sobota, 24 grudnia 2011

wtorek, 13 grudnia 2011

Księżyc nad Taorminą - Roma Ligocka - odsłona druga...

Nie tak dawno zamieściłam na bukowniczku opinię o nowej książce mojej ulubionej pisarki Romy Ligockiej „Księżyc nad Taorminą”.

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moje teksty cieszą się taką popularnością, że są nie tyle cytowane, co bez zastrzeżeń przyjęte i podane jako własne...

A oto na podstawie czego tak sądzę:

Otóż środkowy akapit mojego tekstu składał się z następujących zdań, które poniżej przeplatam na zielonym tle z dzisiejszym ZNALEZISKIEM.  

1. Jak zwykle felietony te są zatrzymaniem się nad kawałkiem codzienności, który autorkę w jakiś sposób poruszył i który z jakiegoś powodu skłonił ją do tego, aby podzielić się swoimi odczuciami z czytelnikiem.
"Felietony Romy Ligockiej to okruszki z jej życia, kawałki codzienności - wszystko pięknie ilustrowane rysunkami Autorki."
(o rysunkach wspomniałam we wcześniejszym akapicie)

2. Zapiski te są więc bardzo osobiste.
"Pisarka dzieli się z nami swoimi odczuciami i spostrzeżeniami, zapiski są bardzo osobiste."

3. Niezwykła wrażliwość autorki i jej wnikliwe spojrzenie na drugą osobę, przypadkowo spotkanego człowieka, czy reakcja na konkretną sytuację skłaniają do przemyśleń.
Odzwierciedlają wrażliwość pani Romy, otwarcie na innych ludzi, jej otwarcie na życie. 

4. W książce jest ogromny spokój, nie ma pośpiechu.
"Zapiski są niespieszne, pełne zadumy i refleksji, ale również pełne radości życia."

I reszta: Jest pochylnie się nad sobą samą, nad spotkanym człowiekiem, nad pięknym miejscem; jest radość i smakowanie życia, szukanie tego, co dobre i wartościowe. Jest też wymieniony element podróży. Nie jest to jednak książka podróżnicza, mimo że dotyczy podróży. Chodzi tu jednak o tę jedyną i niepowtarzalną podróż, jaką jest życie każdego z nas. Bo przecież każdy chciałby pewnie znaleźć dla siebie najlepsze miejsce.
Bo przecież to życie jest naszą wielką, indywidualną podróżą i to od nas zależy jak ją spędzimy ! Trzeba korzystać z życia i przeżyć je jak najpełniej, bo mamy je tylko jedno….

No to jeszcze zestawienie bezpośrednie:

Mój tekst:
Jak zwykle felietony te są zatrzymaniem się nad kawałkiem codzienności, który autorkę w jakiś sposób poruszył i który z jakiegoś powodu skłonił ją do tego, aby podzielić się swoimi odczuciami z czytelnikiem. Zapiski te są więc bardzo osobiste. Niezwykła wrażliwość autorki i jej wnikliwe spojrzenie na drugą osobę, przypadkowo spotkanego człowieka, czy reakcja na konkretną sytuację skłaniają do przemyśleń. W książce jest ogromny spokój, nie ma pośpiechu. Jest pochylnie się nad sobą samą, nad spotkanym człowiekiem, nad pięknym miejscem; jest radość i smakowanie życia, szukanie tego, co dobre i wartościowe. Jest też wymieniony element podróży. Nie jest to jednak książka podróżnicza, mimo że dotyczy podróży. Chodzi tu jednak o tę jedyną i niepowtarzalną podróż, jaką jest życie każdego z nas. Bo przecież każdy chciałby pewnie znaleźć dla siebie najlepsze miejsce.

ZNALEZISKO:
"Felietony Romy Ligockiej to okruszki z jej życia, kawałki codzienności - wszystko pięknie ilustrowane rysunkami Autorki. Tytułowa Taormina to niezwykłe miejsce u stóp Etny, malownicze, pełne krętych uliczek, pięknych plaż i niebieskiego morza.
Pisarka dzieli się z nami swoimi odczuciami i spostrzeżeniami, zapiski są bardzo osobiste. Odzwierciedlają wrażliwość pani Romy, otwarcie na innych ludzi, jej otwarcie na życie.
Zapiski są niespieszne, pełne zadumy i refleksji, ale również pełne radości życia.
Bo przecież to życie jest naszą wielką, indywidualną podróżą i to od nas zależy jak ją spędzimy! Trzeba korzystać z życia i przeżyć je jak najpełniej, bo mamy je tylko jedno…."


I jak w takiej sytuacji odpierać argumenty osób, które twierdzą, że opinie na książkowych blogach są w zasadzie takie same? No, rzeczywiście są, skoro są tacy, którzy je powielają i - zamiast pisać o własnych odczuciach - wykorzystują pracę innych. 

Taka recenzja to niby żaden skarb, ani żadne wielkie odkrycie, a jednak wykorzystanie jej w taki sposób wzbudziło we mnie ogromny niesmak. 

Mimo to gratuluję umiejętności redagowania tekstów.

A może mi się tylko coś przywidziało???

czwartek, 8 grudnia 2011

Skoro nie mogę cię mieć... – Don Lasseter



Skoro nie mogę cię mieć... 

Don Lasseter
Tytuł oryginału: If I Can't Have You, No One Can
Tłumaczenie: Piotr Klinger

Wydawnictwo Hachette
Seria Prawdziwe zbrodnie
Warszawa 2011
358 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
Nie ma groźniejszego uczucia niż miłość.
Ostatnie zdanie:
Już nigdy nie będzie się bawił w miłość według swoich pokrętnych zasad opartych na posiadaniu i zemście.
*****************
Miejsce: 
Stany Zjednoczone
*****************
„Skoro nie mogę cię mieć...” – to co? – chciałoby się zapytać... Jeśli dodam do tego informację, że jest to tytuł książki z serii „Prawdziwe zbrodnie”, oraz jeśli przytoczę podtytuł „Szalona namiętność... Chorobliwa zazdrość... Zabójstwo z premedytacją...”, to tytułowe zdanie będzie można dokończyć na wiele sposobów. Dotyczy to jednak wyłącznie polskiej wersji książki, bo w oryginale tytuł jest kompletny: "... No One Can". Ci, którzy przekonali się jak dramatycznie może zakończyć się związek młodej kobiety (Sarah Rodriguez) z chorobliwie zazdrosnym mężczyzną (Rick Namey), pewnie wiele by dali, aby móc odwrócić los. Dwudziestoletnia dziewczyna i jej chłopak Matt Corbett padli ofiarą Nameya. Sarah zginęła na miejscu, a zdrowie Matta znacznie ucierpiało.

Czytelnik uczestniczy więc w dramacie rodzinnym, a później w przesłuchaniach mordercy i jego procesie. Szkoda tylko, że bezsensowne wyjaśnienia Nameya „nie wiedziałem, co robię. Nie myślałem, nie byłem sobą” nie przywrócą życia Sarze ani zdrowia Mattowi. Jeśli chodzi o sam proces, to niesamowicie wciągające są opisy przygotowań prokuratora do procesu, gromadzenie dowodów, współpraca ze śledczymi, przesłuchania świadków, czyli wszystko to, co prowadzi do poskładania układanki w jedną całość. Po długim procesie prokurator Dennis Conway przedstawia ławie przysięgłych ciąg wydarzeń. Do tego, że doszło do morderstwa, nietrudno było wszystkich przekonać. Jednak orzeczenie, czy Namey działał z premedytacją, czy było to zabójstwo w afekcie, było zasadniczą decyzją, jaką musieli podjąć ławnicy. Z niecierpliwością oczekiwałam na werdykt...

Don Lasseter jest autorem wielu książek zaliczanych do gatunku t.c. (true crime). Po przeczytaniu jedynej jak na razie książki zaliczanej do tego gatunku zastanawiam się, komu i czemu właściwie ma służyć tak wnikliwe opisanie śledztwa, procesu, itp. Niczego to przecież nie zmieni, a przynosi ból rodzinie, która jeszcze raz przeżywa tamte wydarzenia w trakcie rozmów z autorem. Owszem, ciekawe jest obserwowanie rozwoju śledztwa, ale czy to potrzebne? Sama nie wiem... Może ku przestrodze?

Dodam jeszcze parę słów o języku - niektóre sformułowania i sposób budowania zdań, drażniły mnie. Nie wiem, czy to wynika z tłumaczenia, ale trochę tu jest różnych niezręczności językowych... też ku przestrodze :-)

*******************
Moja ocena: 3,5/6

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Hachette za egzemplarz recenzyjny.

środa, 7 grudnia 2011

Pensjonat – Lois Battle

Pensjonat

Lois Battle
Tytuł oryginału: Bed and Breakfast
Tłumaczenie: Magdalena Rabsztyn
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
456 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
Josie nie miała żadnego przeczucia.
Ostatnie zdanie:
- Myślę - westchnęła bezgranicznie szczęśliwa - że to będą najlepsze święta Bożego Narodzenia, odkąd pamiętam.
*****************
Niektóre miejsca: 
USA - Karolina Południowa - Beaufort
*****************


Powieść dość popularnej amerykańskiej autorki Lois Battle Bed and Breakfast została niedawno wydana w Polsce pod tytułem Pensjonat. Sam pensjonat nie jest tu jednak kluczowym elementem. Jest raczej przenośnią, przy pomocy której autorka pokazała, że wraz z upływem czasu dzieci oddalają się, mają swoje życie, a dom rodzinny staje się dla nich miejscem o charakterze pensjonatu – zawsze znajdą tam schronienie, zostaną mile przyjęte i ugoszczone, zawsze będą tam mile widziane. W taki sposób jedynie niezależne, dorosłe dzieci mogą traktować dom rodzinny. Nie są to jednak odczucia, które można by przypisać matce. Matka – dopóki żyje – zawsze na nie czeka bez względu na to, jak układają się relacje między nimi.

Ogólnie rzecz ujmując, Pensjonat to książka o kobietach, a dokładnie o kilku pokoleniach kobiet. Przede wszystkim poznajemy siedemdziesięciolatkę Josie Tatternall, wdowę po zawodowym żołnierzu, którego wspomina na każdym kroku z nutą rozrzewnienia, ale i rozczarowania, jej trzy córki - Cam, Lily i Evie, z których każda jest dla swej matki wyzwaniem, każda pod innym względem, oraz mamę Josie zwaną Mawmaw. W tle jest też kilka innych kobiet – przyjaciółki Josie, lokatorka pani Beasley, pomoc domowa – Cuba, czy koleżanka Camilli – Reba. A każda z tych kobiet to oddzielna historia.

W momencie gdy Peatsy, koleżanka Josie, ociera się o śmierć, Josie uświadamia sobie, że większą część życia ma już za sobą. Pragnie więc najbliższe święta spędzić w gronie swych córek, z którymi nie udało jej się stworzyć więzów na tyle mocnych, aby ich relacja nie wywoływała u niej wyrzutów sumienia. Relacje między trzema siostrami nie należą do wzorowych. Josie ma nadzieję, że mimo upływu lat przedświąteczny klimat będzie sprzyjał odnowieniu rodzinnych więzów. Czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem? Czy rzeczywiście odbudowanie rodzinnych więzów okaże się dla wszystkich kobiet najważniejsze?

Mimo że akcja książki jest dość przewidywalna, to bardzo miło czyta się tę spokojną, świąteczną powieść. Jest w niej wiele tzw. złotych myśli, powiew spokoju, optymizmu, nadziei – tego czego nam potrzeba na nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Doskonała na przedświąteczny czas.

*******************
Moja ocena: 5/6

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzyjny.


Księżyc nad Taorminą – Roma Ligocka



Księżyc nad Taorminą

Roma Ligocka

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
194 strony
*****************
 Pierwsze zdanie:
"Tobie zawsze zdarzają się jakieś dziwne i zabawne rzeczy", mówią znajomi z mieszaniną niedowierzania i zazdrości.
Ostatnie zdanie:
I muszę przyznać, że z biegiem czasu te dodatkowe dwadzieścia coraz bardziej zaczyna mi się podobać.
*****************
Niektóre miejsca: 
Polska - Kraków
Francja - Nicea
Włochy - Sycylia - Taormina
Ameryka Południowa - Argentyna
*****************
Roma Ligocka już od długiego czasu figuruje na liście moich ulubionych pisarzy. Tym razem również z niecierpliwością czekałam na kolejny zbiorek jej felietonów. I oto jest! Tym razem książka nosi tytuł Księżyc nad Taorminą. Tak więc już pierwsze zetknięcie z książką i sam tytuł wywołuje niezwykłe skojarzenia. Sycylijskie miasteczko Taormina jest bowiem uważane za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Podobnie jak poprzednie zbiorki - Znajoma z lustra, Kobieta w podróży, Tylko ja sama, Czułość i obojętność - książka ta jest ubogacona rysunkami autorki.

Jak zwykle felietony te są zatrzymaniem się nad kawałkiem codzienności, który autorkę w jakiś sposób poruszył i który z jakiegoś powodu skłonił ją do tego, aby podzielić się swoimi odczuciami z czytelnikiem. Zapiski te są więc bardzo osobiste. Niezwykła wrażliwość autorki i jej wnikliwe spojrzenie na drugą osobę, przypadkowo spotkanego człowieka, czy reakcja na konkretną sytuację skłaniają do przemyśleń. W książce jest ogromny spokój, nie ma pośpiechu. Jest pochylnie się nad sobą samą, nad spotkanym człowiekiem, nad pięknym miejscem; jest radość i smakowanie życia, szukanie tego, co dobre i wartościowe. Jest też wymieniony element podróży. Nie jest to jednak książka podróżnicza, mimo że dotyczy podróży. Chodzi tu jednak o tę jedyną i niepowtarzalną podróż, jaką jest życie każdego z nas. Bo przecież każdy chciałby pewnie znaleźć dla siebie najlepsze miejsce.

Najbliższe tym razem wydały mi się dwa felietony: tytułowy Księżyc nad Taorminą oraz Najlepsze życzenia. W pierwszym z nich autorka dodaje odwagi tym, którzy nie boją się iść pod prąd. „Piękno świata – wszystkim nam jednakowo jest ofiarowane i dostępne. A jednak tak wielu nie potrafi tego zobaczyć ani przeżyć”. [str. 82] Felieton Najlepsze życzenia z kolei rozpoczyna się ciekawym pytaniem: „Jakie jest twoje ulubione słowo?”. Gdybym miała odpowiedzieć, trudno by mi było zdecydować się na jedno... Zdecydowanie jednym z nich jest to, które jest ulubionym słowem autorki. A co to jest – przekonajcie się sami. Zachęcam. :-)
*******************
Moja ocena: 6/6

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzyjny.


niedziela, 27 listopada 2011

Pomysłowy gadżet od Wydawnictwa Znak

Dobre wieści od Wydawnictwa Znak :-)

Święta już za miesiąc! Nie wiesz, co kupić mamie, przyjaciółce czy koledze? Nie masz pomysłu na prezent dla dziadka, brata albo kuzynki? Od teraz wybór prezentu może być dużo prostszy! Wydawnictwo Znak stworzyło WYSZUKIWARKĘ PREZENTÓW, która ułatwi wybór odpowiedniej książki. Wystarczy wejść na www.prezent.znak.com.pl i określić wiek, osobowość i zainteresowania - aplikacja podpowie Ci, które książki będą najlepszym prezentem dla Twoich najbliższych. Dodatkowo można je kupić ze zniżkami nawet do 30%!
 
Pospiesz się, żeby zdążyć przed świąteczną gorączką!

Przed chwilą sprawdziłam - wyszukiwarka działa bez zarzutu i rzeczywiście jest pomocna. Polecam zarówno wyszukiwarkę prezentów jak i książki Wydawnictwa Znak. Jest w czym wybierać.

Magia Azji - Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki


Magia Azji

Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki

Wydawnictwo Videograf II
Chorzów 2011
320 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
Prąd w Chinach wylewa się na ulice kilometrami kabli, w których plątaninie ginie wszystko.
A ostatniego zdania nie zacytuję :-)
*****************
Miejsca: 
Chiny, Laos, Malezja, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodża, Birma, Tajlandia, Filipiny, Japonia, Tajwan, Indonezja, Indie, Nepal
*****************
Dla Europejczyków Azja to magiczny kontynent – mnóstwo miejsc jakże innych od tych, które znamy. Inna kultura, inne zwyczaje, inna mentalność... Wszystko jest inne. A jeśli na dodatek ominie się miejsca dostosowane do potrzeb turystów, czyli miejsca „zeuropeizowane”, to na szanse na doświadczenie tej magii rosną.

Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki postawili na prawdziwe smaki Azji. Porzucili to, co sprawiało, że nie czuli tego, że życie jest podróżą, spakowali rowery, namiot, w którym spędzili tylko jedną noc ;-) i rzeczy osobiste i ruszyli w drogę. W ciągu dwóch lat zwiedzili kawał Azji: Chiny, Laos, Malezję, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodżę, Birmę, Tajlandię, Filipiny, Japonię, Tajwan, Indonezję, Indie i Nepal. Sądzę, że kiedy komuś raz się uda, to potem trudno przestać. Następny cel podróży tych panów to Australia. Pozazdrościć! :-) A książki ze wspomnieniami z tej podróży bardzo, bardzo wyczekuję – nie tylko dlatego, że Australia, Tasmania i Nowa Zelandia to jedno z moich marzeń, ale również dlatego, że sposób, w jaki panowie opisali swoje podróżnicze przeżycia, naprawdę przypadł mi do gustu – dowcipnie, konkretnie, lekko, interesująco. Poza tym ich zamiarem, do którego konsekwentnie się stosowali w czasie podróży było omijanie szerokim łukiem miejsc obleganych przez turystów, a także smakowanie „codzienności”, w jakiej żyją osoby, które los stawia na ich drodze. A tego w klasycznych przewodnikach jest niewiele.

Czytając „Magię Azji”, zadawałam sobie pytanie, co takiego trzeba mieć, żeby rzucić wszystko – dom, rodzinę, pracę... – żeby móc pozwolić sobie na podróżowanie na pełen etat. Czasem zazdrościłam odwagi, bo wiem, że – choć podróże uwielbiam – nie umiałabym oddać się im w takim stopniu, jak zrobili to Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki. Podejrzewam, że nic nie jest w stanie dorównać zachwytowi nad wschodem słońca w trakcie lotu balonem, zaskoczeniu na widok chłopca wracającego do domu po tafli jeziora na grzbiecie bawołu czy smakowi sfermentowanych kaczych jajek zwanych balutami... Żeby poznać coś dokładnie, trzeba tego doświadczyć. Jednak większości z nas musi wystarczyć czytanie o podróżach innych, bo nie każdy może sobie pozwolić na osobiste odkrywanie smaków innych kontynentów. A im bardziej przystępnie napisana książka, tym łatwiej posmakować.

Gorąco polecam „Magię Azji”, bo opisane niezwykle przystępnym językiem przeżycia dwóch podróżujących panów mocno przybliżają bogactwo i odmienność azjatyckiej codzienności.

*******************
Moja ocena: 6/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf II za egzemplarz recenzyjny.

Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić – Federico Moccia


Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić
Federico Moccia

Tytuł oryginału: Scusa ma ti voglio sposare
Tłumaczenie: Karolina Stańczyk

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
560 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Kocham cię.
Ostatnie zdanie:
- Chcę cię poślubić na całe życie.
******************
Miejsce akcji:
Włochy - Rzym 
Stany Zjednoczone -Nowy Jork
******************
Federico Moccia to włoski autor książek młodzieżowych, które zyskują sobie coraz więcej czytelników, a może raczej czytelniczek. Wśród ślicznie wydanej serii książek tego autora wydanych przez Wydawnictwo Muza znajdziemy takie tytuły jak „Amore 14”, „Trzy metry nad niebem”, „Tylko ciebie chcę” i „Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie”.

Powieść „Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” to moje pierwsze spotkanie i zapoznanie się z autorem oraz z tym, co ma do przekazania młodzieży. Spotkanie pierwsze i – jak sądzę – ostatnie. Bohaterowie tej powieści to młodzi ludzie, szukający swego miejsca w życiu. Sposób, w jaki go szukają, i poziom ich działania oraz ich przemyślenia i decyzje świadczą o tym, że są to ludzie puści i egoistyczni, pozbawieni poczucia odpowiedzialności. Kłamstwa, zdrady, seks na każdym kroku (no dobra – co drugi krok), denne dialogi, prymitywne problemy – oto co ja spostrzegłam w tej powieści. Możliwe, że jestem za stara, żeby czytać takie książki. Młodzieńcze problemy mam już za sobą. Czytając tego rodzaju książki, patrzę na nie pod kątem tego, czy są warte, aby polecić je młodym ludziom, czy pokazują coś wartościowego, czy dadzą coś młodemu, poszukującemu człowiekowi. Tym razem pudło.
 
„Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” oceniam jako pozycję, wyłącznie dla tych, którzy nie żałują swojego czasu lub nie mają co robić. Polecam miłośnikom seriali, wielbicielom dennych rozmów o niczym i problemów typu „lepiej iść do łóżka z tym, czy z tamtym”. I oczywiście wszystkim kochającym zajebistość. Dorzucę malutki cytacik: „Leży tu, śpiący, o bladej skórze. Już nie wydaje się jej taki przystojny jak wcześniej. Co takiego w nim widziałam? Myślałam, że jest zajebisty. Za wszelką cenę chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę, a teraz, kiedy poszłam z nim do łóżka, tak dziwnie się czuję.” [str. 437]

Liczyłam na coś w rodzaju literackiego odpowiednika komedii romantycznej, a otrzymałam jakąś piorunującą mieszankę czegoś w rodzaju „Prosto w serce” z „Barwami szczęścia”. Więcej tytułów seriali nie podam, bo po prostu nie znam, ale chodzi mi o denne seriale z bohaterami, dla których wszystkie ważne decyzje opierają się na sprawach związanych z seksem i tym, czy ktoś na pewno jest zajebisty. Za nadmiar zajebistości w tym poście przepraszam, ale to rezultat spotkania z Federico Moccią (a może tłumaczką?), który (która?) nie potraktował(a) czytelnika z należytym szacunkiem, oferując ową „zajebistość” we wszelakich odmianach.

*******************
Moja ocena: 1/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzyjny.

Przykro mi, że dzielę się tak niepochlebnymi spostrzeżeniami, ale nie chodzi chyba o to, żeby udawać, że mi się podobało, skoro się nie podobało...


piątek, 25 listopada 2011

Dziewięć wcieleń kota Deweya − Vicky Myron, Bret Witter


Dziewięć wcieleń kota Deweya
Vicky Myron, Bret Witter

Tytuł oryginału:
Dewey's Nine Lives. The Legacy of Small-Town Library Cat Who Inspired Millions

Tłumaczenie:
Ewa Bolińska-Gostkowska, Bartosz Gostkowski, Maksymilian Tumidajewicz, Magdalena Zielińska, Dariusz Żukowski


Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
363 strony

******************
Od długiego czasu stoi na mojej półce pewna książka i czeka na recenzję...

Mogę napisać co nieco dopiero dzisiaj, bo długo nie byłam w stanie ponownie wziąć do ręki książki Vicky Myron „Dziewięć wcieleń kota Deweya”, a to dlatego, że kiedy zaczynałam czytać tę książkę, mieszkały u mnie dwa kotki, a kiedy ją kończyłam, był już tylko jeden... Strasznie mi było żal małego czarnego futrzaka, który do nas trafił − niestety nie na długo. Zdążył jednak dostarczyć nam tyle radości, że bardzo ciepło go wspominamy. I teraz już robimy to często, choć trochę czasu zajęło nam przyzwyczajenie się do tej sytuacji i dojście do takiego stanu, że możemy już spokojnie o nim rozmawiać i wspominać, jak ssał ogonek, jak uparcie wdrapywał się na najwyższą szafę, jak zaczepiał o sto razy większego od siebie psa, jak podkradał jedzenie i dzielił się nim z psem, jak zaczepiał starszego kotka i zmuszał go do zabawy... :-)


 Są ludzie, którzy sądzą, że nie istnieje coś takiego jak więź człowieka ze zwierzęciem, a jedyne co zwierzę może dać człowiekowi, to przywiązanie w podziękowaniu za „pełną miskę”. Sądzę, że są to poglądy ludzi, którzy nigdy nie mieli zwierzaka i dlatego nie zdołali doświadczyć wielu innych uczuć, które budzą się w człowieku pod wpływem zachowania futrzaka. Bohaterowie książki „Dziewięć wcieleń kota Deweya” są świetnym dowodem na to, że relacja człowiek-kocur to jednak dużo więcej niż zadowolenie z powodu zaspokojenia głodu. Opowieści o kotkach zebrane przez Vicky Myron są reakcją ich właścicieli na wiadomość o śmierci niezwykłego kota Deweya (można o nim poczytać również w książce „Dewey. Wielki kot w małym mieście”) i wywołane chęcią podzielenia się z innymi pamięcią o swoich czworonożnych przyjaciołach. Każda z tych opowieści to dowód na to, jak zwierzaki potrafią odpłacić człowiekowi za ciepło i miłość, jak ‘balsamują’ zasmuconą duszę i jak potrafią zmienić człowieka i jego spojrzenie na życie.

Dla miłośników kotów „Dziewięć wcieleń kota Deweya” to lektura obowiązkowa, choć polecam ją również tym osobom, które twierdzą, że kotów nie lubią. Może po przeczytaniu kilku prawdziwych opowieści uwierzą, że koty to naprawdę fajne zwierzaki. :-)

*******************
Moja ocena: 5,5/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

wtorek, 8 listopada 2011

Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei – Krzysztof Składowski


Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei
Krzysztof Składowski
Rozmowy przeprowadziły:
Joanna Gromek-Illg i Maria Makuch

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
250 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Najpierw jest osłupienie.
Ostatnie zdanie:
I jestem szczęśliwym lekarzem.
******************
Do niedawna diagnoza „rak” znaczyła w zasadzie tyle co „koniec”. Profesor Krzysztof Składowski, lekarz onkolog, który ma na co dzień do czynienia z osobami walczącymi z tą chorobą – niewątpliwie jedną z najcięższych – w bardzo przystępny sposób odpowiada na pytania swoich dwóch pacjentek, które pokonały raka, a swoje doświadczenia postanowiły przekazać innym. W dialogu ze swoim lekarzem poruszają szczegółowe problemy, na jakie trafiają ci, których dotknie choroba. Nie jest to jednak wyłącznie poradnik dla osób, które właśnie zmagają się z chorobą. Głównym celem tej książki jest „oswojenie bestii” i pokazanie, że równanie „rak=śmierć” traci swą aktualność. Zdaniem autorów raka nie wyeliminuje się z rzeczywistości, podobnie jak nie wyeliminuje się innych przyczyn zgonów. On nadal będzie atakował i nadal trzeba będzie z nim walczyć. Jednak świadomość tego, że co roku dochodzą nowe sposoby, które zwiększają szanse na wygranie życia, jest bardzo optymistyczna. I tym optymizmem dzielą się autorzy tej książki.

W książce tej znajdują się zarówno praktyczne informacje dotyczące formalności w szpitalu, rodzajów badań, zabiegów, samopoczucia, rodzajów terapii, ale również wyjaśnione w bardzo przystępny sposób przyczyny powstawania raka i zapobiegania mu. Profesor Składowski podkreśla ważność badań profilaktycznych i w rzeczowy sposób wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest wczesne rozpoznanie. Książka jest mocno realistyczna. Krzysztof Składowski mówi, że „zawsze wierzył w medycynę”. Nie ma tu więc mowy o magicznych sposobach, ziołach, bioenergoterapeutach i innych „cudownych” sposobach, po które sięgają chorzy. Przedstawiona wiedza jest bardzo konkretna i poparta osiągnięciami medycyny i doświadczeniem w leczeniu. Profesor Składowski podkreśla również to, jak ważne jest to, aby pacjent był świadomy tego, co może się dziać w jego organizmie i jak będzie przebiegała terapia. Przypomina też o czymś niezwykle istotnym – „najważniejszym prawem pacjenta jest prawo do bycia informowanym” [str. 152]. Co więcej, pacjent może współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczącej rodzaju terapii, a dzięki temu dostosować ją do swoich potrzeb tak, by w trakcie walki mógł w miarę możliwości uczestniczyć w codziennym życiu.

Książka Krzysztofa Składowskiego, Joanny Gromek-Illg i Marii Makuch „Wspólnie pokonajmy raka” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, których walka z rakiem dotyczy bezpośrednio. Wydaje mi się, że dobrze na ten temat wiedzieć więcej niż mniej, chociaż nikt nie chce takiej diagnozy usłyszeć i nikt nikomu nie życzy tej choroby. Tego, że ona istnieje jednak nie zmienimy. Możemy tylko zmienić nastawienie do niej.

*******************
Moja ocena: 6/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

Traktat o szczęściu - Jean d'Ormesson


Traktat o szczęściu
Jean d'Ormesson

Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak-Wszelaki

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
300 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Pewnego pięknego lipcowego poranka, tonącego w żarze upalnego słońca, zadałem sobie pytanie o to, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy i co robimy na tej ziemi.
Ostatnie zdanie:
Wszystko jest dobrze.
******************
Pragnienie szczęśliwego życia i poszukiwanie szczęścia to chyba największe pragnienie człowieka. Nie znam nikogo, kto nie pragnąłby być szczęśliwy. Co ciekawe – dla każdego z nas szczęście oznacza co innego. I co by nie mówić – nie ma takiej możliwości, żeby z czyjejś recepty na szczęście skorzystać. Autor książki „Traktat o szczęściu” Jean d'Ormesson wie o tym doskonale, dlatego zadając pytania sobie, sprawia, że czytelnik również zaczyna zastanawiać się nad sobą i nad własnym życiem. Nic nie jest jednak czytelnikowi narzucone.

Jako filozof i agnostyk d'Ormesson stawia sobie wiele istotnych pytań. Jednak w „Traktacie o szczęściu” nie podaje czytelnikowi gotowych rad, gwarantujących temu, kto je zastosuje, natychmiastowe poczucie niekończącego się szczęścia. Stawia raczej na filozoficzne rozważania dotyczące tego, co ważne, co nienazwane, co nieuniknione, które sprowokują do myślenia, oraz na rzeczowe wyjaśnienia, które zamieszcza w rozdziałach zatytułowanych „Nić Ariadny”. Ich zadaniem jest pokazanie zagubionemu człowiekowi jak wygląda labirynt życia od zarania dziejów i jak porusza się w nim człowiek. W rozdziałach o alegorycznym tytule „Marzenie Starca” poznajemy myśli rozmarzonego i zadumanego nad ludzkim losem Starca, który patrzy na człowieka z pozycji Stwórcy. Jean d'Ormesson stawia sobie (i nam - czytelnikom) pytania, które prędzej czy później i tak każdemu się nasuną. Są to pytania o sens życia, o to, czy jest coś po śmierci, czy istnieje Bóg – i o wiele innych zagadnień egzystencjalnych takich jak czas, radość, wdzięczność.

Oprócz osobistych przemyśleń i rozważań autor „Traktatu o szczęściu” porządkuje historyczno-filozoficzne osiągnięcia ludzkości na przestrzeni dziejów. I właśnie z tej części książki najwięcej skorzystałam. Nie ze złotych myśli, nie z rozważań, ale z nietypowego przedstawienia historii człowieka. Może dlatego, że na wiele spraw poruszanych przez d'Ormessona mam ugruntowane poglądy.

„Traktat o szczęściu” jest nie tylko okazją do usystematyzowania swojej wiedzy filozoficzno-historycznej, ale i okazją do zatrzymania się nad tym, co umyka w codziennej gonitwie i natłoku spraw. 

Warto sprawdzić :-)
*******************
Moja ocena: 4/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

sobota, 5 listopada 2011

Rzeka zimna - Magdalena Kawka


Rzeka zimna
Magdalena Kawka

Wydawnictwo Sol
Warszawa 2011
318 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Za każdym razem, kiedy wstaję od komputera, ogarnia mnie uczucie, że to już koniec.
Ostatnie zdanie:
Albo przeżyć życie jeszcze raz.
******************
Miejsce akcji:
Polska - Pomorze - Grzmoty
Francja -Paryż
******************
Od paru dni zbierałam się do napisania recenzji książki Magdaleny Kawki „Rzeka zimna”, choć przeczytałam ją półtora tygodnia temu, a to dlatego, że chciałam starannie przemyśleć, jak napisać tę recenzję, żeby nie zepsuć osobom, które ją przeczytają, przyjemności samodzielnego odgadywania tajemnic skrywanych przez mieszkańców miejscowości Grzmoty, niedaleko Szczecina. Kilkukrotnie trafiłam już na recenzje tej książki, które są spoilerami. Utwierdziłam się w przekonaniu, że trzeba naprawdę bardzo uważać, co się pisze, jeśli nie chce się odbierać przyjemności czytania innym – niezależnie od tego, czy wyraża się opinię pozytywną, czy negatywną. A w przypadku powieści Magdaleny Kawki „Rzeka zimna” wcale nietrudno tę przyjemność zepsuć. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę, zanim dowiedziałam się szczegółów, bo pewnie nie byłoby już aż takiej frajdy w trakcie czytania i samodzielnego odgadywania, o co chodzi. A jest co odgadywać :-)

Akcja powieści jest poprowadzona bardzo umiejętnie – informacje prowadzące bohaterów (oraz czytelników!) ku rozwikłaniu tajemnicy zniknięcia znanej pisarki Małgorzaty Zawistowskiej dawkowane są stopniowo. Autorka zostawia czytelnikowi naprawdę sporo miejsca na domysły i samodzielne „kombinowanie”, jak na świetny kryminał przystało. Kryminał, ale nie w czystej formie, gdyż równie ważny jest tu wątek społeczno-obyczajowy, a właściwie kilka wątków, z którymi Magdalena Kawka poradziła sobie doskonale, pokazując wagę każdego z nich dla stworzenia logicznej i spójnej całości.
W małomiasteczkowej atmosferze, gdzie wieści rozchodzą się z prędkością światła, córka Małgorzaty – Tamara – z pomocą Weroniki, przyjaciółki swej matki, próbuje odnaleźć przyczynę tajemniczego zniknięcia Małgorzaty. Idąc krok po kroku jej śladem, trafiają na tajemnice większego kalibru… Czy kobietom uda się odkryć powód zniknięcia pisarki? Czy są jeszcze szanse na to, aby zapobiec nieszczęściom?

„Rzeka zimna” – bardzo mi się spodobał ten wielowymiarowy tytuł, który pasuje do całej opisanej sytuacji zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Miejscowość Grzmoty położona jest nad niewielką rzeką Regą, w Grzmotach zaś cała rzeka wydarzeń, rzeka kłamstw, rzeka nieuczciwości. I do tego wszechobecne zimno. Akcja rozgrywa się zimą, która mocno daje się we znaki mieszkańcom. Jest też szklanka z zimną, niedopitą herbatą; zmarznięty, głodny kotek; na śniegu tajemnicze ślady – być może ducha myśliwego i jego psa; zmarznięta nastolatka znaleziona na skraju lasu… I mniej dosłowne, ale w zasadzie najważniejsze – trudne, z pozoru zimne, relacje matki i córki. Są też zimne relacje w małżeństwie i francuskiej rodzinie Tamary. Jest też zimna nieufność, sprawiająca, że do końca nie wiadomo, kto jest bohaterem pozytywnym, a komu nie należy ufać. A morderstwo z zimną krwią? 

„Rzekę zimna” czyta się z wypiekami na twarzy. Gorąco polecam.
*******************
Moja ocena: 5+/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Sol za egzemplarz recenzyjny.