Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2013

49/2013 Kraina wódki - Mo Yan

Tytuł oryginału: Jiu guo
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2012
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
496 stron
Literatura chińska

Na ogół nie piszę o książkach, których nie skończyłam czytać, ale stwierdziłam, że warto napisać parę słów ku przestrodze.

Mo Yan, czyli Guan Moye, to noblista z 2012 roku. Chciałam być na bieżąco... Kiedy na bibliotecznej półce dostrzegłam nazwisko „Mo Yan”, nie odstraszył mnie nawet tytuł Kraina wódki. Ponadto, książka idealnie pasowała do majowej Trójki e-pik jako powieść nagrodzonego autora. Odrzuciło mnie jednak już po kilkunastu stronach, ale dotrwałam do czterdziestej. To, co przeczytałam, wydało mi się odrażające, absurdalne, bezsensowne. Przejrzałam jeszcze jednym okiem dalszą część książki, ale stwierdziłam , że nie ma sobie co zaprzątać nią głowy, bo nie zanosi się na nic wartościowego. Nawet mi się nie chce wymieniać obrzydliwości zaserwowanych przez chińskiego pisarza, aby pokazać, co mnie tak zniesmaczyło. Nie byłam w stanie doszukać się tam ani współczesnych Chin, ani realizmu magicznego – czyli tego, pod co podciąga się tę książkę. Dla mnie to przykład klasycznego bełkotu, zapis tego, co – jak sobie wyobrażam – może przyjść do głowy w stanie mocnego upojenia i zamroczenia umysłu.

Zdecydowanie odradzam lekturę, chyba że jesteście miłośnikami turpizmu...

wtorek, 21 maja 2013

46/2013 Pępowina - Majgull Axelsson

Tytuł oryginału: Moderspassion
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylewicz
Grupa Wydawnicza Foksal, W.A.B.
Seria z miotłą
Warszawa 2013
542 strony
Literatura szwedzka
Gatunek: powieść psychologiczna

Zanim miałam okazję posmakować po raz pierwszy prozy Axelsson wiedziałam tylko tyle: że jest niełatwa, że autorka nie boi się trudnych tematów, że czyta się ją świetnie i że nie pozostawia czytelnika obojętnym

Moim pierwszym spotkaniem z Axelsson była powieść o prostym, lecz zaskakującym, choć również doskonale dobranym  tytule Pępowina. To powieść nie tylko o relacjach rodzicielskich i rodzinnych, ale także o nieumiejętności oderwania się od przeszłości.


Kobiety, które przewrotny los zamyka w  przydrożnej gospodzie nieopodal szwedzkiego miasteczka Avrika, choć zupełnie różne od siebie, stopniowo odkrywają, że mają ze sobą wiele wspólnego. Marguerite, Anette, Ritva i Minna doświadczają niebywałej samotności i wewnętrznego cierpienia, na które niemały wpływ miały relacje, jakie panowały w rodzinach, w których kobiety się wychowały. Te relacje zdeterminowały też ich własne podejście do macierzyństwa i kobiecości w dorosłym życiu. To, co bolało, co tkwiło głęboko w nich, stało się wewnętrznym żywiołem niszczącym każdą z nich od środka. Bezlitosny żywioł zataczał coraz większe kręgi, niszcząc codzienność każdej z kobiet i nie pozwalając im i ich rodzinom spokojnie żyć. Ich przypadkowe spotkanie staje się szansą na uporanie się z demonami przeszłości, przeżycie wszystkiego od nowa i przeanalizowanie swego dotychczasowego postępowania z dystansu. Stanie się szansą na rozliczenie się z przeszłością i próbą zrobienia kroku w przód, oczyszczenie, odcięcie pępowiny, nowe życie...


Axelsson urzekła mnie nie tylko doskonale dobraną symboliką – tytułowa pępowina, burza i powódź siejące zniszczenie, miedzianoskrzydły anioł – ale i powalającą prostotą wypowiedzi. Wszystko jest u niej nazwane po imieniu, a jednocześnie żadne słowo nie jest wypowiedziane za wcześnie. Autorka potrafi świetnie dawkować informacje i genialnie budować napięcie.


Potwierdziło się więc wszystko, co wiedziałam o prozie Axelsson. Pępowina nie należy do powieści lekkich, łatwych i przyjemnych. Tematy takie jak cierpienie, samotność, konsekwencje przeżyć z dzieciństwa nie są proste, ale sposób, w jaki Axelsson o nich pisze, każe czytać dalej i dalej, wywołując natłok myśli i emocji. Uważam, że każdy, kto szuka w literaturze głębi, powinien się zmierzyć w jakimś momencie z prozą tej szwedzkiej pisarki.


(...) kiedy człowiek się starzeje, niemal wszystko się zmienia. Ma się lepszy widok. Panoramiczny. Inną perspektywę. Nie dlatego, że człowiek koniecznie robi się mądrzejszy (...) ale, dodawała, jest tak, jakby człowiek wspiął się na jakąś górę. Nagle, któregoś dnia, stoi się niemal na szczycie i patrzy na cały świat. Widzi się rzeczy, których się wcześniej nie widziało. pojmuje to, czego nigdy wcześniej nie pojmowało. Zdumiewa tym, o czym wcześniej myślało się, że jest zupełnie normalne, także sobą samym i swoim życiem. Jednak jest już wszystko jedno, bo człowiek znajduje się na szczycie, wysoko nad światem, gdzie powietrze jest tak rozrzedzone, że już nie do końca jest się sobą. Trudno mu oddychać. Trudno przejmować się rzeczami, co do których wie się, że powinno się nimi przejmować. Nie robi się tego. Człowiek staje się nieco obojętny. Niewzruszony. Świat jest przecież tak daleko i każdy tam na dole musi popełniać swoje własne błędy. [str. 191-192]

Serdecznie dziekuję wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.


Książkę zaliczam do wyzwań: 
Trójka e-pik: powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych
Wyzwanie osobiste - lista nr 1: Chyba tylko ja nie czytałam...
W prezencie: 'ę' 

wtorek, 9 kwietnia 2013

35/2013 Hotel Paradise - Martha Grimes

Tytuł oryginału: Hotel Paradise 
Tłumaczenie: Barbara Kopeć-Umiastowska
W.A.B.
Warszawa 2008
440 stron
Literatura amerykańska
Gatunek: powieść nijaka ;-)

Czego byście oczekiwali, gdyby książka, którą zamierzacie przeczytać, została wydana w ramach „Mrocznej serii” i była opatrzona znaczkiem „Lato z kryminałem”? Ja oczekiwałam, że przeczytam kryminał – czy to dziwne? Hotel Paradise Marthy Grimes z kryminałem ma jednak niewiele wspólnego. Pierwszą cechą, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy myślę, jak by tu krótko scharakteryzować tę książkę to nijakość. Ani nie zachwyca, ani nie odrzuca. Ni to powieść kryminalna, ni obyczajowa. Ni to ciekawe, ni nudne. Czyżby przysłowiowy "ni pies, ni wydra"?

Z jednej strony ładny, plastyczny język, bogate opisy, łatwo więc wyobrazić sobie opisywaną scenerię i wszystkie sytuacje. Z drugiej strony brak dynamiki i bazowanie na opisach, sprawia, że książka wydała mi się nudna. Wydarzenia stały w miejscu, jak - nie przymierzając - woda w Jeziorze Duchów, które jest miejscem o szczególnym znaczeniu w tej powieści. Kilka razy złapałam się na tym, że wodzę wzrokiem, przewracam kartki, ale myślami jestem gdzie indziej...


Główną bohaterką jest dwunastoletnia Emma Graham, przy czym ani język powieści, ani wydarzenia nie wskazują na to, że jest to dziecięce spojrzenie na świat. Dziewczynka cały czas robi praktycznie to samo - pomaga w obsłudze gości w hotelowej restauracji, miesza sałatki, polewa je sosem, spaceruje z szeryfem, jeździ do sąsiedniej miejscowości trochę rozmawia z wybranymi osobami. Niby próbuje rozwikłać tajemniczą śmierć z dawnych czasów, ale jakoś opornie jej to idzie. Akcja stoi w miejscu... I zakończenie też takie sobie...


To pierwsza część z trzech części cyklu. Następne to Stacja Cold Flat Junction i Hotel Belle Rouen. Marcie Grimes nie udało się jednak rozbudzić mojej ciekawości na tyle, abym zechciała sięgnąć po kolejne części.


Śmiać mi się chciało, kiedy uświadomiłam sobie, że ta opowieść jest dla mnie na tyle nijaka, że nawet nie wiem, czy w ramach Trójki e-pik lepiej ją zaliczyć do kategorii „kryminał pisany ręką kobiecą”, czy może raczej do kategorii „książka, w której motyw kulinarny odgrywa ważną rolę”. Do obu pasuje (a raczej nie pasuje) tak samo.


Generalnie rzecz ujmując, książkę wybrałam do zrealizowania kwietniowych zadań w wyzwaniach Trójka e-pik, Pod hasłem (Domy, chatki i zamczyska), Z literą w tle (G) oraz Z półki.

sobota, 2 lutego 2013

12/2013 Drugi oddech - Philippe Pozzo di Borgo

Tytuł oryginału: Le second souffle 
Tłumaczenie: Beata Geppert
W.A.B.
Warszawa 2012
256 stron
Literatura francuska
Gatunek: wspomnienia
W chwilach, gdy dostrzegamy kres, nadzieja jest tchnieniem życia; żeby je dobrze wykorzystać, trzeba wziąć drugi oddech. [str. 127]

Oj, zbierałam się i zbierałam, żeby napisać parę słów o tej niezwykłej książce... Czekałam, aż będę miała okazję obejrzeć film, aby móc porównać film do książki. Przeczytałam, obejrzałam, ale porównywać nie będę, bo to dwa różne wymiary. :-)

Film jest cudowny, urzekający, słodko-gorzki. Bardziej koncentruje się na przyjaźni pomiędzy dwoma mężczyznami: czterdziestodwuletniego Philippa, który został tetraplegikiem w wyniku wypadku podczas lotu na paralotni, i Abdela, Algierczyka, który szuka swojego miejsca w świecie po życiowych zawirowaniach. Książka zaś daje pełny obraz sytuacji, przeżyć i rozterek Philippa, dramatów rodzinnych, które razem z żoną Beatrice przyszło mu dzielić. To szkoła godzenia się z losem i szkoła współistnienia z cierpieniem.

Drugi oddech to drugie życie, inne niż dotychczasowe. To oddech, o który trzeba walczyć każdego dnia. Oddech, z którego nie da się od razu cieszyć. Oddech, który czasami tak boli, że ma się dość. Zastanawiałam się, czytając tę książkę, która część życia bohatera niosła ze sobą więcej cierpienia - czy ta, kiedy Philippe jeszcze był w pełni sił, ale nie mógł pomóc swojej cierpiącej żonie, czy ta "powypadkowa", kiedy cierpiał inaczej, zamknięty w swym ciele.

Ta książka stwarza okazję do zastanowienia się nad kruchością ludzkiego życia, przewrotnością losu, który w jednej sekundzie może zmienić nasze życie. Jest pięknym dowodem na to, że w każdej sytuacji można się z życia cieszyć, że warto walczyć. Potwierdza, że to, co rzeczywiście jest ważne, co trwa w człowieku nawet po upadku z paralotni, co nie ulega paraliżowi, to nadzieja.

Dziękuję bardzo wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.

wtorek, 7 sierpnia 2012

27, czyli śmierć tworzy artystę – Alexandra Salmela

Tytuł oryginału: 27, eli kuolema tekee taiteilijan
Tłumaczenie: Iwona Kiuru
Wydawnictwo W.A.B.
Seria z miotłą
Premiera: 18.07.2012
368 stron
Literatura fińska
Gatunek: powieść eksperymentalna?

AUTOR: Alexandra Salmela


O autorce można przeczytać na stronie Wydawnictwa W.A.B. czyli TUTAJ.

Mnie zainteresował fakt, że autorka jest Słowaczką, a pisze po fińsku. Ciekawe, jak to wygląda w oryginale.

27, czyli śmierć tworzy artystę to udany debiut Aleksandry Salmeli. Powieść została bowiem nominowana do prestiżowej Finlandia-palkinto i słowackiej nagrody literackiej, Anasoft Litera. Została jej też przyznana nagroda literacka dziennika Helsingin Sanomat.

Zdjęcie autorki pochodzi STĄD

Oficjalna strona lub blog autora - brak danych

MIEJSCE akcji:

wieś w Finlandii

CZAS akcji:
czasy współczesne

BOHATEROWIE:
Marta-Angie, Klara – jej siostra, Ziggy, Merlin i Vappu -Fasolka – dzieciaki sąsiadów

TEMATYKA: 
przeżycia młodej kobiety próbującej „odnaleźć siebie”

MOJE ODCZUCIA:
27, czyli śmierć tworzy artystę to najnowsza powieść z "serii z miotłą" wydawnictwa W.A.B. Tytuł przedziwny, a to, co się w nim kryje zadziwia jeszcze bardziej. Jest to myśl zawierająca pomysł głównej bohaterki na życie, a ściślej mówiąc, pomysł na to, jak owo krótkie życie dobrze zakończyć. Marta, która woli by nazywano ją Angie, kończy dwadzieścia siedem lat i chce szybko dokonać czegoś szczególnego, co pozwoliłoby jej zyskać sławę. Wtedy mogłaby rozstać się z życiem i dołączyć do grona znanych artystów, takich jak Jim Morrison, Brian Jones, Janis Joplin, Jimi Hendrix, którzy odeszli w dwudziestym ósmym roku życia w tragicznych okolicznościach. Problem w tym, że Angie nie ma zdolności muzycznych. Nie zraża się jednak, lecz postanawia pójść w stronę literatury i napisać genialną powieść. Wiąże się to zresztą z kierunkiem jej obecnych studiów – filologię fińską w Pradze. Postanowieniu ma sprzyjać zmiana otoczenia – Angie wyjeżdża więc do Finlandii, dokładnie – na jakieś fińskie odludzie, gdzie korzysta z mieszkania swego wykładowcy. Angie sąsiaduje z fińskim małżeństwem wychowującym trójkę dzieci. Obsesyjnie ekologiczna Finka próbuje narzucić ową ‘ekologiczność’ swej nowej sąsiadce, a bezrobotny tata bliźniaków i sympatycznej małej Fasolki zajmuje się dziećmi. Czy Angie - dorosła kobieta o mentalności dorastającej dziewczynki, która jeszcze nie bardzo wie, czego chce od życia i nie nauczyła się odpowiedzialności - zdoła dorosnąć w nowych warunkach? Czy zdarzy się coś, co będzie w stanie odwieść ją od decyzji o śmierci w wieku 27 lat?

Jak zwykle bywa w przypadku książek z "serii z miotłą", powieść ta do najłatwiejszych nie należy. Sam eksperyment literacki mogę uznać za udany, jednak podążanie za coraz bardziej popularnym zwyczajem serwowania czytelnikowi niezliczonej ilości przekleństw, po prostu mi się nie podoba. Może i jestem pod tym względem konserwatywna i niereformowalna, ale mam wrażenie, że sugestia w postaci symbolicznego przekleństwa po to, by zasygnalizować charakter i styl bohaterki, już by wystarczyła. Salmela wystarczająco wyraźnie zarysowała bohaterkę, jej życiową nieudolność i niezdecydowanie, brak odpowiedzialności, aby zorientować się również, że nie stroni od wulgaryzmów. "Rzucanie mięsem" jest więc tu na nic, a książka dużo przez to traci. 

Podejrzewam, że nie zrozumiałam dobrze przesłania tej obsypanej nagrodami powieści, która ponoć obala stereotyp Finów, ale sama nigdy nie miałam do czynienia z Finlandią i Finami, więc nie mam pojęcia, jacy są naprawdę i jak to się ma do ich obrazu przedstawionego przez Salmelę.

To, co zasługuje w tej powieści na uwagę, to nietypowa narracja. O losach bohaterki dowiadujemy się nie tylko z jej osobistej relacji, ale również z relacji obserwatorów. Salmela oddaje tu głos przedmiotom i zwierzętom. Perspektywy, z jakich poszczególni narratorzy relacjonują wydarzenia, są bardzo różnorodne i zaskakujące. Nie od razu wiadomo, kim są narratorzy, ale kiedy się to już okazuje, ich spostrzeżenia wydają się całkiem trafne. Mnie najbardziej przypadły do gustu spostrzeżenia Pana Prosiaczka – zabawki małej Fasolki oraz zupełnie pozbawiona emocji relacja Astry-samochodu... Tak, samochodu! 

Jeśli więc gustujecie w nietypowych powieściach, to ta jest mocno nietypowa. Myślę, że od czasu do czasu nie zaszkodzi poeksperymentować ;-)

POLECAM:
- miłośnikom eksperymentów literackich i „dziwnych” książek
- miłośnikom serii "Z miotłą" 

Jeśli ktoś kolekcjonuje "miotełki", to teraz jest promocja - szczegóły TUTAJ.


Krótko mówiąc:
eksperymentalna, ironiczna, "odjechana"


Serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzyjny.


piątek, 13 kwietnia 2012

Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano


Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2011
Wydanie II
232 strony
Tytuł oryginału: La solitudine dei numeri primi
Tłumaczenie: Alina Pawłowska-Zampino
*****************
Pierwsze zdanie:
Alice Dello Rocca nienawidziła szkółki narciarskiej.
Ostatnie zdanie:
Przy odrobinie wysiłku potrafiła podnieść się sama.
*************
Samotność liczb pierwszych to debiutancka powieść Paolo Giordano, w której autor, co ważne - fizyk z wykształcenia, podjął próbę przedstawienia pewnych życiowych zjawisk w kategoriach matematycznych. Porównanie do liczb pierwszych zostaje zastosowane do dwojga bohaterów, Alice i Mattii, którzy doświadczają na codzień przeogromnej samotności, wynikającej z ich wcześniejszych życiowych doświadczeń. Oboje mają za sobą mocno traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, poprzez które zamknęli się na świat i na drugiego człowieka, znajdując ucieczkę w samotność. Mają za sobą przeszłość, z której nie są w stanie się rozliczyć.

Liczby pierwsze, choć na początku wydają się dziwnym odniesieniem do dwojga ludzi, okazują się doskonałą metaforą – Alice i Mattia choć są sobie bliscy, nie mają możliwości, by dotrzeć do siebie nawzajem. Alice i Mattia, jak liczby pierwsze, nigdy nie staną obok siebie. Zawsze będzie coś co ich rozdzieli. Chwilami wydaje się, że już niewiele im potrzeba, aby wydostać się z samotności. Jednak to małe „coś”, co ich dzieli, okazuje się tak wielkie, że jest nie do przejścia. Zadra, która pozostaje w człowieku na zawsze, tak mocno odbija się na psychice, że nie pozwala na stworzenie bliskich relacji, a tym samym skazuje na wieczną samotność. 

Nie wiem, czy chciałabym, żeby mnie ktoś porównał do jakiejkolwiek liczby, ale książkę czytało mi się dobrze. Jestem mile zaskoczona przemyśleniami autora, bo spodziewałam się, że jako fizyk będzie na siłę próbował dowieść, że nasze życie da się wpisać w logiczne, matematyczne wzory, a to miałoby się nijak do rzeczywistości pełnej nieprzewidywanych, niezaplanowanych wydarzeń. Życie to jednak dużo więcej niż matematyka. :-) Może gdyby był jakiś matematyczny wzór na to, co tkwi we wnętrzu każdego człowieka, byłoby prościej? A może bardzo dobrze, że tak nie jest?...

Krótko mówiąc:
poruszająca, emocjonalna, wzruszająca
*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - dużo lepsza niż okładka wydania I
C - ciekawa? - bardzo ciekawy pomysł
E - emocje? - emocjonalna i emocjonująca
N - negatywy? - bez oceny
A - ambitna? - całkiem

POLECAM:
- tym, którzy sądzą, że matematyka jest w życiu najważniejsza i że wszytko się na niej opiera
- czytelnikom lubiącym niebanalne książki psychologiczne

*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

środa, 11 kwietnia 2012

Klaudyna odchodzi - Sidonie-Gabrielle Colette


Wydawnictwo W.A.B.

Warszawa 2011
184 strony
Tytuł oryginału: Claudine s’en va
Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska
*****************
Pierwsze zdanie:
Początek: Nie ma go! Nie ma go!
Ostatnie zdanie:
Koniec: Wszystko to jest życie, czas, co płynie, nadzieja cudu czekającego za każdym zakrętem drogi, cudu, w który wierząc, wyrywam się stąd.
*************

Klaudyna odchodzi to czwarta i ostatnia książka z cyklu o Klaudynie, autorstwa Sidonie-Gabrielle Colette, a druga, którą czytałam oprócz Klaudyny w Paryżu. Mimo że polubiłam trzpiotowatą, bezpruderyjną, odważną Klaudynę, ostatnia część cyklu, z inną główną bohaterką, bardziej przypadła mi do gustu.

Annie, jakże różna od dynamicznej, wyzwolonej, łamiącej wszelkie zasady Klaudyny, to kobieta oddana swemu mężowi, pozbawiona poczucia własnej wartości i pewności siebie, bojąca się podejmowania własnych decyzji i wyrażania swoich opinii, ugrzeczniona, pokorna, zaczyna dostrzegać w sobie kobietę – nie tylko taką, jaką być powinna w swym własnym mniemaniu i w przekonaniu swego męża, ale również taką, jaka jest naprawdę. 

Klaudyna odchodzi jest więc nie tylko powieścią wspaniale odzwierciedlającą obyczajowość przełomu XIX i XX wieku, ale również genialnym psychologicznym rysunkiem charakterów oraz powieścią o poszukiwaniu samego siebie i uświadamianiu sobie, kim się jest naprawdę, o przemianie i zmierzaniu ku niezależności. Klaudynę można więc w tej powieści uznać w tej powieści za postać drugoplanową – jej rola sprowadza się tu bowiem do osoby wspierającej Annie w dążeniu do niezależności. Gdyby jednak zapytać Annie o rolę Klaudyny w jej życiu, pewnie Klaudyna zostałaby wymieniona jako jedna z najważniejszych dla Annie osób. I cóż... Okazuje się, że kiedy Klaudyna odejdzie, życie będzie toczyć się dalej...

Klaudyna może i odeszła. Dzięki Colette pozostanie jednak wpisana na zawsze – mam nadzieję – w klasykę literatury. W każdej chwili można więc umilić sobie czas i podelektować się przecudnym językiem i pooddychać atmosferą paryskich salonów początku XX wieku.

No bo jak się nie zachwycić takimi cudeńkami jak poniżej... Zresztą już samo trzymanie tej książki w ręku to już przyjemność - okładka jest wykonana z papieru przypominającego w dotyku aksamit i doskonale pasuje do "salonowej" treści książki.
Przede mną przyszłość nieprzenikniona.
Wczoraj zjawiła się spowita od stóp do głów w obszerną pelerynę ze lśniącego srebrnego jedwabiu, tak hermetyczną i tak obyczajną, że byłam zdumiona. [str. 73]
Pan jest bardzo dobry i myśli sobie, że to może jaśnie pani zaszkodzić, ale już tam w babskich utrapieniach to mężczyźni nie mają żadnego rozeznania. Ja, jak mnie złapie newrlagia, zawsze biorę eter. [str. 58]

Krótko mówiąc:
nietuzinkowa, barwna, plastyczna
*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - aksamitna, świetnie dopasowana
C - ciekawa? - jak najbardziej
E - emocje? -są "charakterki", są i emocje ;-)
N - negatywy? -nie wiem, czy to coś negatywnego, ale trzeba się skupić, żeby zrozumieć, o co chodzi w tych salonowych rozgrywkach przekazanych mocno kwiecistym językiem; taka już specyfika stylu Colette :-)
A - ambitna? -biorąc pod uwagę czasy, w jakich została napisana, to jest to bardzo ambitne i nowatorskie spojrzenie na rzeczywistość, zwłaszcza na rolę kobiety

POLECAM:
- ambitnym czytelnikom zapoznającym się z kanonem klasyki literatury
- tym, którzy lubią dziewiętnastowieczny klimacik powieści, newralgię, eter, buldożki francuskie, etc.
- miłośnikom Klaudyny, którzy poznali ją we wcześniejszych powieściach Colette - bardzo zgrabne zakończenie serii

*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 3 października 2011

Bezludny raj − Ana María Matute


Bezludny raj
Ana María Matute

Paradiso inhabitado

Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo W.A.B.
seria z miotłą
Warszawa 2011
368 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Urodziłam się, kiedy moi rodzice już się nie kochali.
Ostatnie zdanie:
 Jednorożce nigdy nie wracają.
******************
Raj w tytule i sympatyczny jednorożec na okładce przywodzą na myśl szczęśliwe dzieciństwo. Jeśli dodamy do tego określenie „bezludny”, robi się zastanawiająco. Czy tytuł powieści ‘Bezludny raj’, w której autorka Ana María Matute zamieściła również wątki autobiograficzne, sugeruje, że jest to książka o szczęśliwym dzieciństwie, czy może raczej o samotności zaznanej w czasie, który − na zawsze i bez względu na wszystko − będzie uznawany za ‘raj’? Kraina wspomnień z dzieciństwa, która choć nie zawsze przepełniona szczęściem i pozytywnymi emocjami, wydaje się tak głęboko zakorzeniona w człowieku, że jej magię można długo i intensywnie odczuwać we wspomnieniach.

Adrianne, dziewczynka, która przyszła na świat jako najmłodsza w rodzinie w momencie uznanym za niewłaściwy, nie doświadczyła właściwie niczyjej czułości i bliskości. Do tego nie należała do osób otwartych i łatwo nawiązujących kontakt, a jej osobowość blokowała ją na tyle, że długo nie miała towarzyszki czy towarzysza zabaw w swoim wieku. Spędzała więc swoje dzieciństwo we własnym świecie, który sama sobie stworzyła i w którym czuła się bezpiecznie. Przerażał ją świat Olbrzymów i trudno jej było zrozumieć ich działania. A że dorastała w samotności, nie mając kogoś, kto „oswoiłby” ją ze światem, rozumiała go na tyle, na ile sama zdołała sobie wytłumaczyć to, co się w nim działo, próbując ułożyć w jakiś konkretny obraz strzępki informacji, które zasłyszała.

Dzieciństwo Adri ma jaśniejsze barwy, gdy na jej drodze staje Gawryła, chłopiec, z którym dziewczynka doskonale się rozumie i dzięki któremu rozwiewają się jej lęki i samotność i który budzi w niej uczucia, jakich nie znała. Dzięki niemu uczy się miłości i dzielenia się z drugim człowiekiem swojego czasu i swoich problemów. Ale czy raj może trwać wiecznie?

Świat dorosłych widziany z perspektywy dziecka, świat emocji, marzeń, ale i niepokoju i braku miłości, został opisany przez hiszpańską pisarkę niezwykle plastycznym językiem. Książkę już skończyłam czytać, a nadal wydaje mi się, że z ukrycia spogląda na mnie dziewczynka zagubiona i samotna w świecie Olbrzymów. 'Bezludny raj' to naprawdę piękna opowieść.

*******************
Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 19 września 2011

Klaudyna w Paryżu - Sidonie Gabrielle Colette


Klaudyna w Paryżu
Sidonie Gabrielle Colette

Claudine à Paris

Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska
Wydawnictwo W.A.B.
Kraków 2011
236 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
  Dziś powracam do mego dziennika, którego pisanie musiałam przerwać w czasie choroby, w czasie ciężkiej choroby - bo zdaje się, że ja naprawdę byłam bardzo chora!
Ostatnie zdanie:
 I wracamy do mego pokoju, ja wtulona w jego ramiona, on unosząc mnie, jakby mnie porywał, oboje uskrzydleni i niemądrzy jak zakochani z romancy...
******************
Sidonie Gabrielle Colette to francuska pisarka żyjąca na przełomie XIX i XX wieku czyli czasów, gdy takie wybryki jak publiczny pocałunek dwóch kobiet, romans z własnym pasierbem czy wyjście za mąż trzy razy, nie uchodziły bez echa. Collette uważa się więc nie tylko za jedną z najpopularniejszych pisarek francuskich, ale również za znaną skandalistkę.

Moja przygoda z jej twórczością rozpoczęła się od przeczytania „Klaudyny w Paryżu”, drugiej spośród czterech książek z serii powieści zawierających wątki autobiograficzne. Nie ukrywam, że był to główny powód, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Sylwetka odważnej, łamiącej liczne konwenanse, przeciwstawiającej się przyjętym normom Collette wydała mi się bardzo interesująca. Byłam ciekawa jak wiele z samej Collette będzie miała Klaudyna. Sądzę, że sporo:-)

W książce „Klaudyna w Paryżu” Collette opisała wydarzenia z życia dorastającej nastolatki oraz jej uczucia i marzenia towarzyszące jej w okresie wkraczania w dorosłe życie. Klaudyna to niepokorne dziewczę – nie pozwala innym sobą manipulować, nie przestrzega obowiązujących zwyczajów, mówi otwarcie o sprawach, które w tamtych czasach uważano za tematy tabu. Nie owija w bawełnę, nie przebiera w słowach. Łamanie przyjętych zasad wyraża między innymi mało kobiecym stylem ubierania się, zmianą fryzury czy czytaniem książek uznawanych za nieodpowiednie dla młodej kobiety. Jej relacje z ludźmi również pozostawiają wiele do życzenia – przyjaźń z Łusią, rozmowy z Marcelkiem, zauroczenie sporo starszym od siebie mężczyzną – w dzisiejszych czasach pewnie nie byłyby aż tak kontrowersyjne jak w ubiegłym wieku.

Udało mi się polubić tę dziewczynę z charakterkiem na tyle, że będę chciała jeszcze o niej poczytać. Lubię takie wyraziste postacie literackie, a Klaudyna zdecydowanie do nich należy.

Dodam jeszcze, że bardzo mi się podoba opracowanie graficzne całej serii. Przypuszczam, że pozostałe książki z tej serii również mają milutką w dotyku okładkę.
Polecam :-)

Zdjęcie z Wikipedii

*******************
Moja ocena: 5/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu W.A.B.
za egzemplarz recenzencki.

niedziela, 31 lipca 2011

Rio Bar - Ivana Sajko


Rio Bar
Ivana Sajko

Wydawnictwo W.A.B.
Seria z miotłą
Warszawa 2011
160 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
   Każdy ma swoją opowieść, która kiedyś się zaczyna.
Ostatnie zdanie:
  Nigdy więcej.
******************
Literatura chorwacka w Polsce do najpopularniejszych nie należy. Dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po Rio Bar Ivany Sajko. To pierwsza chorwacka powieść, jaką przeczytałam.

Książka ta jest jednym wielkim krzykiem. Ów krzyk to sposób chorwackiej pisarki na wykrzyczenie złości, nienawiści, bezradności i bólu Chorwatek, którym wojna na Bałkanach z lat dziewięćdziesiątych XX wieku zabrała ukochanych mężczyzn, zabrała ważne chwile z życia, pokrzyżowała plany. Niektóre kobiety nie poradziły sobie z tą sytuacją do dziś. Jedno jest pewne – pisarka chce pokazać ogrom bólu, niepozwalający kobietom, które przetrwały wojnę, na powrót do codziennego życia. I udaje się jej to, bo tego krzyku nie sposób nie słyszeć.

Mimo że książka nie jest gruba, czyta się ją powoli. Przekleństwa, chaos myśli, mieszanie się wypowiedzi, nakładające się na siebie opowieści, tajemnicze zdania na początku niektórych rozdziałów, brak konkretów – trudno to wszystko zrozumieć i ogarnąć. Styl pisania jest jakby zapisem myśli – z wielokrotnymi powtórzeniami, niedopowiedzeniami.

W powieści Rio Bar zobaczyłam, a może raczej usłyszałam, jak wiele złych uczuć zrodziła wojna i jak trudno je z siebie wyrzucić. Usłyszałam, jak wielką siłę destrukcyjną mają gniew i nienawiść, jeśli się im pozwala dojść do głosu. A w ustach kobiet to straszne – przekleństwa i bluźnierstwa jako ulga w cierpieniu. Zero pokory wobec losu. Ivana Sajko pokazała kobiece przeżycia wojenne zupełnie inaczej niż to, co znałam. Do tej pory z opowiadań i książek o wojnie na ogół wychwytywałam co innego – godne życie dalej mimo bólu, w pewnym sensie nawet akceptację i nastawienie: ‘Stało się, ja tego nie zmienię. Weźmy się w garść, bo trzeba żyć dalej’. U Ivany Sajko zaś to krzyk: ‘Zobaczcie, jakie jesteśmy nieszczęśliwe. Już zawsze będziemy. Niech wszyscy zobaczą, co ta wojna z nami zrobiła.’ Nie ujmuję tragedii tych kobiet – na pewno była przeogromna. Ale czy alkohol to załatwi? Czy rzeczywiście nie ma już szans na stworzenie normalnego związku z mężczyzną?

Rzuca się w oczy ta różnica w nastawieniu do wydarzeń od nas niezależnych i kierowanie naszymi uczuciami i emocjami, jakie były pokazywane w literaturze wojennej. Wydaje mi się, że z każdą tragedią jest tak, że wcześnie czy później trzeba się z nią pogodzić, jeśli się chce dalej godnie żyć – tak myślę, choć pewnie łatwiej mówić niż samemu przeżyć... Lepiej więc już zamilknę. Do przeczytania tej książki i wyrobienia sobie własnego zdania jak najbardziej zachęcam. Ta książka o tym, co wojna może zrobić z człowiekiem, jest inna niż te, które znam.

*******************
Moja ocena: 3,5/6

Dziękuję bardzo wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.


środa, 6 lipca 2011

Świat zmysłów (Miłość na marginesie - Yoko Ogawa)

Miłość na marginesie
Yoko Ogawa

Yohaku no ai
Tłumaczenie: Anna Horikoshi
Wydawnictwo W.A.B.
Seria z miotłą
Warszawa 2011
204 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
   Pierwszy raz spotkałam Y w małym pokoju konferencyjnym starego hotelu, który znajdował się na tyłach Kliniki Otolaryngologicznej F.
Ostatnie zdanie:
    Hiro założył na ramię swój chlebak i wyszliśmy z pogrążonego w ciszy szpitala.
******************

Źle znoszę hałas. Właściwie go nie znoszę. Zbyt głośny śmiech. Zbyt głośna rozmowa za plecami. Kilka osób jednocześnie wyrażających swoje zdanie. Zbyt głośna rozmowa przez komórkę w autobusie. Zbyt  głośna muzyka. Disco polo u sąsiada. Trzaskanie drzwiami. Ujadający pies. Mnóstwo dźwięków, które odbierają z rzeczywistości tak wiele. Dekoncentrują. Zagłuszają. Przytłaczają. A przecież niekoniecznie coś musi być dobitnie wypowiedziane, żeby usłyszeć i zrozumieć.

Jeśli ktoś wie, co mam na myśli, bez problemu zrozumie przeżycia bohaterki powieści Yoko Ogawy Miłość na marginesie. Jej bohaterka, dwudziestokilkuletnia kobieta o nieznanym imieniu, praktycznie z dnia na dzień zapada na dziwną chorobę słuchu – głuchotę nerwowo-czuciową – przejawiającą się ogromną nadwrażliwością na dźwięki oraz ciągłe odbieranie dźwięków, których w danej chwili w rzeczywistości nie słychać. Tak rozpoczyna się gra zmysłów, która dla kobiety staje się swoistego rodzaju rozliczeniem się z przeszłością. Snuje swą opowieść w obecności mężczyzny o pięknych dłoniach, który sporządza stenograficzny zapis jej wynurzeń. Na marginesie ich spotkań rodzi się trudne do zdefiniowania uczucie, które nigdy nie zostaje nazwane, ani wypowiedziane. Zbyt wiele na przyjaźń, zbyt mało na miłość (?). Bez łomotu serca. Jedynie delikatny szmer. Wspomnienia będą przeplatać się z teraźniejszością, marzenia z rzeczywistością.

Niejednoznaczna symbolika nadana przez autorkę za pomocą niezwykle plastycznego języka daje do myślenia i pozwala na własną interpretację emocji i zdarzeń. Dla mnie najciekawszym symbolem są zapiski sporządzane przez stenografa Y. Zapis wewnętrznych odczuć i wspomnień niemożliwy do odczytu dla każdego, kto chce go poznać, jest jak nieodgadnione wnętrze człowieka, które niełatwo rozszyfrować. Opowiadanie, słuchanie, zapisywanie. Początek i koniec. Związane w nierozerwalną całość. Kartka, której nie można wyrwać z całości, tak jak nie można wyrwać wspomnień i uczuć z niczyjego życia. Choćby bolało. Choćby przeszkadzało.

Świat zmysłów, który stał się dla Ogawy środkiem do pokazania świata emocji i uczuć pełnych sprzeczności – wewnętrznego cierpienia, samotności, marzeń, odczuwania bliskości – potrafi zachwycić czytelnika.

Krótko mówiąc, jestem tą książką zauroczona.

*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.

środa, 12 stycznia 2011

Czarna lista - Aleksandra Marinina

Czarna lista - Aleksandra Marinina

Tytuł oryginału: Чёрный список
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Seria: Mroczna seria

Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 19.05.2010
ISBN: 978-83-7414-764-4
Ilość stron: 350


*********
Miejsce akcji: kurort nad Morzem Czarnym


Bohaterowie: podpułkownik Stasow na wakacjach z córką Lilą; Tatiana Tomlina - pisarka z Petersburga; Ira i Mazajew - wakacyjni współlokatorzy; milicjant Siergiej Lisicyn; piękna Margarita Mieziencewa była żona Stasowa ze swoim nowym wybrankiem

Najciekawsza postać: Lila - zbyt poważna jak na ośmiolatkę; czytająca wszystko, co jej wpadnie w ręce;

Ważne elementy: festiwal filmowy, nieformalne śledztwo, sposoby na zastraszenie Stasowa, romans, zdjęcia, hotel, wakacyjna kwatera

*********

 To moje pierwsze spotkanie z kryminałem w wykonaniu pisarki rosyjskiej. Uznaję je za wystarczająco udane, aby jeszcze raz spróbować (tym razem z Nastią Kamieńską w roli głównej), jednak bez rewelacji. Marinina jako prawnik i kryminolog ma ciekawe pomysły, jednak jej styl - jak na kryminał - jest w moim odczuciu zbyt ciężki - akcja się ciągnie dość długo. Niektóre relacje między bohaterami zostały opisane zbyt drobiazgowo, nawet jeśli nie mają znaczenia dla sprawy. Tak naprawdę robi się ciekawie dopiero w połowie książki, a na samym finiszu rzeczywiście nie można się oderwać, ale to przecież standard w kryminałach :-)

Śmieszna rzecz - na początku nie mogłam przywyknąć do rosyjskich nazwisk nie pisanych cyrylicą i do rosyjskich imion - zwłaszcza w wersji zdrobniałej, np. Władisław - Władik, Dima, Dimoczka; inne: Edik, Giena, Gienoczka, Pasza, Sierioża :-)

********

Moja ocena: 4/6