czwartek, 15 sierpnia 2013

56/2013 Tajemnica Bladego Konia - Agatha Christie

Tytuł oryginału: The Pale Horse
Tłumaczenie: Krystyna Bockenheim
Wydawnictwo Dolnośląskie
Literatura angielska
Gatunek: powieść kryminalna

Nie wiem, czy mój kończący się urlop można by uznać za udany, gdybym  nie przeczytała jakiegoś kryminału ;-) 

Nie mogło więc być inaczej i tego lata. Wybór padł na Tajemnicę Bladego Konia Agathy Christie. Okazało się, że to kryminał bez Poirota i bez pani Marple. Wydawało mi się, że to pech...

Generalnie czytało mi się miło, choć bohaterom nieco brakowało ikry, a wydarzeniom dynamiki. Nie wiem, czy to nie z powodu lekko anemicznego pisarza Easterbrooka, który zajął się śledztwem. Miałam wrażenie, że na początku wszystko dzieje się strasznie wolno, a przyspiesza dopiero na samiusieńkim końcu. 

Punktem wyjścia jest śmierć księdza spieszącego na spotkanie z umierającą kobietą, która miała mu coś ważnego do przekazania. Wśród rzeczy, które znaleziono przy ofierze, jest tajemnicza lista nazwisk, a wśród nich nazwisko dziewczyny, którą pisarz wcześniej widział w średnio miłej sytuacji, bo w czasie bójki z inną kobietą.

Oprócz tego, co można sprawdzić, dostrzec, ustalić, pojawiają się też elementy magii i czarów oraz pytanie, czy można zabić na odległość. Dołączają bohaterki, którym nieobce są pozazmysłowe praktyki, miłosne napoje, kielichy trucizny i tego typu historie...

Im dalej, tym ciekawiej. Głównemu bohaterowi pomaga w śledztwie odważna Ginger, która zaimponowała mi decyzją o podjęciu niesamowitego ryzyka.

Intryga uknuta jak zwykle bardzo starannie, sporo zmyłek, kandydatów na zabójców cała gromadka. Podobało mi się mimo tęsknoty za Poirotem.

Książkę zaliczam do wyzwań:

środa, 31 lipca 2013

55/2013 Lekcje Madame Chic - Jennifer L. Scott

Tytuł oryginału: Lessons from Madame Chic
Tłumaczenie: Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
256 stron
Literatura amerykańska
Gatunek: poradnik lifestyle

Tym razem o poradniku Lekcje Madame Chic, na który składa się kilkanaście lekcji, jak być chic we wszystkich dziedzinach życia, jak dbać o swój wygląd i zapewnić sobie pewność siebie w każdej chwili życia, jak dbać o dom, jak kształtować swoje zainteresowania, jak cieszyć się z prostych rzeczy.

Pierwowzorem książki Lekcje Madame Chic jest blog Jennifer L. Scott The Daily Connoisseur, który podobno cieszy się ogromną popularnością. Jego autorka za czasów studenckich spędziła pół roku w Paryżu. Pobyt ten dostarczył jej nie tylko wiedzy z dziedzin, które studiowała: teatrologii i historii sztuki, ale również pozwolił jej zdobyć doświadczenie przydatne w codziennym życiu. Blog i książkę potraktowała jako środki, które pozwoliły jej podzielić się z czytelnikami zdobytym doświadczeniem i „opowiedzieć o tym, jak z szarej myszki stała się ikoną stylu” – jak mówi podtytuł.

Pobyt w europejskiej stolicy mody i stylu umożliwił młodej Amerykance skonfrontować to, co znała z rzeczywistości, w której żyła, z innym, dla niej nowym, podejściem do codziennych aspektów życia. Szybko dostrzegła, że hołdowanie modzie, konsumpcjonizm, spędzanie czasu na oglądaniu seriali, śledzenie życia gwiazd to nie wszystko, czego można chcieć od życia. Zachwyciła się prostą elegancją francuskiej rodziny, u której mieszkała, jej zwyczajami, do których należało między innymi codzienne słuchanie muzyki klasycznej, cotygodniowe organizowanie wytwornych przyjęć, czy kupowanie wyłącznie tego, co jest niezbędne. Przyglądając się  więc „od kuchni” zwyczajom Francuzów, poznała smak elegancji, estetyki, dobrej jakości, kultury, a zdobyte doświadczenia zainspirowały ją do tego, by zastosować je w swoim życiu.

Mimo że mam wrażenie, że porady przekazane przez Jennifer L. Scott nie są nowatorskie, podoba mi się, że zestawiła i uporządkowała zasady dobrego życia, kładąc nacisk na to, co wartościowe i przedkładając jakość nad ilość, staranność nad bylejakość, sztukę, dobry film, czy muzykę klasyczną nad pseudokulturę.

Gdybym dostała tego rodzaju książkę na szesnaste/siedemnaste urodziny, ucieszyłabym się z niej niezmiernie. Jest to bowiem zbiór bardzo dobrych wskazówek dla młodych osób, które są jeszcze w trakcie poszukiwania własnego stylu i kształtowania sposobu życia. Tak więc z przyjemnością podsunę tę książkę mojej córce nastolatce. :-) 

Książkę zaliczam do wyzwania Pod hasłem (lipiec: Homo sapiens) 


Dziękuję bardzo Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzencki.
 


piątek, 26 lipca 2013

54/2013 Legendy maoryskie - Anna Janiec-McLaughlin, Monika Riddell

Novae Res 2013
80 stron
Literatura polska
Gatunek: legendy

Książeczka Legendy maoryskie to mini-podręcznik do legend :-) Nic, tylko żałować, że takiego przedmiotu nie naucza się w szkołach.

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wszelkiego rodzaju baśnie, bajki, legendy i co jakiś czas serwuję sobie takie chwile powrotu do czasów dzieciństwa, gdy nadarzy się okazja ;-) Tym razem dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res trafił do mnie zbiorek legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie wśród Maorysów, grupy etnicznej zamieszkującej Nową Zelandię. Legendy postanowiły spisać i spopularyzować polskie autorki i chwała im za to, bo pomysł jest cudowny.

Postacie występujące w legendach maoryskich są bardzo charakterystyczne dla bajek i baśni - bogowie, półbogowie, nimfy, potwory, dzielni śmiałkowie, a podejmowane tematy wspólne dla wielu znanych nam mitologii - nieprzewidywalne procesy zachodzące w przyrodzie, bogactwa natury, pochodzenie gór i wysp, ‘oswojenie’ ognia, miłość. Wszystko dzieje się w przenikających się rzeczywistościach: świecie bohaterów baśni i świecie ludzi.

Zbiorek legend maoryskich, choć niewielkich rozmiarów, jest bardzo starannie zaprojektowaną książeczką, ze świetnie dobranymi ilustracjami Nowozelandki Taluli Hodder. Doskonałym pomysłem autorek było zamieszczenie elementów ułatwiających przyswojenie treści - listy zasad wymowy obowiązujących w języku maoryskim oraz słownika pojęć, który ułatwi poznanie słów, które mogą okazać się trudne lub nowe dla młodych czytelników, a przede wszystkim zestaw ćwiczeń sprawdzających rozumienie tekstu i przyswojenie wiadomości podanych w legendach. Bardzo mi się podoba ten pomysł, bo ćwiczenia i pytania pozwalają na głębsze zastanowienie się nad interpretacją legend oraz na dyskusję o każdej z nich.

Uważam, że to bardzo wartościowa książka. Polecam starszym i młodszym czytelnikom. ;-)


Dziękuję wydawnictwu Novae Res za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 15 lipca 2013

53/2013 Drogie życie - Alice Munro


Tytuł oryginału: Dear Life
Tłumaczenie: Agnieszka Kuc
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
408 stron
Literatura kanadyjska
Gatunek: opowiadania

Gdybym miała decydujący głos wśród osób przyznających Nagrodę Nobla, to Alice Munro niewątpliwie by ją dostała.

Jestem po lekturze ostatniego zbioru opowiadań Alice Munro. Tym razem wpadł mi w ręce zbiorek Drogie życie i spokojnie mogę stwierdzić, że ta kanadyjska pisarka to prawdziwa mistrzyni w pisaniu opowiadań. I choć wcześniej czytałam tylko Taniec szczęśliwych cieni i choć zwykle raczej powstrzymuję się przed ochami i achami, jeśli nie znam większej części twórczości autora, w tym wypadku nie mam żadnych wątpliwości. Tyle, ile Alice Munro potrafi przekazać w tej krótkiej formie w bardzo prosty sposób i tyle emocji, ile wywołuje, wydaje mi się nieczęsto spotykaną umiejętnością.

Zadziwiające jest to, że to co napisałam o Tańcu szczęśliwych cieni – debiutanckim zbiorku Munro, doskonale można by dopasować również do jej ostatniego zbioru – z małymi zmianami. Spajające motywy, niedopowiedzenia, zaskakujące zakończenia, zwyczajni bohaterowie, problemy bohaterów aktualne w każdych czasach, uniwersalność, prostota, dbałość o szczegóły.

Bohaterowie opowiadań Munro to zwykli ludzie, wśród których niejeden czytelnik odkryje wiele swoich cech, rozterek, problemów, odczuć. W każdym z nich jest coś, co każe czytelnikowi zatrzymać się na chwilę zastanowienia. Każde z nich zakończone jest w taki sposób, że można sobie dopowiedzieć swój własny dalszy ciąg. Pozostawienie takiej możliwości bardzo mi się podoba. Dzięki temu te opowiadania wcale tak szybko się nie kończą, ale trwają w czytelniku jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu.

Opowiadania Munro zdają się zawierać niesamowicie dużo szczegółów. Przez cały czas towarzyszyło mi zadziwienie nad tym, jak to możliwe, że na kilkunastu stronach można tak wiarygodnie i szczegółowo przedstawić wewnętrzne odczucia bohaterów i zbudować emocje.

Nie podoba mi się tylko jedno – ten zbiór opowiadań jest podobno ostatnim w dorobku kanadyjskiej pisarki, która niedawno zapowiedziała koniec pisarskiej kariery. Wygląda więc na to, że poznałam opowiadania debiutanckie i opowiadania kończące karierę. Jedne i drugie świetne. 


Książkę tę zaliczam do wyzwania osobistego: Lista nr 1 - Chyba tylko ja nie czytałam
oraz
do wyzwania Book-Trotter - literatur kanadyjska


 Bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzyjny.

piątek, 12 lipca 2013

52/2013 Kłamstewka i kłamstwa – Monika Orłowska

Wydawnictwo Replika, 2013
228 stron
Literatura polska
Gatunek: powieść obyczajowa

Po przeczytaniu trzeciej książki Moniki Orłowskiej upewniłam się, że mogę sięgać w ciemno po książki tej autorki.Choć dwie poprzednie powieści Cisza pod sercem i Adam i Ewy podobały mi się bardziej, to Kłamstewka i kłamstwa  pozwoliły mi się zrelaksować. Tematyka jest tym razem zupełnie inna i kaliber problemów nieco lżejszy. 

Tym razem autorka nie skupiła się na jednym wiodącym problemie, ale uczyniła bohaterem powieści całą grupę mieszkańców krakowskiego osiedla, z których każdy zmaga się na swój sposób z codziennością. W grupie mieszkańców znaleźli się przedstawiciele przeróżnych zawodów, ludzie w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach i upodobaniach – krótko mówiąc przekrój polskiego społeczeństwa. Ci, którzy mieszkają na opisywanym osiedlu od pokoleń, wcale nie patrzą łaskawym okiem na ludność napływową zamieszkującą nowszą część osiedla. Wręcz przeciwnie – dochodzi do różnych mało przyjemnych sytuacji. Nic nie uchodzi uwadze „Wielkiego Brata”, w którego wciela się niepozorna pani Alicja, z zawodu onkolog dziecięcy, której obserwacje stanowią jedną z płaszczyzn narracyjnych.


Monika Orłowska po raz kolejny pokazuje, że ma doskonały zmysł obserwacyjny i poczucie humoru. Bardzo mi też odpowiada język, jakim napisana jest ta powieść - to inteligentny dowcip okraszony szczyptą ironii. O ile bohaterowie nie wydają się potraktowani zbyt wnikliwie, zostali przedstawieni w sposób na tyle charakterystyczny, że obraz społeczeństwa, jaki się wyłania, wydaje się całkiem realny. Autorce naprawdę udało się wyłapać to, co istotne. Udało jej się bardzo wyraźnie pokazać, że  w życiu współistnieją obok siebie dobro i zło. Niezależnie od sytuacji społecznej, wieku, pochodzenia, zawodu wszyscy mają do czynienia z hipokryzją, nieuczciwością, zazdrością, zdradą, ale i na szczęście wszystkich dotyczy też to, co dobre: współczucie, dobroć, wielkoduszność, miłość.


Choć kłamstwem się brzydzę i choć udało mi się przewidzieć, kto stoi za niecnymi czynami, których skutki dotknęły mieszkańców osiedla, to sposób, w jaki zostały zaserwowane kłamstwa i kłamstewka sprawił, że obcowanie przez chwilę z mieszkańcami krakowskiego osiedla było dla mnie dużą przyjemnością ;-) 


Dziękuję  bardzo za egzemplarz recenzyjny wydawnictwu Replika, a Monice za książkę z dedykacją :-)


wtorek, 2 lipca 2013

Podsumowanie czerwca i brak planów na wakacje ;-)

Wiem, że w czerwcu mój bukowniczek sprawiał wrażenie, jakby nie miał właściciela, który by się nim interesował... Ale to tylko tak wyglądało, bo właściciel - choć ledwo żywy - to jednak jest i wyłącznie z konieczności wywołanej życiowymi okolicznościami musiał odłożyć blogowanie na lepszy czas. 14 czerwca okazał się dniem, który przyniósł nowe doświadczenia życiowe, z którymi trzeba było sobie jakoś poradzić. Czytanie, a zwłaszcza pisanie o przeczytanych książkach, chwilowo musiało zejść na dalszy plan. No, ale już wróciłam do codzienności. I wracam tutaj :-)

W czerwcu przeczytałam siedem książek:

1. Drugie dziecko - Charlotte Link: z biblioteki; Osobiste: Lista nr 1 - Chyba tylko ja nie czytałam
2. Kłamstewka i kłamstwa - Monika Orłowska: recenzyjna
3. Cierń Miasta Lwa - Lucy Lum: Z półki; W prezencie (C); Trójka e-pik: książka z motywem wojny; Osobiste: Lista nr 2 - Czekają i czekają;
Pod hasłem (Państwa, miasta)

4. Drogie życie - Alice Munro: recenzyjna; Osobiste: Lista nr 1 - Chyba tylko ja nie czytałam
5. Dzięki za każdy nowy ranek - Halina Pawlowská: Z półki; Booktrotter (literatura czeska)
6. Legendy maoryskie - Anna Janiec-McLaughlin, Monika Riddell: recenzyjna
7. Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno - Michele Fitoussi: recenzyjna; Trójka e-pik: biografia

Nie zrealizowałam w tym miesiącu wyzwań Z literą w tle i Niezapomniane lektury z dzieciństwa. Do zrealizowania w pełni Trójki e-pik zabrakło książki z motywem anioła.

Napisałam tylko dwie opinie: jedną opinię o czerwcowej książce i jedną zaległą... No ale tak się poukładało, że zupełnie nie było to możliwe.

Cieszę się z lata i z wakacji, które - choć nie dotyczą mnie w pełnym wymiarze - dają poczucie oddechu i swobody. Na lipiec i sierpień niczego nie planuję. Jedyne, czego mi potrzeba, to brak planów i skuteczny wypoczynek. To oczywiście nie znaczy, że bukowniczek znowu będzie leżał odłogiem i przestanę czytać ;-) To raczej niemożliwe. Chciałabym napisać parę opinii o przeczytanych książkach, zanim zupełnie zatrą się wrażenia, które mi towarzyszyły w trakcie lektury. Czyli chcąc nie chcąc jednak jakiś plan jest ;-) Ale konkretnych książek nie wybieram. Niech się tym razem same wybiorą :-)

Wszystkim odwiedzającym życzę ciepłego, słonecznego lata, poczucia beztroski, miłego wypoczynku i ciekawych lektur :-)


czwartek, 13 czerwca 2013

51/2013 Już nic nie muszę - Stefania Grodzieńska

Współpraca: Beata Kęczkowska
Akapit Press

Łódź 2010
176 stron
Gatunek: autobiografia

Czasem mi się wydaje, że chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że już nic nie muszę. Ale jeszcze nie czas ;-) Na razie całkiem lubię ‘musieć’.

Książka Stefanii Grodzieńskiej o przewrotnym tytule Już nic nie muszę została napisana, kiedy autorka miała 86 lat! Nic dziwnego, że na pytanie ciekawskich dziennikarek: „Co pani ma na warsztacie?”, miała ochotę odpowiadać: „Droga pani. Czy w osiemdziesiątym szóstym roku życia muszę mieć coś na warsztacie? Otóż już nic nie muszę!”. [str. 6]


Stefania Grodzieńska (zm. 2010) to przedstawicielka powojennych artystów, pokolenia, które mnie fascynuje; to kobieta emanująca swoistą elegancją i klasą, podchodząca do siebie z ogromnym dystansem, a do życia z humorem. Pierwszy jej skecz, który usłyszałam gdzieś w radiu i ubawiłam się po pachy, to był dialog Co byś zrobił, gdybym umarła?. Dlatego też z ogromną przyjemnością sięgnęłam po książkę przybliżającą sylwetkę tej wszechstronnej kobiety: aktorki, tancerki, satyryka, felietonistki, spikerki. Jest to garść wspomnień rodzinnych, osobistych i zawodowych kobiety bezpośrednio związanej z  powojennym światem artystyczno-kulturalnym, czynnie uczestniczącej w jego wydarzeniach przez około siedemdziesiąt lat.


To, co ujęło mnie najbardziej, to fakt, że choć życie Stefanii Grodzieńskiej nie było usłane różami, to umiała opowiadać o nim z ogromnym poczuciem humoru i potrafiła wydobyć ze wspomnień to, co dobre. Chwyciło mnie za serce to, że Stefania potrafi bez żalu i urazy wspominać swoją matkę, przez którą została odesłana „na wychowanie” do babci. Podobały mi się też wspomnienia dotyczące jej dziadka, a właściwie drugiego męża babci, z którym łączyła ją niesamowita przyjaźń. Najczulsze wspomnienia odnoszą się do męża Stefanii Grodzieńskiej – Jerzego Jurandota. Autorka wspomina też niezwykle ciepło osoby, które zapisały się na kartach historii tamtych czasów, a z którymi łączyła ją przyjaźń: Jana Brzechwę, Władysława Kopalińskiego, Janusza Minkiewicza. 


Bardzo mi się podobała ta nietypowa autobiografia okraszona wieloma zabawnymi scenkami z życia autorki, wspominkami, wierszami. Odpowiada mi ten typ humoru. Przeczytałam tę książkę „za jednym zamachem”. I Wam też polecam.

Wyzwania: Z literą w tle (kwiecień - G), Z półki

środa, 12 czerwca 2013

50/2013 Drugie dziecko - Charlotte Link

Tytuł oryginału: Das Andere Kind
Tłumaczenie: Dariusz Guzik
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2011
520 stron

Powieść kryminalno-psychologiczna


Charlotte Link to nazwisko, które co rusz pojawia się na blogach, które podczytuję. Już od dłuższego czasu zbierałam się, aby sięgnąć po którąś z powieści nieznanej mi niemieckiej autorki i wyrobić sobie własne zdanie. Na pierwszy ogień poszła więc powieść Drugie dziecko, którą jakimś cudem dorwałam w bibliotece. 

Głównym miejscem akcji tej powieści jest niewielka wioska Staintondale niedaleko Scarborough w angielskim Yorkshire, gdzie dochodzi do dwóch brutalnych morderstw. Policja szuka sprawcy, choć nie wie, czy oba morderstwa były ze sobą powiązane. Trop prowadzi kilkadziesiąt lat w przeszłość, kiedy dwoje dzieci, Fiona i Brian, zostało odesłane z zagrożonego wojennym bombardowaniem Londynu na farmę Beckettów w Staintondale. O ile stopniowo dowiadujemy się, jak potoczyły się losy Fiony oraz Chada, nastolatka z farmy, o tyle losy tytułowego  drugiego dziecka, nie są oczywiste. Czy bohaterom powieści uda się rozwiązać mroczną tajemnicę z przeszłości? Jasne, że tak ;-) Trudno, aby w powieści kryminalnej było inaczej. Zanim jednak dojdzie do rozwiązania zagadki, czytelnik będzie mógł przyjrzeć się dokładnie świetnie zarysowanym portretom psychologicznym bohaterów. Link stworzyła bardzo wyraziste postacie, którym bez trudu da się przypisać bardzo konkretne cechy charakteru. Strasznie mi się to podobało.


W ogóle powieść ta jest bardzo umiejętnie skonstruowana. Każdy rozdział kończy się w taki sposób, że trudno przerywać czytanie. Analiza wydarzeń, które miały miejsce, prowadzone jest z perspektywy kilku osób. Z zapisanych w formie e-maili wspomnień staruszki Fiony, czytelnik poznaje istotne zdarzenia z przeszłości, które kroku po kroku prowadzą do wyjaśnienia zagadkowych morderstw. Z kolei narrator informuje bardzo skrupulatnie o tym, jak na całą sytuację zapatrują się bohaterowie: Leslie,wnuczka Fiony, introwertyczna Gwen Beckett, mieszkanka farmy w Staintondale, jej narzeczony Dave Tanner czy przyjaciele Gwen przebywający właśnie na farmie. Ciekawym zabiegiem jest rozpoczęcie powieści od zdarzenia, którego uczestnicy pojawią się ponownie dopiero pod sam koniec powieści. Zanim dotarłam do rozdziału, w którym ponownie pojawiła się Pakistanka Semira, już zdążyłam zapomnieć, że w ogóle taka postać zaistniała na początku ;-)


No i cóż... Nie udało mi się odgadnąć zagadki. W ogóle nie podejrzewałam takiego obrotu spraw. Nie dałam rady połączyć przeszłości Fiony z teraźniejszością. Czyli akcja nie jest przewidywalna, a to wielki plus dla autorki ;-)


Jeśli pozostałe powieści Charlotte Link są skonstruowane w podobny sposób i równie mocno trzymają w napięciu, to zapisałabym się bez zastanowienia do grupy wielbicieli tej autorki. Wstrzymam się  jednak z taką deklaracją do momentu, aż przeczytam jeszcze ze dwie książki. Drugie dziecko bardzo mnie do tego zachęciło. Mało tego, teraz – kiedy już znam rozwiązanie – mam ochotę jeszcze raz przeczytać tę książkę, aby dokładnie przyjrzeć się, jak autorce udało się tak poprowadzić akcję, żeby zbić mnie z tropu :-)


Jedyne co mnie irytowało, to wyróżnienia w postaci kursywy w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek. Mam wrażenie, że gdzie by książki nie otworzyć, to znajdzie się jakieś słowo kursywą. Nie wiem, czy to zabieg redaktorski, czy to autorka chciała zwrócić uwagę czytelnika na niektóre słowa, ale mnie to rozpraszało. Ale to już drobiazg. Książka jest świetna i jak najbardziej ją polecam.


Książkę przeczytałam w ramach osobistego wyzwania - Lista nr 1: Chyba tylko ja nie czytałam...

Wynotowałam sobie też dwa cytaty, które mi się bardzo spodobały i które chcę zachować:
Opisałam to wszystko dlatego, że chciałam zmierzyć się z prawdą. A mogłam to uczynić z całą jasnością i bezwzględnością jedynie pod warunkiem, że to wszystko spiszę. Myśli nagle się urywają, ulatują, zatracają się, pozostają niedokończone. Podczas pisania nie ma wymówek. Pisanie zmusza do skupienia, do tego, by precyzyjnie sformułować także to, co z pozoru niewyrażalne. Nie da się w piśmie pozostawić zdań niedokończonych. Uzupełnia się je, nawet jeśli umysł wzbrania się przed tym, a palce nie chcą dotykać klawiatury. Człowiek chciałby uciec, a jednak pisze dalej. [str. 386]
(...) im dalej i dłużej podążamy jakąś drogą, tym trudniejsza i obfitsza w konsekwencje jest droga powrotna. Zawsze istnieje punkt, w którym możemy zawołać Nie! I odmówić dalszego marszu. Jeśli ów punkt przegapimy, każdy późniejszy krok staje się coraz bardziej skomplikowany, zmuszając nas do wyjaśnień, dlaczego nie wcześniej... W którymś momencie nie mamy już po prostu odwagi. Zabrnęliśmy tak daleko, że odwrót staje się niemożliwy. A przynajmniej taki, który by w jakimś stopniu dawał nam jeszcze powód do dumy. I maszerujemy dalej, zaciskając zęby, głośno gwiżdżąc i nucąc melodie, zajmując się wieloma pobocznymi sprawami tylko po to, żeby zagłuszyć w sobie głos własnego sumienia. [str. 377]

wtorek, 11 czerwca 2013

Plany na czerwiec

Nie wierzę, że dzisiaj już 11 czerwca... Czas pędzi jak szalony, obowiązków więcej niż zwykle, kiepskie samopoczucie - i co tu zrobić? Chyba tylko mieć nadzieję, że to się szybko zmieni...

Minęło dziesięć dni czerwca, a ja nawet nie miałam kiedy zrobić zdjęcia stosikowi przygotowanemu na czerwiec... Że nie wspomnę o napisaniu i opublikowaniu zaległych opinii... Dopiero dzisiaj robię kolejny, mały kroczek do przodu.

Mój stosik przygotowany na czerwiec wygląda tak:
Książki, które go tworzą to:

Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno - Michèle Fitoussi, recenzyjna od Muzy
Drogie życie - Alice Munro i Pchli pałac - Elif Shafak - recenzyjne od Wydawnictwa Literackiego
Kłamstwka i kłamstwa - od autorki
Drugie dziecko - Charlotte Link, z biblioteki 
Cierń Miasta Lwa - Lucy Lum, Smocze ziarno - Pearl Buck, Dzięki za każdy nowy ranek - Halina Pawlowská  i Trzeci anioł - Alice Hoffman - z półki.

Chcę jeszcze przeczytać Opowieść wigilijną Dickensa w ramach wyzwania Niezapomniane lektury z dzieciństwa, ale nawet nie miałam kiedy wskoczyć do biblioteki...

Na dzień dzisiejszy już wiem, że niewiele mi wyjdzie z planów i realizacji wyzwań. Mogę więc przyjąć, że to plan na czerwiec i lipiec. Chwilowo lepiej nie będzie - nie ma się co łudzić...




 

piątek, 31 maja 2013

Podsumowanie maja

Na początku maja moja dynamiczna  półka wyglądała tak:

natomiast pod koniec miesiąca jej wygląd trochę się zmienił:

 W maju przeczytałam siedem książek, w tym pięć recenzyjnych, jedną z własnych zbiorów, i jedną pożyczoną. Bardzo mi pasowały do różnych wyzwań: Book-Trotter (1), Debiuty pisarskie (1), Trójka e-pik (2/3), W prezencie (5),  Z literą w tle (1), Z półki (1); Osobiste 2013 (3), więc zrobiła się ładna składanka:

  1. Tym razem serio - Małgorzata Musierowicz: pożyczona, W prezencie (T)
  2. Planeta według Kreta - Jarosław Kret: recenzyjna; W prezencie (P)
  3. Sufi - Elif Shafak: recenzyjna; Debiuty pisarskie; Trójka e-pik: książka, której autor został nagrodzony, W prezencie (S)
  4. Pępowina - Majgull Axelsson: recenzyjna;  Osobiste: Lista nr 1: Chyba tylko ja nie czytałam..., W prezencie (ę); Z literą w tle (A); Trójka e-pik: powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych
  5. Dom na Sycylii - Rosanna Ley: recenzyjna; Trójka e-pik: powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych, W prezencie (Y)
  6. Pieśń o poranku - Paullina Simons: recenzyjna;  Pod hasłem (Pory), Osobiste: Lista nr 3: Posmakowałam, chcę więcej...
  7. Zapomniany ogród - Kate Morton: Booktrotter (literatura australijska), Z półki, Osobiste: Lista nr 1: Chyba tylko ja nie czytałam...
  8. Kraina wódki - Mo Yan: z biblioteki - NIEDOKOŃCZONA

Z Trójką e-pik trochę namieszałam, bo zaliczyłam dwie książki do tej samej grupy "powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych". Nie przeczytałam natomiast polskiego kryminału polskiego autora (mężczyzny), bo ta kategoria najmniej mi podchodziła i w rezultacie odpuściłam ją sobie. 

Postanowiłam też dołączyć do grupy zaznaczającej Debiuty pisarskie, ale jeszcze jestem mało czujna :-)


W wyzwaniu W prezencie - Czytaj - to się opłaca uzbierałam już trochę pieniędzy - na dwie książki Gregory powinno wystarczyć, jak się trafi okazja. Już się cieszę :-)

Z moich obliczeń wynika, że w ramach wyzwania Z półki przeczytałam na razie trzynaście książek, czyli wkroczyłam na poziom 3.

Jedyne wyzwanie, które nie doczekało się realizacji w tym miesiącu to Niezapomniane lektury z dzieciństwa, ale termin jest do połowy czerwca, więc może dam radę.

No, to podsumowanie jest, teraz czas zaplanować coś na czerwiec :-)

poniedziałek, 27 maja 2013

49/2013 Kraina wódki - Mo Yan

Tytuł oryginału: Jiu guo
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2012
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
496 stron
Literatura chińska

Na ogół nie piszę o książkach, których nie skończyłam czytać, ale stwierdziłam, że warto napisać parę słów ku przestrodze.

Mo Yan, czyli Guan Moye, to noblista z 2012 roku. Chciałam być na bieżąco... Kiedy na bibliotecznej półce dostrzegłam nazwisko „Mo Yan”, nie odstraszył mnie nawet tytuł Kraina wódki. Ponadto, książka idealnie pasowała do majowej Trójki e-pik jako powieść nagrodzonego autora. Odrzuciło mnie jednak już po kilkunastu stronach, ale dotrwałam do czterdziestej. To, co przeczytałam, wydało mi się odrażające, absurdalne, bezsensowne. Przejrzałam jeszcze jednym okiem dalszą część książki, ale stwierdziłam , że nie ma sobie co zaprzątać nią głowy, bo nie zanosi się na nic wartościowego. Nawet mi się nie chce wymieniać obrzydliwości zaserwowanych przez chińskiego pisarza, aby pokazać, co mnie tak zniesmaczyło. Nie byłam w stanie doszukać się tam ani współczesnych Chin, ani realizmu magicznego – czyli tego, pod co podciąga się tę książkę. Dla mnie to przykład klasycznego bełkotu, zapis tego, co – jak sobie wyobrażam – może przyjść do głowy w stanie mocnego upojenia i zamroczenia umysłu.

Zdecydowanie odradzam lekturę, chyba że jesteście miłośnikami turpizmu...

niedziela, 26 maja 2013

48/2013 Pieśń o poranku - Paullina Simons

Tytuł oryginału: A Song in the Daylight
Tłumaczenie: Katarzyna Malita
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2013
688 stron
Literatura amerykańska
Gatunek: powieść obyczajowa

Nazwisko Paulliny Simons kojarzy się przede wszystkim z Jeźdźcem Miedzianym i kolejnymi częściami trylogii, która zauroczyła niejednego czytelnika. Czytałam tylko tę pierwszą część i pamiętam,  że rzeczywiście była to powieść niezwykle emocjonująca. Dlatego też po Pieśni o poranku spodziewałam się podobnych emocji. 

Pieśń o poranku to studium kłamstwa i zdrady. To skrupulatny zapis przeżyć czterdziestoletniej Larissy, która wdaje się w fatalny w skutkach romans z młodszym od niej o dwadzieścia lat Kaiem. Sytuacja życiowa Larissy z pozoru nie pozostawia nic do życzenia – wydawałoby się, że kobieta ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia: kochającego męża, troje zdrowych dzieci, piękny dom, życie w luksusie... A jednak czuje się niespełniona... Spotyka na swej drodze atrakcyjnego dwudziestolatka i traci dla niego głowę. Romans tych dwojga jest w zdecydowanym centrum uwagi przez znaczną część powieści. A szkoda, bo autorka podjęła jeszcze kilka ciekawych wątków – dramat Che, przyjaciółki ze studiów, która zamieszkała na Filipinach, czy wątek detektywistyczny, który bardzo szybko został porzucony.


Choć książkę tę czyta się całkiem dobrze, to po przeczytaniu jednej trzeciej miałam zamiar ją odłożyć, bo byłam zniesmaczona głupotą i wyrachowaniem bohaterki oraz jej kombinowaniem, a także rozbudowanymi scenami łóżkowymi powtarzającymi się do znudzenia. Trwałam jednak dzielnie, wmawiając sobie, że sztuką jest też stworzenie tak negatywnej bohaterki jak Larissa. Czekałam więc cierpliwie, licząc na więcej. O ile doczekałam się „więcej”, o tyle nie doczekałam się „lepiej” ;-) Powieść liczy bowiem prawie siedemset stron, po których chciałoby się dostać satysfakcjonujące zakończenie. Tymczasem autorka ciągnie akcję na siłę i w rezultacie wybiera najgorszą z możliwych opcji zakończenia tej historii. 


Polecam Pieśń o poranku tylko tym czytelnikom, którzy już mieli do czynienia z Paulliną Simons i wiedzą, jak pisze. Wiele osób pewnie z przyjemnością wczyta się w skrupulatne opisy skrywanych pragnień i namiętności, pozna do czego prowadzi balansowanie na granicy szaleństwa, poobserwuje mechanizmy, które zaciemniają umysł i nie pozwalają na trzeźwą ocenę sytuacji życiowej. Ja jednak miałam wrażenie, że to zaciemnienie umysłu dopadło większość bohaterów, oczywiście z Larissą na czele, i trochę miałam ich dość. Miałam ochotę krzyknąć: „Niech ktoś wreszcie otworzy oczy!”.


Mam wrażenie, że Paullina Simons chciała stworzyć powieść bardzo kontrowersyjną, a wyszła jej powieść średniej jakości – bez przesłania, z pustą, samolubną bohaterką, i trochę przydługa.
Dla normalnej kobiety nie istnieje wybór między własnymi dziećmi a kochankiem, który jest niewiele starszy od najstarszego dziecka. Mimo wszystko jednak Paullina Simons pisze w sposób na tyle intrygujący, że nie dałam rady odłożyć Pieśni o poranku na półkę „Niedokończone”, ale musiałam z ciekawości sprawdzić, jakie zakończenie wybierze.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Świat Książki.


Książkę zaliczam do wyzwań Pod hasłem: PORY


Wyzwanie osobiste - Lista nr 3: Posmakowałam, chcę więcej...