Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2013

38/2013 Rasy kotów – Gabriele Metz

Tytuł oryginału: Katzenrassen
Tłumaczenie: Małgorzata Chudzik
Wydawnictwo Muza 
Warszawa 2013
128 stron
Literatura niemiecka
Gatunek: poradnik

Stwierdziłam niedawno, że skoro mam i psa, i kota, to - żeby było sprawiedliwie - powinnam uzupełnić brak wiedzy dotyczącej ras kotów. O ile rasy psów od dawna rozpoznaję bez kłopotu, o tyle na rasach kotów nie znałam się kompletnie. No, może jedynie persa i kota syjamskiego bym rozpoznała, nie licząc najpopularniejszej z ras – dachowca europejskiego. Do tej szlachetnej rasy zalicza się całkiem nowy mieszkaniec mojego domu, niejaki Julian Henry vel Richard Parker. Ów czystej rasy dachowiec europejski odmiany podwarszawskiej próbuje podporządkować sobie wszystkich domowników, z psem rasy hovawart włącznie.

Rasy kotów to książka dla miłośników i właścicieli kotów oraz dla osób, które mają zamiar sprawić sobie rasowego futrzaka. Zdecydowanie polecam lekturę tej  niedługiej książeczki przed zakupem kociaka – jest tu wiele cennych informacji dotyczących nie tylko wyglądu, ale też charakteru kotów. Przyszły właściciel będzie więc mógł zorientować się, z czym wiąże się opieka nad zwierzakiem danej rasy. A różnice w wymaganiach są bardzo duże. Autorka udziela praktycznych rad, które na pewno pomogą w doborze pupilka. Mnie urzekł niebieskooki kot birmański. Takie kocurki podobno są grzeczne i spokojne, czyli zupełnie odwrotnie niż Julian...Mój drugi typ to ragdoll, który też jest spokojny, a na dodatek akceptuje inne zwierzęta – też zupełnie odwrotnie niż Julian...


Oprócz wymagań związanych z opieką nad kotami poszczególnych ras książka zawiera też przewodnik, w którym znajdziemy m.in. wyjaśnienia terminologii związanej z umaszczeniem (np. seal bicolour, arlekin, dymny) a także rady, jak znaleźć dobrego hodowcę. Jest też parę odnośników do innych pozycji o kotach. 


Choć książka sama w sobie nie rzuciła mnie na kolana, to swoje zadanie spełniła. Mam teraz jako takie pojęcie o rasach kotów, a na tym najbardziej mi zależało. A dlaczego mnie nie rzuciła na kolana? Spodziewałam się jeszcze szerszego omówienia tematu i pełniejszej prezentacji przy pomocy większej liczby zdjęć. Moją uwagę rozpraszały też niektóre rozwiązania redaktorskie – wprowadziłabym tu trochę zmian, przede wszystkim w układzie stron i treści, bo chwilami miałam wrażenie, że informacje się powtarzały. No ale jak na pierwszą książkę o kotach, jaką przeczytałam, to jest OK. Znawczynią nadal nie jestem, ale coś tam wiem ;-)





Bardzo dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.


sobota, 12 stycznia 2013

3/2013 Zniknięcie słonia – Haruki Murakami; Murakami i jego Tokio - Anna Zielińska-Elliott

Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli napisać o dwóch książkach w jednym poście. A to dlatego, że obie książki można opatrzyć wspólnym hasłem – „Murakami”.

 Niedawno skończyłam czytać książkę Murakami i jego Tokio napisaną przez tłumaczkę książek Murakamiego Annę Zielińska-Elliott. Bardzo mi zależało na tej książce, ponieważ Murakami od dawna figurował na liście pisarzy, których twórczość chciałabym poznać, a Tokio z kolei na liście miejsc, które chciałabym zwiedzić






Wydawnictwo Muza
Wydano w maju 2012
270 stron 
Literatura polska
Gatunek: przewodnik

Jeśli chodzi o książkę Murakami i jego Tokio, to jest to pozycja, która zadowoli nie tylko wielbicieli Murakamiego, bo jak mówi podtytuł jest to „przewodnik nie tylko literacki”.

Przewodnik, choć ściśle nawiązuje do twórczości pisarza, jest napisany w taki sposób, że zadowoli zarówno tych, którzy sięgną po niego ze względu na Murakamiego, jak i tych, dla których bardziej interesujące będzie Tokio samo w sobie.

Fani Murakamiego, będą mieć możliwość pospacerowania po mieście śladem bohaterów i autora, poznać odwiedzane i lubiane przez nich miejsca, co na pewno da im pełniejszy obraz bohaterów. Czytelnicy będą też mogli poznać lepiej autora dzięki temu, że każdy rozdział kończy się zestawem odpowiedzi Murakamiego na pytania czytelników, co mocno przybliża jego charakter i upodobania. „Zwyczajni” turyści mogą wykorzystać ten przewodnik, aby odkryć wiele miejsc, o których w klasycznych przewodnikach nie ma nawet wzmianki, a także skorzystać z wielu pożytecznych podpowiedzi. Przydatne adresy, praktyczne wskazówki kulturowe, zwyczaje, które nam Polakom mogą wydać się zaskakujące...

Polecam więc ten przewodnik zarówno wielbicielom Murakamiego, jak i szczęściarzom wybierającym się do Tokio. :-)

 *************************

Tytuł oryginału: 象の消滅 / Zō no shōmetsu
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo Muza
Wydano w październiku 2012
376 stron 
Literatura japońska
Gatunek: opowiadania

Zniknięcie słonia to pierwszy zbiór opowiadań Harukiego Murakamiego, jaki przeczytałam. Mam za sobą jedynie pierwszy tom 1Q94, więc nie mam jeszcze wyrobionego własnego zdania o tym pisarzu cieszącym się coraz większą popularnością i uznanym w ubiegłym roku za jednego z ważniejszych kandydatów do Nagrody Nobla.

Wcale nie jest mi łatwo napisać, że nie podobało mi się coś, co napisał kandydat do Nagrody Nobla, bo to sugeruje, że czegoś nie dostrzegam, że nie widzę piękna, że nie potrafię zinterpretować właściwie. Może i tak jest. Prawda jednak jest taka, że te opowiadania zupełnie nie przypadły mi do gustu. Może czytałam je mało uważnie, może zbytnio nastawiłam się na to, że skoro to Murakami, to na pewno są świetnie. Może trzeba wcześniej posmakować innych dzieł Murakamiego, żeby docenić Zniknięcie słonia i inne opowiadania z tego zbioru. Na dzień dzisiejszy proponowany przez autora poziom absurdu oraz surrealizm wciśnięte w rzeczywistość to dla mnie zbyt mocne „odjechanie”.

Póki co zostaję z poczuciem lekkiego zawodu, ale jeszcze po Murakamiego sięgnę. Chcę przynajmniej doczytać pozostałe dwa tomy 1Q94. Mam też jeszcze Norwegian Wood i O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Zobaczymy. :-)

Jeśli chodzi o mnie, to Tokio jak najbardziej t a k, a Murakami niekoniecznie.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarze recenzenckie.

czwartek, 6 grudnia 2012

Lampy naftowe - Teresa Jabłońska

Wydawnictwo Muza
Seria: Ocalić od zapomnienia
Wydano w 2012
192 strony
Literatura polska


Rok 2012 jest rokiem Ignacego Łukasiewicza, który urodził się w 1822, a zmarł w 1882 roku. Wydawnictwo Muza włączyło do przepięknie wydanej serii książek Ocalić od zapomnienia pozycję zatytułowaną Lampy naftowe autorstwa Teresy Jabłońskiej, która wspomina sylwetkę tego niezwykłego Polaka. Warto wiedzieć, że Ignacy Łukasiewicz zasłużył się nie tylko wynalezieniem lampy naftowej, ale również działaniami niepodległościowymi, wielką dobrocią i sercem otwartym na potrzeby drugiego człowieka.

A co do lamp... – do wyboru, do koloru. :-) W okresie między 1860 a 1920 rokiem, kiedy lampy były powszechnym dobrem użytkowym, ich producenci starali się dostosowywać wygląd lamp, tak aby odzwierciedlał trendy charakterystyczne dla danego stylu panującego w sztuce: historyzmu, eklektyzmu, secesji, funkcjonalizmu. Sposób zdobienia lamp jest naprawdę zachwycający. Można znaleźć wśród nich na przykład lampę ‘z korpusem w liście trzcinowe i kwiaty nenufarów’ [str. 73], lampę ‘z majolikowym korpusem z motywem lilii wodnych’ [str. 100], czy lampę ‘typu walentynka z półplastycznym łabędziem na korpusie i czerwoną lilię na kloszu’ [str. 115]. Naprawdę jest na co popatrzeć.

Zachwycił mnie też ostatni rozdział, który autorka nazwała ‘małą antologią światła odbitego w dziełach literatury i sztuki’ [str. 158], w którym zostały przytoczone fragmenty utworów „z lampą w tle” oraz obrazy z ciekawymi ujęciami wykorzystującymi grę światła, np. obraz Maria Magdalena pokutująca Georgesa de la Toura oraz obrazy Johannesa Rosierse’a Dziewczyna w świetle świecy, Ostatni kieliszek, Napełnianie czajnika.

Świetna książka o walorach poznawczych i estetycznych. Polecam!


Na stronie wydawnictwa Muza dostępny jest fragment książki - można sobie przejrzeć TUTAJ.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.

niedziela, 30 września 2012

Pamiętam cię – Yrsa Sigurdarđóttir

Tytuł oryginału: Ég man þig
Tłumaczenie: Jacek Godek
Wydawnictwo Muza
Wydano w czerwcu 2012
320 stron
Literatura islandzka
Gatunek: horror + thriller psychologiczny


AUTOR: Yrsa Sigurdarđóttir
ur. 24 kwietnia 1963 w Rejkjaviku, z wykształcenia i z zawodu inżynier budownictwa. Autorka książek dla dzieci oraz popularnych kryminałów. (zdjęcie STĄD)


Inne książki tego autora:
Debiut 1998 – książka dla dzieci Þar lágu Danir í því :-)
Trzeci znak
W proch się obrócisz
Weź moja duszę
Lód w żyłach
Pamiętam cię

Spójrz na mnie

Strona autorki na FB - TU.

MIEJSCE akcji: Islandia – Hesteyri, Ísafjörður

CZAS akcji: czasy współczesne

BOHATEROWIE:
psychiatra Freyr, jego była żona Sara, synek Benni, Gardar i Katrin, Lif i Einar, policjantka Dagny

TEMATYKA:
tematyka klasyczna dla horroru i thrillera

PRZESŁANIE:
Trudno żyć bez rozliczenia się z przeszłością; prawda wyzwala.

MOJE ODCZUCIA
:
Kiedyś jakiś czas temu zostało ogłoszone wyzwanie dotyczące literatury nordyckiej, zrodził się też mój zamiar, aby poznać twórczość jakiegoś islandzkiego pisarza. Dopiero teraz nadarzyła się ku temu okazja. Na podstawie jednej książki nie mogę się wypowiadać o literaturze islandzkiej, ale jeśli powieść Pamiętam cię Yrsy Sigurdarđóttir miałaby być wyznacznikiem, to literatura islandzka zajęłaby w moim rankingu jedno z czołowych miejsc. Książka jest bowiem doskonała. Nie oznacza to, że jestem miłośniczką horrorów czy thrillerów. Wręcz przeciwnie – sięgam po nie jedynie od czasu do czasu.

Obraz opuszczonej osady na islandzkiej wysepce jest tak plastyczny, że czytelnika ogarnia poczucie samotności, obcości, wyizolowania. Wszechobecne chłód i wilgoć potęgują to odczucie. Kolorów w tym obrazie niewiele – tylko czerń i biel z domieszką krwistej czerwieni – zupełnie jak na okładce, którą z tego względu uważam za idealnie spójną z treścią. Stary dom do remontu, skrzypiąca podłoga, brak prądu, wyspa, z której nie ma powrotu – oto sytuacja naszych bohaterów. Do tego tajemnice z przeszłości, zaginione dziecko, napisy na ścianach, krzyże na plecach ofiar – oj, dzieje się!


 Opis wydarzeń jest tak sugestywny, że miałam wrażenie, że oglądam film Hitchcocka. Do tego wszędzie ciemno, zimno i do domu daleko, że włosy czasem stają dęba. Mrok, kości, zwidy, głosy – groza na każdym kroku. Autorce doskonale się udało zagrać na emocjach.  Jeśli chodzi o książki, to trudno mnie przestraszyć, zwłaszcza zjawami i głosami, a Yrsa Sigurdarđóttir dała radę. Im bliżej było do końca powieści, tym bardziej zaskakiwały mnie moje własne myśli. Nie wierzyłam w to, co krok po kroku zaczęło się wyłaniać z dwóch równoległych historii. Elementy splatające obie płaszczyzny fabuły stworzyły idealną układankę. Brawa za pomysłowość – fabuła jest doskonała.


Kto wie, czy nie dałabym się totalnie porwać mrocznemu nastrojowi powieści, gdyby nie rozproszenia spowodowane niedociągnięciami redaktorsko-korektorskimi, które niestety odwracały moją uwagę od treści. Niestety, na moje oko strasznie tego dużo. Denerwowały mnie źle odmieniane imiona, interpunkcja, niezręczności frazeologiczne i inne błędy fleksyjne. Twory takie jak „pliz, weź przestań, fajle” wywołały u mnie skręty żołądka.


Tak więc zamiast trząść się ze strachu, przez większość czasu zastanawiałam się, czy dla świętego spokoju nie można było nazwać pieska inaczej niż Putti, a policjantkę inaczej niż Dagny, skoro i tłumacz, i redaktor, i korektor mieli z tym kłopot. Szkoda, bo fabuła rewelacyjna, trzymająca w napięciu, jak na prawdziwy horror przystało. Wszystko dobrze przemyślane i zręcznie wkomponowane w surowy, islandzki klimat. Godne polecenia.


POLECAM:
- miłośnikom książek z silnym dreszczykiem
- dla ochłody na gorące dni ;-)


Krótko mówiąc:
zimna i mroczna, wywołująca dreszcze, tajemnicza, świetnie skonstruowana


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzyjny.




wtorek, 14 sierpnia 2012

Opowiadaczka filmów – Hernán Rivera Letelier

Tytuł oryginału: La contadora de películas 
Tłumaczenie: Natalia Nagler 
Wydawnictwo Muza 
Wydano w kwietniu 2012 
104 strony 
Literatura chilijska 
Gatunek: za długa na opowiadanie, za krótka na powieść? 

AUTOR: Hernán Rivera Letelier 


pisarz chilijski. Urodził się w 1950 roku w Talca w Chile. W książce Opowiadaczka filmów widać wyraźnie, że autor zna realia, jakie panowały w małych, ubogich miasteczkach chilijskich, ponieważ do jedenastego roku życia mieszkał w Algorcie, miasteczku górniczym. Życie go doświadczyło już w dzieciństwie – dość wcześnie stracił matkę, musiał też rozstać się z rodzeństwem, które po jej śmierci wychowywało się oddzielnie. Hernan zarabiał na życie, sprzedając gazety i pracując jako kurier. Później pracował w kopalni saletry. Obecnie mieszka w mieście Anafogasta z żoną i czwórką dzieci. 
 
Inne książki tego autora: 
El arte de la resurrección Sztuka wskrzeszania 

MIEJSCE akcji: osada nieopodal pustyni Atakama, Chile 

CZAS akcji: koniec XX wieku 

BOHATEROWIE: María Margarita, Merado - jej tata, María Magnolia - mama bracia: Mariano, Mirto, Manuel, Marcelino 

TEMATYKA: opowieść kobiety dorastającej w biednej wiosce chilijskiej opowieść o samotności, o przykrych doświadczeniach, o trudnościach związanych z wybaczaniem 

PRZESŁANIE: Bywa że koniec jednocześnie staje się początkiem. 

Okładki wydań zagranicznych pochodzą: STĄD i STĄD.

CYTATY:
Pewnego razu przeczytałam zdanie - zapewne jakiegoś sławnego autora - które mówiło, że życie jest stworzone z tej samej materii, co sny. Ja natomiast sądzę, że życie może być stworzone z tej samej materii, co filmy. [str. 56] 
Opowiadać jakiś film to jak opowiadać sen. 
Opowiadać czyjeś życie to jak opowiadać sen albo film. 
Po tylu obejrzanych i opowiedzianych filmach często zdarzało mi się mieszać kino z rzeczywistością. Kosztowało mnie wiele wysiłku, by sobie przypomnieć, czy dane zdarzenie przeżyłam naprawdę, czy może widziałam je na ekranie. Albo czy może je wyśniłam, bo później bywało i tak, że myliłam własne sny ze scenami filmowymi. [str.55] 

MOJE ODCZUCIA:
Opowiadaczka filmów – w pierwszej chwili tytuł książki wydał mi się przedziwny i intrygujący. No bo kim jest opowiadaczka filmów? Cóż to za profesja? Kto, gdzie i po co ją wykonuje? 

María Margarita, narratorka, snuje opowieść o swoim dzieciństwie i młodości spędzonych w nieistniejącej już, ubogiej wiosce chilijskiej, której jedyną atrakcją i dumą było kino. Jest to opowieść o niewesołej codzienności, w której dziewczynie przyszło jej żyć. Urodziła się w ubogiej rodzinie jako jedna z pięciorga rodzeństwa. Od najmłodszych lat życie jej nie rozpieszczało – matka porzuciła rodzinę, a inwalidztwo ojca, uniemożliwiające mu pracę, ledwo pozwalało wiązać koniec z końcem. Jedyną odskocznią od trudnej codzienności dla rodziny Maríi Margarity i innych mieszkańców wioski były ... filmy. Celowo nie napisałam „było oglądanie filmów”, bo na oglądanie mało kto mógł sobie pozwolić. Z rodziny Maríi Margerity wysyłano do kina jedną osobę, która potem opowiadała pozostałym osobom obejrzany film. Okazało się, że Maria Margarita ma niezwykły talent do opowiadania filmów i robi to dużo ciekawiej niż jej bracia. Jak potoczyły się losy Maríi Margerity, opowiadaczki filmów? Czy dziewczynie udało się poprawić byt swojej rodziny? Jak nadejście ery „srebrnego ekranu” wpłynęło na popularność opowiadaczki filmów? 

Opowiadaczka filmów to jednak nie tylko historia życia chilijskiej dziewczyny, ale opowieść o samotności, o przykrych doświadczeniach, o trudnościach związanych z wybaczaniem. Czyta się błyskawicznie. Ale mimo że książka krótka, to daje do myślenia na dłużej. I choć niewesoła, to nie przytłacza, lecz nawet podnosi na duchu. To książka, która doskonale pokazuje, że nie potrzeba wiele słów, żeby wyrazić wiele. Historia opowiedziana jest z urzekającą prostotą, która idealnie pasuje do bohaterki i środowiska, z którego się wywodzi. Nic dodać, nic ująć.

POLECAM
- lubiącym zapoznawać się z twórczością nowych, obiecujących autorów 
- lubiącym książki dające do myślenia 

Krótko mówiąc: 
niepozorna książeczka o głębokiej treści 

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzyjny.

 

czwartek, 24 maja 2012

Niech zawiruje świat - Colum McCann


Tytuł oryginału: Let the Great World Spin
Tłumaczenie: Hanna Pawlikowska-Gannon
Wydawnictwo Muza
Warszawa, październik 2011
432 stron

Colum McCann to irlandzki pisarz mieszkający w Nowym Jorku. Wcześniej o nim nie słyszałam... O McCannie, nie o Nowym Jorku :-) Nie wiem, czy to wstyd, czy nie, ale wiem jedno – zapamiętam tego autora, bo na to zasługuje, a zdobyte nagrody mówią same za siebie. Powieść Niech zawiruje świat został nagrodzony National Book Award oraz IMPAC Dublin Literary Award. Dawniej podchodziłam z rezerwą do książek nagrodzonych, bo bałam się swojej reakcji – chciałam, żeby mi się takie książki nagrodzone podobały, a nie zawsze tak było, a ja miałam potem poczucie, że mam zły gust literacki... Teraz już mnie nie odstraszają takie książki i bardzo lubię, czytając, przyglądać się takiej książce-laureatce, czym sobie na nagrodę zasłużyła.

Czytając Niech zawiruje świat długo się nad tym zastanawiałam. Zresztą pochodziłam do tej książki dwa razy – pierwsze podejście przerwałam po około 50 stronach. Za drugim razem też miałam pokusę, żeby ją odłożyć, ale mijał rozdział za rozdziałem, a ja rozsmakowywałam się w niej coraz bardziej. Odłożenie jej byłoby ogromnym błędem, bo książka okazała się doskonała.

Nie od razu wiadomo, że losy bohaterów będą tak ściśle ze sobą splecione; że ich odczucia i pragnienia będą zbliżone; że wszystko tak doskonale się splecie. Efekt jest dopiero, kiedy pozna się całą książkę. Do tego nietypowa klamra kompozycyjna – autentyczne wydarzenie z 1974 roku, jakim było „przemarsz” linoskoczka Philippa Petit po linie pomiędzy wieżami World Trade Center na wysokości ponad stu pięter..., spina wydarzenia nadając sens  powieści. Tak jak ów linoskoczek bohaterowie powieści czasem balansują na granicy życia i śmierci, przełamują siebie, walczą ze słabościami, chcą spełniać swoje marzenia. Życie ich zaskakuje, a oni mniej lub bardziej umieją sobie radzić z nieoczekiwanymi kolejami losu.

Niech zawiruje świat to dla mnie przykład książki, której postrzeganie diametralnie się zmienia po ogarnięciu całości. Gdybym po przeczytaniu trzech czwartych ktoś mnie zapytał o opinię, powiedziałbym „słaba, trudno się czyta”. Jednak po przeczytaniu całości mogę spokojnie stwierdzić: „przemyślana, niełatwa, ambitna, z powiewem geniuszu”. Polecam wytrwałym czytelnikom i tym, którzy lubią odkrywać nowe książkowe smaki. Warto spróbować.

Krótko mówiąc:
oryginalna, ciekawie skonstruowana, niełatwa


Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.


Umysł, którzy szkodzi. Mózg, zachowanie, odporność i choroba - Paul Martin

Tytuł oryginału: The Sickening Mind. Brain, Behaviour and Disease
Tłumaczenie: Piotr Turski
Wydawnictwo Muza
Warszawa, wrzesień 2011
Seria: Spectrum
480 stron
Wszechobecny w naszym życiu stres i brak umiejętności radzenia sobie z nim, bagatelizowanie własnego stanu psychicznego, brak równowagi emocjonalnej przekładają się na brak odporności czyli krótko mówiąc przyczyniają się do tego, że chorujemy. Jak się ma stan naszej odporności do tego, co dzieje się w naszej głowie? Nie od dziś wiadomo, że jeśli jedna „śrubka” przestaje działać, to nie znaczy, że rozwiążemy problem poprzez naoliwienie czy wymianę tejże. Jeśli z kolei zadbamy o element ważny, mamy większe szanse na poprawienie stanu innych niedziałających składników. Tak można by – mówiąc dość enigmatycznie – przedstawić to, co przekazuje czytelnikowi Paul Martin w książce o nieco przewrotnym tytule Umysł, który szkodzi.

Paul Martin jest też autorem innych publikacji popularyzujących naukowe osiągnięcia w dziedzinie nauk przyrodniczych i biologii behawioralnej: Seks, narkotyki i czekolada, Liczenie baranów wydanych w serii Spectrum Wydawnictwa Muza. Mimo trudnej tematyki autor w bardzo klarowny sposób wyjaśnia zależności, które mają miejsce w naszym organizmie. Emocje, właściwa reakcja na stres oraz racjonalne podejście do problemów to według Martina recepta na większą odporność, pomoc w leczeniu i generalne polepszenie stanu zdrowia. Autor zgadza się z naukowym twierdzeniem, że mózg odgrywa decydującą rolę w procesach, jakie zachodzą w naszym ciele.

Książka Martina to nie tylko psychologiczno-biologiczno-medyczne wyjaśnienia. Są one poparte konkretnymi wynikami badań oraz przykładami z życia. Co więcej, autor wplótł też w swoje rozważania postacie z literatury – doktora Pangloss z Kandyda Woltera, Polyannę z powieści Eleanor H. Porter, Tommy’ego Wilhelma z Korzystaj z dnia Saula Bellowa, oraz wielu innych. Ciekawy zabieg – mnie się bardzo spodobał. :-) Polecam więc tym, którzy lubią analizować zachowania i stan  emocjonalny, tudzież zdrowotny ;-) bohaterów literackich. Sporo można sobie uzmysłowić.

Mimo że książka ta jest napisana przystępnym językiem jak na publikację popularnonaukową, czytałam ją dość długo – nie dałam rady przeczytać jej tzw. ciurkiem. Jest dość obszerna, informacji jest dużo, i potrzebowałam „dawkowania” i przeplatania z czymś lżejszym. Jednak jak najbardziej polecam tę książkę nie tylko osobom, które mają do czynienia z medycyną czy psychologią, ale wszystkim, którym zależy na poszerzaniu horyzontów

Krótko mówiąc:
ciekawe, kształcące, zaskakujące

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.


wtorek, 20 marca 2012

Łatwa kuchnia japońska - Emi Kazuko

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
216 stron
*****************
Pierwsze zdanie:
Cechą, która odróżnia kuchnię japońską od innych, jest jej niezwykła prostota.
*************
Jeśli chodzi o Daleki Wschód to lubię nie tylko literaturę i kulturę tego obszaru, lecz także potrawy azjatyckie. Książka Łatwa kuchnia japońska autorstwa Emi Kazuko, a wydana przez Wydawnictwo Muza, to dla mnie nie lada gratka, bo mogę nie tylko popróbować swoich sił w przygotowaniu orientalnych potraw innych niż sushi czy zupa miso, które już mam na koncie, ale poczytać o tym, jak profesjonalnie podejść do tematu i wypróbować nowe, nieznane przepisy. Opisany w książce profesjonalny sprzęt używany przez kucharzy japońskich spokojnie da się zastąpić dostępnymi u nas narzędziami kuchennymi o podobnym przeznaczeniu. Składniki typowe dla kuchni japońskiej są też osiągalne nie tylko w sklepach z orientalną żywnością. Bardzo przydatny jest alfabetycznie ułożony spis charakterystycznych składników, poprzedzający tę część książki, która zawiera przepisy. Podobało mi się też to, że na wstępie zamieszczone są podstawowe przepisy, które są uniwersalne dla wielu dań. Później w poszczególnych przepisach są do nich odnośniki, dzięki czemu łatwo jest wrócić do przepisu podstawowego.

Główną cechą kuchni japońskiej jest prostota, a od dawna wiadomo, że „proste jest piękne”. Potwierdzają to doskonałe fotografie japońskich przysmaków. Dania kuchni japońskiej nie tylko dobrze wyglądają. Produkty używane do przygotowania potraw poddawane są krótkiej, delikatnej obróbce, dzięki czemu można cieszyć się ich naturalnym smakiem i aromatem. W przygotowaniu potraw kuchni japońskiej nie używa się wielu przypraw, tak jak np. w kuchni chińskiej, aby nie przyćmić prawdziwego smaku danej potrawy. Japońskie dania można przygotowywać bez tłuszczu, co jest kolejnym plusem – jest to kuchnia zdrowa i nietucząca. Mimo swej prostoty kuchnia japońska jest bardzo zróżnicowana – my znamy przede wszystkim skrajnie prostą zupę miso oraz skrajnie wymagające sushi. Jak wiele doskonałych smaków można wyczarować „pomiędzy”, dowiecie się z tej wspaniałej książki.


Krótko mówiąc:
Niezawodna, smakowita, elegancka
*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - super, w ogóle bardzo ładne wydanie na śliskim papierze, z kolorowymi zdjęciami
C - ciekawa? -świetne przepisy
E - emocje? - jeśli odczuwanie głodu należy do emocji, to owszem ;-)
N - negatywy? - niektóre przepisy może być trudno zrealizować w polskich warunkach
A - ambitna? - kuchnia japońska bardzo przystępnie zaprezentowana

POLECAM:
- miłośnikom kuchni orientalnej,
- odważnym kucharzom, otwartym na nowe doświadczenia kulinarne i nowe smaki,
- kolekcjonerom książek kucharskich - to naprawdę piękne wydanie.

*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 12 marca 2012

Kapliczki i krzyże przydrożne w Polsce – Tomasz Czerwiński

Wydawnictwo Muza
Seria Ocalić od zapomnienia


Warszawa 2012
380 stron
*****************

„W polskich kapliczkach i krzyżach przydrożnych dostrzegamy wysokie wartości artystyczne uprawniające nas do twierdzenia, że żaden z narodów nie stworzył w tej dziedzinie nic piękniejszego, co by rozmaitością i urodą formy harmonizowało lepiej z otaczającą przyrodą. Te wznoszone przy drogach, w polach i na bezludziu arcydzieła sztuki ludowej sprzęgły się z charakterem wsi polskiej nierozdzielnie.” Tadeusz Seweryn [str. 111]

Wydaje mi się, że powyższy cytat jest nadzwyczaj prawdziwy. Nie było chyba takiego miejsca w Polsce, gdzie nie trafiałbym na jakiś interesujący zabytek małej architektury, kiedy znalazłam się gdzieś na wakacjach, wycieczce, czy po prostu gdzieś w drodze. Zawsze trafiałam na kapliczkę, krzyż, świątek czy coś w tym rodzaju, co zaciekawiało na tyle mocno, aby choć na chwilę przystanąć.

Album Kapliczki i krzyże przydrożne w Polsce wydany przez Wydawnictwo Muza w serii Ocalić od zapomnienia wydał mi się doskonałym sposobem na to, aby zdobyć uporządkowaną wiedzę na ten temat. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Tadeusz Czerwiński, etnograf, w sposób niezwykle uporządkowany prezentuje pojęcia związane z tematyką dotyczącą zabytków małej architektury i podkreśla ich znaczenie dla polskiej kultury. Pierwszy rozdział albumu poświęcony jest różnym wizerunkom krzyża. W kolejnych zaprezentowane są krzyże i kapliczki w polskim krajobrazie, z podziałem na krzyże drewniane, kamienne, żelazne oraz karawaki. Poznajemy też przeróżne rodzaje kapliczek, a także „plejadę gwiazd” wśród świętych, którzy doczekali się swych kapliczek czy świątków. Najpopularniejsi okazują się święty Jan Nepomucen i święty Florian.:-)

Treść albumu jest ubogacona licznymi fotografiami i rycinami. Jest też specjalny słownik pojęć, cytaty, przysłowia, informacje o twórcach, dodatkowe wyjaśnienia – naprawdę wszystko, co może pomóc zapamiętać jak najwięcej.

Mam nadzieję, że dzięki takim publikacjom zwiększy się zainteresowanie małymi zabytkami, polską tradycją, pięknem i wartościami sztuki ludowej, oraz że wzrośnie świadomość, że takie rzeczy należy chronić. Jak mówi autor:
 „Kapliczki przydrożne, podobnie jak inne formy dawnej ludowej architektury, znikają z krajobrazu, niszczone bezpowrotnie przez czas oraz bezmyślność i niefrasobliwość ludzką. (...) Takiego bogactwa nie posiada żaden naród europejski, stanowią zatem wyjątkowe dobro kultury narodowej, o które powinniśmy dbać i które powinniśmy szanować, niezależnie od reprezentowanego światopoglądu.” [str.5]

Jestem zachwycona tym albumem i sądzę, że spokojnie ma szanse zyskać miano mojego odkrycia roku. Mam  ochotę sięgnąć po poprzednie albumy z tej serii, np. Biżuteria ludowa w Polsce, Polskie obrzędy i zwyczaje, Przyroda w polskiej tradycji, oraz z niecierpliwością będę czekać na następne. W przygotowaniu jest już album o lampach naftowych. Ciekawe!

Krótko mówiąc:
ciekawa, kształcąca, wartościowa
*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - piękna
C - ciekawa? - dla mnie bardzo
E - emocje? - wzmaga ciekawość :-)
N - negatywy? - brak
A - ambitna? - tak, ale bardzo przystępna

POLECAM:
- zarówno zainteresowanym zabytkami małej architektury, jak i tym, którzy jeszcze nie zaczęli się nimi interesować,
- podróżującym dużo po Polsce,
- wszystkim Polakom - tematyka dotyczy polskiej kultury narodowej,
- tym, którym bliski jest temat dbałości o narodowe dziedzictwo.



*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza.

niedziela, 27 listopada 2011

Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić – Federico Moccia


Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić
Federico Moccia

Tytuł oryginału: Scusa ma ti voglio sposare
Tłumaczenie: Karolina Stańczyk

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
560 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Kocham cię.
Ostatnie zdanie:
- Chcę cię poślubić na całe życie.
******************
Miejsce akcji:
Włochy - Rzym 
Stany Zjednoczone -Nowy Jork
******************
Federico Moccia to włoski autor książek młodzieżowych, które zyskują sobie coraz więcej czytelników, a może raczej czytelniczek. Wśród ślicznie wydanej serii książek tego autora wydanych przez Wydawnictwo Muza znajdziemy takie tytuły jak „Amore 14”, „Trzy metry nad niebem”, „Tylko ciebie chcę” i „Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie”.

Powieść „Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” to moje pierwsze spotkanie i zapoznanie się z autorem oraz z tym, co ma do przekazania młodzieży. Spotkanie pierwsze i – jak sądzę – ostatnie. Bohaterowie tej powieści to młodzi ludzie, szukający swego miejsca w życiu. Sposób, w jaki go szukają, i poziom ich działania oraz ich przemyślenia i decyzje świadczą o tym, że są to ludzie puści i egoistyczni, pozbawieni poczucia odpowiedzialności. Kłamstwa, zdrady, seks na każdym kroku (no dobra – co drugi krok), denne dialogi, prymitywne problemy – oto co ja spostrzegłam w tej powieści. Możliwe, że jestem za stara, żeby czytać takie książki. Młodzieńcze problemy mam już za sobą. Czytając tego rodzaju książki, patrzę na nie pod kątem tego, czy są warte, aby polecić je młodym ludziom, czy pokazują coś wartościowego, czy dadzą coś młodemu, poszukującemu człowiekowi. Tym razem pudło.
 
„Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” oceniam jako pozycję, wyłącznie dla tych, którzy nie żałują swojego czasu lub nie mają co robić. Polecam miłośnikom seriali, wielbicielom dennych rozmów o niczym i problemów typu „lepiej iść do łóżka z tym, czy z tamtym”. I oczywiście wszystkim kochającym zajebistość. Dorzucę malutki cytacik: „Leży tu, śpiący, o bladej skórze. Już nie wydaje się jej taki przystojny jak wcześniej. Co takiego w nim widziałam? Myślałam, że jest zajebisty. Za wszelką cenę chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę, a teraz, kiedy poszłam z nim do łóżka, tak dziwnie się czuję.” [str. 437]

Liczyłam na coś w rodzaju literackiego odpowiednika komedii romantycznej, a otrzymałam jakąś piorunującą mieszankę czegoś w rodzaju „Prosto w serce” z „Barwami szczęścia”. Więcej tytułów seriali nie podam, bo po prostu nie znam, ale chodzi mi o denne seriale z bohaterami, dla których wszystkie ważne decyzje opierają się na sprawach związanych z seksem i tym, czy ktoś na pewno jest zajebisty. Za nadmiar zajebistości w tym poście przepraszam, ale to rezultat spotkania z Federico Moccią (a może tłumaczką?), który (która?) nie potraktował(a) czytelnika z należytym szacunkiem, oferując ową „zajebistość” we wszelakich odmianach.

*******************
Moja ocena: 1/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzyjny.

Przykro mi, że dzielę się tak niepochlebnymi spostrzeżeniami, ale nie chodzi chyba o to, żeby udawać, że mi się podobało, skoro się nie podobało...