobiety było w domu, przy dzieciach i przy mężu. Dziewczyny są jednak całkiem zaradne. Na dodatek mają niezwykłą smykałkę do wymyślania niebanalnych ubiorów, które w krótkim czasie stają się marzeniem wielu londyńskich pań. I tak krok po kroczku Bea i Evi Eliott rozkręcają własny biznes czyli własny zakład, gdzie projektują i szyją ubrania dla klientek. 
O ile panie są zdecydowanie zainteresowane strojami, o tyle panów dużo bardziej interesują same siostrzyczki. Nie brak więc również wątków miłosnych.
Czytając tę książkę, starałam się zwrócić największą uwagę na relacje między siostrami, ponieważ przeczytałam tę książkę w ramach wyzwania Bracie, siostro, rodzino. Siostry Eliott były ze sobą bardzo mocno związane. Matka Bei zmarła przy porodzie drugiej córki. Bea całą swą miłość, jaką miała dla matki, skierowała na maleńką istotkę, która pojawiła się w jej życiu. Była przy Evangeline i starała się chronić ją nawet wtedy, gdy młodsza siostra stała się już dorosła. Mimo że dorosłym życiu siostry mają już swoje sprawy i swoje tajemnice, a pewne rzeczy widzą inaczej, są sobie nadal bardzo, bardzo bliskie. Czy tak zostanie? Mam nadzieję, że można się tego dowiedzieć z kolejnej książki o losach sióstr Eliott W cieniu wojny napisanej przez Elizabeth O'Leary. Ciekawe, jak poradzi sobie z tematem inna autorka. Domyślam się, że taka kombinacja wynika z tego, że książka Jean Marsh została napisana na podstawie serialu, o czym nie miałam pojęcia, kiedy ją wypożyczałam. Nie oglądałam ani jednego odcinka, a trochę tego jest :-)

Moja ocena: 4/6

czwartek, 24 lutego 2011

Karuzela uczuć - Jodi Picoult

Tytuł oryginału: The Pact
Tłumaczenie: Anna Bieńkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
ISBN: 978-83-7648-256-9
Ilość stron: 512
*********************
Bohaterowie: Chris Harte, Emily Gold, rodzice Chrisa: Gus i James, rodzice Em: Melanie i Micheal, Jordan McAffee

Miejsce akcji: Bainbridge (Georgia)

Czas akcji: 1979-1998
*******************
Karuzela uczuć to pierwsza książka Jodi Picoult, o której napiszę parę słów. Bez mojej zgody, Świadectwo prawdy i Jesień cudów czytałam jakiś czas temu - jeszcze zanim zdecydowałam się na pisanie bloga.

Wielu czytelników uważa Picoult za autorkę kobiecych czytadeł. Ja jednak odnajduję w jej książkach dużo więcej. W każdej z nich jest poruszony trudny, kontrowersyjny temat wzięty z życia, na ogół taki, o którym trudno mówić i trudno opowiedzieć się jednoznacznie. Na pewno nie bez przemyślenia.

Tym razem bohaterami powieści są dwie zaprzyjaźnione rodziny, które dotyka tragedia - Goldowie tracą córkę, a syn Harte'ów zostaje oskarżony o morderstwo zgodnie z prawem stanowym. Dla obu rodzin jest to czas próby pod wieloma względami. Pojawiające się w angielskim tytule słowo pact doskonale pasuje do wielu relacji i sytuacji. Umową są związani Em i Chris, Goldowie i Harte'owie, Michael i Gus, obrońca i oskarżyciel, Chris i jego 'współlokator'. W polskim tytule pojawia się karuzela, która też jest całkiem adekwatna, ponieważ do końca nie wiadomo, kto jest winny - raz wydaje się, że wina leży po stronie Chrisa, kiedy indziej czuje się jego niewinność. Rozmyślając o bohaterach, nie wiedziałam też, co myśleć o Emily i czy mam jej współczuć, czy nią potrząsnąć i krzyknąć, żeby się opamiętała, bo głupotą jest to co wymyśliła. Myślałam, że zrobi to Chris. Cały czas miałam też wrażenie, że prawdziwe zdarzenia z karuzeli nie do końca zdają się interesować tych, którzy walczą o to, by ich 'prawda' zwyciężyła.

Książka ta znajdzie zapewne tylu zwolenników co przeciwników. Można mówić, że problem jest niespotykany, zachowania bohaterów skrajne,  ich decyzje głupie i niedorzeczne, ale nie można odmówić Jodi Picoult, że jak zwykle daje do myślenia. Rzuca kij w mrowisko, zostawiając czytelnika z powracającymi wciąż pytaniami: czy wyrok był słuszny, czy można było tego uniknąć? Czy jest coś, czym można usprawiedliwić nienawiść? Jak dobrze znam swoich bliskich i przyjaciół? Czy to rzeczywiście była deklarowana przez bohaterów prawdziwa miłość? Ile można zrobić w imię miłości? A może to nie miało nic wspólnego z miłością? To już trzeba ocenić samemu.

Moja ocena: 5+/6

poniedziałek, 7 lutego 2011

Dziedziczka - Mary Higgins Clark

Tytuł oryginału: The Shadow of Your Smile
Tłumaczenie: Barbara Szyszko
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 14 września 2009
Liczba stron: 264
ISBN:
978-83-7648-458-7
*************************
Miejsce akcji: New Jersey, New York
Czas akcji: nowadays
Bohaterowie:
Monica Farrell - lekarka; Olivia Morrow - 82-letnia śmiertelnie chora starsza pani; bracia Gannon i ich żony; Sally - kilkuletnia dziewczynka; Clay - lekarz Olivii;
taksówkarz Tony; Esther - sekretarka

Hasła: skrywana tajemnica rodzinna; oszustwa finansowe w korporacji; szantaż i morderstwo; cudowne uzdrowienie

*******************
Czytanie książki Dziedziczka skojarzyło mi się z układaniem puzzli. Każdy rozdział - krótki i wygodny do czytania - jest jak kolejny wzięty do ręki klocek. Czasem po zapoznaniu się z tym, co przedstawia, lepiej odłożyć go na później. Treść tworzą opisy zdarzeń z życia kilknastu osób, których losy nakładają się na siebie. Układają się w dosyć spójną - choć mocno zaplątaną - całość. Bohaterów jest dużo - zbyt dużo - ale być może autorce chodziło o to, aby wprowadzić czytelnika między tłum, żeby tak łatwo nie zorientował się, gdzie jest sedno sprawy. Moim zdaniem nie do końca się to udało, ponieważ nie było trudno domyślić się, co się stanie. Czystego suspensu jest więc niewiele. Osobą, która łączy wszystkie postaci i wątki to zdolna lekarka Monika Farrell, której z pewnych powodów zagraża niebezpieczeństwo. Oprócz samego zakończenia niewiele rzeczy mnie zaskoczyło. Chociaż... Zaskoczyło mnie to, że postaciom, ze strony których czytelnik nie spodziewa się jakiegoś konkretnego działania, powierzono rolę znaczącą dla rozwiązania tajemnicy. Nie będę nic więcej pisać, żeby nie zepsuć przyjemności miłośnikom tego typu lektury. Dla fanów Mary Higgins Clark zapewne będzie przyjemnością zapoznanie się z działaniami bohaterów, które mają prowadzić do ujawnienia głęboko skrywanego sekretu rodzinnego. Podanie go do wiadomości publicznej z pewnością zmieniłoby rzeczywistość.

Co dobrego można wyciągnąć, patrząc na problemy i życie bohaterów? Na pewno potwierdzenie, że prawda zawsze wyjdzie ne jaw. Na pewno poczucie, że nie wszystko da się objąć rozumem i wyjaśnić, bazując na racjonalnych argumentach. Na pewno ułomność ludzkiej natury - poddanie się chciwości, żądzę pieniądza, ratowanie własnej skóry - skłaniające do najgorszego.  

***********************
Moja ocena: 3/6
 ************************

A skoro tytuł książki ma swój odpowiednik muzyczny, to pozwoliłam sobie go tu zamieścić.
The shadow of your smile
When you are gone
Will color all my dreams
That lights the dawn
TUTAJ można posłuchać piosenki w wykonaniu Evy Cassidy i Chucka Browna.