Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Videograf II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Videograf II. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lipca 2012

Córki mordercy – Randy Susan Meyers


Tytuł oryginału: The Murderer’s Daughters
Tłumaczenie: Maria Aniśkowicz- Świderska, Jacek Ilg
Wydawnictwo Videograf II
Wydano 2011, dodruk 2012
336 stron
Literatura  amerykańska
Gatunek: powieść psychologiczna z elementami autobiograficznymi

AUTOR: Randy Susan Meyers
- amerykańska autorka, urodzona i wychowana w Nowym Jorku na Brooklynie, a obecnie mieszkająca w Bostonie, gdzie prowadzi seminaria dotyczące nauki kreatywnego pisania. Swoje spostrzeżenia na temat pisarstwa zebrała w poradniku What To Do Before Your Book Launch. Randy Susan Meyers w swym doświadczeniu zawodowym ma również pracę z ofiarami przemocy w rodzinie oraz przestępcami wymagającymi resocjalizacji. Córki mordercy to pierwsza książka tej pisarki, w znacznej części oparta na własnych doświadczeniach autorki, która wychowała się w rodzinie z ojcem-agresorem.


Link do strony z okładkami innych wydań Córek mordercy. Poniżej okładka wydania oryginalnego czyli amerykańskiego.
Polecam – oprócz polskiego wydania najbardziej podoba się angielskie/australijskie.


Inne książki tego autora:
What To Do Before Your Book Launch (lato 2012)
The Comfort of Lies Arriving February (2013)

MIEJSCE akcji: Nowy Jork i Boston, USA
CZAS akcji: 1971– 2003

BOHATEROWIE:
siostry Louise (Lulu) i Meredith (Merry) Zachariah, Drew, ojciec dziewczynek, babcia Mimi Rubee, babcia Zelda, ciocia Cilla i wujek Hal, państwo Cohen

TEMATYKA:
Dramat rodzinny –życie dziewcząt, których ojciec zamordował matkę.

PRZESŁANIE:
To, co nas spotyka, nie pozostaje bez śladu. Dopóki nie stanie się twarzą w twarz z przeszłością, ciężko poukładać sobie życie.
 
CYTATY:
Umieranie jest łatwiejsze niż patrzenie na ból własnych dzieci. (...) Może kiedy odrzucimy to, co nieważne, będziemy mogli skupić się na tym, co kochamy najbardziej, co jest naszym największym skarbem. [str. 300]
MOJE ODCZUCIA:
Dwie małe, niewinne, przytulone do siebie dziewczynki, jedna z misiem w rączce, i  czerwony napis-tytuł Córki mordercy. Prawda, że już sam tytuł brzmi koszmarnie i paradoksalnie? Te dwa tytułowe słowa od razu przywiodły mi na myśl pytanie, czy książka będzie o ludziach, którzy sądzą, że bycie mordercą jest zaraźliwe. Byłam bardzo ciekawa tej książki. Ciekawiło mnie to, czy w tej książce pojawią się „dobre dusze”, które ze słodkim uśmiechem na ustach będą się znęcać, pytając: „Dziewczynko, czy to ty jesteś córeczką tego mordercy?”. Książka ta w pełni spełniła moje oczekiwania, a nawet znacznie je przerosła. Sięgając po nią nie miałam pojęcia, że opiera się na doświadczeniach autorki z jej życia zawodowego, na które zdecydowała się po tragediach własnego dzieciństwa.

Mimo przeraźliwie trudnego tematu i dotkliwego odczuwania autentyczności wypowiedzi autorki i znajomości psychiki osoby, która została skrzywdzona, wydarzenia i przeżycia są pozbawione brutalności czy wulgarności. Subtelność, z jaką Randy Susan Meyers oddaje emocje sióstr zmagających się z sytuacją, w jakiej postawiło je życie, i dążących do tak zwanej normalności, jest naprawdę zaskakująca.

Zaskakujące są też skrajnie różne reakcje sióstr i zupełnie inne podejście do sytuacji. Lulu – starsza siostra – chce zapomnieć, nie przyznaje się do swego ojca. Z kolei czuje się w pełni odpowiedzialna za swoją młodszą siostrę. Merry zaś czuje, że musi odwiedzać i wspierać swojego ojca, bo ma tylko ją... Autorce świetnie udało się pokazać, jak odmiennie ludzie reagują na to samo życiowe doświadczenie, i jak - choć totalnie odmienne w postrzeganiu i przeżywaniu - są zależne od siebie, niemalże nierozłączne, na zawsze związane wspólnym nieszczęściem. 

To powieść o trudnej drodze do przebaczenia – innym i samemu sobie, równie trudnej drodze do pozbycia się poczucia winy, drodze do odnalezienia samego siebie poprzez uporczywe poszukiwanie swej tożsamości i „normalności”. To również powieść o różnych wymiarach odpowiedzialności – starszej siostry za młodszą, córki za ojca i innych, babci za wnuczki i o odpowiedzialności w innych relacjach.

Nie jest to wyciskacz łez, a one i tak same cisną się do oczu. 

POLECAM:
- tym , którzy lubią książki oparte na faktach, opisujące ludzkie dramaty i trudne relacje międzyludzkie
- lektura obowiązkową dla pracujących z tzw. ‘trudną’ młodzieżą i osobami podlegającymi resocjalizacji

Krótko mówiąc:
przekonująca, subtelna, poruszająca

Bardzo dziękuję Wydawnictwo Videograf za egzemplarz recenzencki.



czwartek, 29 marca 2012

List, który przyszedł za późno – Aneta Modelska

Wydawnictwo Videograf II
Katowice 2011
416 stron
*****************
Pierwsze zdanie:
Podczas lotu Tomkowi śniły się włosy Dominique.
Ostatnie zdanie:
Jacques zniknął.
*************
Ile zmian w życiu może wywołać jedno przypadkowe zdarzenie tak banalne jak zamiana walizek na lotnisku? Można to sprawdzić w powieści Anety Modelskiej List, który przyszedł za późno, która jest jej debiutem. Podoba mi się pomysł ze starym listem, który wywołuje lawinę zdarzeń, jednak sposób prowadzenia akcji nie jest wystarczająco ciekawy, aby sprawić, że czytelnik wbije się w fotel i nie wstanie, póki nie skończy. Co więcej, przydarzyła mi się dość dziwna historia z tą książką... Przez jakiś czas nosiłam ją w torbie i podczytywałam to tu, to tam. Któregoś razu zostawiłam ją w samochodzie i ... zapomniałam o niej kompletnie. Nie zatęskniłam za żadnym z bohaterów; nie pamiętałam nawet, że czytam kryminał i czekam na rozwiązanie zagadki. Miło mi było jednak powrócić do świata Tomasza i Sandry, jak już sobie o nich przypomniałam, a następnie sprawdzić, czy moje podejrzenia były słuszne.

Coraz głębsze wnikanie w przeszłość, stopniowe odkrywanie i łączenie przykrych faktów, niebezpieczna gra to elementy, których czytelnik szuka w powieściach z wątkiem kryminalnym. Książka Anety Modelskiej zawiera te elementy, jednak ich intensywność jest znikoma. Jednoczesne prowadzenie akcji na dwóch poziomach czasowych oraz wzbudzenie zainteresowania czytelnika okazały się zbyt dużym wyzwaniem dla młodej autorki, choć pomysł na książkę całkiem fajny. Może następna będzie lepsza. Nie jestem zniechęcona ani rozczarowana tą książką, ale fireworków tu nie ma. Miejscami jest trochę nudno. Warto jednak zwrócić uwagę na kolejną polską autorkę, która zdaje się mieć spory potencjał pisarski. Czekam więc na następną, lepiej dopracowaną i bardziej emocjonującą powieść Anety Modelskiej.


Krótko mówiąc:
dość przewidywalna, dobry pomysł, generalnie w porządku

*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - trochę dziwna
C - ciekawa? - chwilami mniej, chwilami bardziej
E - emocje? - jak wyżej
N - negatywy? -dobry pomysł, ale średnie wykonanie
A - ambitna? - niebanalne - prowadzenie akcji w dwóch wymiarach czasowych

POLECAM:
- osobom ciekawym poziomu polskiej literatury współczesnej,
- czytelnikom, którzy lubią rozwiązywać zagadki,
- miłośnikom kryminałów, choć książka nie należy stricte do tego gatunku

*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Videograf II.

Nikt kogo znasz – Michelle Richmond

Tytuł oryginału: No One You Know
Tłumaczenie: Bożena Markiewicz
Wydawnictwo Videograf II
Katowice 2010
 272 stron
*****************
Pierwsze zdanie:
Spotkałem go w końcu, mimo że upłynęło wiele lat od chwili, kiedy przestałam szukać.
Ostatnie zdania:
Opowiadanie nie należy wyłącznie do tego, kto je opowiada. Należy w równym stopniu do tego, kto go słucha.
*************

Nikt kogo znasz to powieść o morderstwie z przeszłości, ale nie tylko. Jej autorka Michelle Richmond umiejętnie przedstawiła proces psychologiczno-emocjonalny, jaki uruchamia się w człowieku, który traci kogoś bliskiego.

Ellie i Lila - dwie siostry, różne od siebie pod wieloma względami, nie zdążyły poznać się dokładnie w dorosłym życiu. Lila ginie w tajemniczych okolicznościach, gdy Ellie jest dziewiętnastoletnią dziewczyną, czyli dwadzieścia lat wstecz od wydarzeń bieżących. Jej małomówna, introwertyczna siostra nie zostawiła po sobie wielu śladów, które mogłyby podpowiedzieć, co się wydarzyło. Zrozpaczona Ellie, nie mogąc znaleźć wsparcia w rodzicach, przekazuje swoje domysły byłemu nauczycielowi Lili – Andew Thorpe’owi. Ten jednak nie traktuje tego jako zwykłych zwierzeń, ale na podstawie tego, co słyszy od Ellie, pisze książkę, która okazuje się wielkim sukcesem, mimo że w ten sposób rzuca cień podejrzeń na człowieka, który mógł, ale nie musiał, być związany z morderstwem genialnej matematyczki. Spotkanie z Peterem  po dwudziestu latach powoduje, że Ellie musi znaleźć rozwiązanie zagadki. W procesie poszukiwania prawdy dowiaduje się wiele i poznaje od innej strony nie tylko swoją siostrę, ale i samą siebie.

Nikt kogo znasz jest więc nie tylko historią o poszukiwaniu mordercy, ale to również doskonała opowieść o poszukiwaniu samego siebie, o tym, jak trudno się  odnaleźć i poukładać relacje w rodzinie i w samym sobie po tak tragicznym wydarzeniu.

Ciekawym zabiegiem jest próba matematycznego, logicznego poukładania przeszłości i rzeczywistości. Bardzo interesujące były też dla mnie fragmenty, które dotyczą pracy Ellie w przemyśle związanym z kawą. Tematyka ta nie jest jednak przytłaczająca – autorce udało się zachować właściwe proporcje, aby czytelnik mógł swobodnie śledzić zagadkowy wątek.

Powiem szczerze, że dla mnie bardziej pasjonujące były wewnętrzne zmagania bohaterów niż szukanie winnego. Różne oblicza zaufania, które nie tylko łatwo dać, ale i łatwo utracić, to jeden z ciekawszych aspektów. Utrata zaufania, bezgraniczna pustka po stracie bliskiej osoby, żałoba i tęsknota, z którymi trudno sobie poradzić w przeciwieństwie do nadziei i miłości, które trwają ponad wszystko, całe szczęście nie dominują całej powieści, lecz w mądry sposób pokazują, że pogodzenie się ze stratą i zachowanie dobrych wspomnień jest możliwe.


Krótko mówiąc:
przejmująca, zapadająca w pamięć, niebanalna

*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - mało charakterystyczna
C - ciekawa? - tak, zarówno wątek kryminalny, jak i psychologiczny
E - emocje? - raczej spokojnie
N - negatywy? -były fragmenty, które nie przyspieszały akcji, ale ją rozciągały
A - ambitna? -z pomysłem

POLECAM:
- polecam miłośnikom rozwiązywania zagadkowych historii,
- matematykom ;-)
- zainteresowanym ludzką psychiką.

*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Videograf II.

sobota, 24 marca 2012

Stracony chłopiec czyli tajemnice sekty mormonów – Brent W. Jeffs, Maia Szalavitz

Tytuł oryginału: Lost Boy
Tłumaczenie: Zuzanna Załęska
Wydawnictwo Videograf II
Katowice 2010
216 stron
*****************
Pierwsze zdanie:
Zbudził mnie mój własny krzyk.
Ważne zdanie:
Wiedziałem, że nie ma takiej przeciwności, której nie podołalibyśmy wspólnymi siłami.
*************
Wiele osób wie, że Salt Lake City to stolica stanu Utah. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że to także „stolica” sekty mormonów. U nas na ogół hasło „mormoni” wywołuje skojarzenie z młodymi chłopakami w białych koszulkach, w krawatach, z identyfikatorem przypiętym do koszuli, zachęcających do uczestnictwa w kursach angielskiego czy spotkania o charakterze religijnym. Kolejne skojarzenie z mormonami to poligamia oraz ogromne rodziny z kilkoma/kilkunastoma żonami i niezliczoną liczbą potomstwa. Co prawda rząd amerykański już w XIX wieku rząd amerykański teoretycznie zakazał poligamii, jednak z książki Stracony chłopiec wynika, że mało skutecznie. Autor Brent W. Jeffs wychował się bowiem we wspólnocie, która jest odłamem mormonów i nosi nazwę Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Brent opowiada historię swojego życia związaną w większej części z życiem wśród mormonów. Jego dzieciństwo nie było usłane różami – trzy mamusie (każda o innym temperamencie), mnóstwo rodzeństwa, tatuś, który choćby chciał, nie był w stanie ogarnąć całego towarzystwa na tyle, że dziecko mogłoby powiedzieć, że ma dobry kontakt z ojcem, ba, że w ogóle ma kontakt z ojcem... W takiej gromadzie problemy poszczególnych osób często pozostawały niezauważone i prowadziły do traumatycznych doświadczeń. Rodzice często nieświadomi cierpienia swych dzieci nie mieli jak zapobiegać nieszczęściom. Tymczasem dzieci doświadczały ogromu zła ze strony osób, które pod pozorem proroczych objawień poddawały indoktrynacji i zastraszeniu członków sekty na każdym polu, wymagały bezwzględnego posłuszeństwa i uzurpowały sobie prawo do decydowania w pełni o czyimś życiu. W przypadku Brenta i jego starszego brata Clayna doszło jeszcze molestowanie seksualne. Te traumatyczne doznania z dzieciństwa zostawiły trwały ślad w psychice chłopców.
Brent W. Jeffs to całkiem młody mężczyzna, a jego opowieść dotyczy końcowych lat XX wieku. Niewyobrażalne jest to, że w dzisiejszych czasach są grupy ludzi, które „idą w ciemno” za kimś, kto obwołał się prorokiem czy przywódcą, ufają mu bezgranicznie i nie buntują się. Żyją w miarę spokojnie, godząc się w pełni na swój los i wierząc, że tak jest najlepiej. Co ciekawe, nawet wiedza, jaką przekazuje się w szkole jest specjalnie „spreparowana” na potrzeby sekty i nie ma nic wspólnego z osiągnięciami naukowymi i rzeczywistością. Nietrudno się domyślić, że osoby, które spędziły całe lata w takim towarzystwie są kompletnie nieprzygotowane do życia w normalnym społeczeństwie. Mają obniżone poczucie własnej wartości, wstydzą się swej odmienności, są zastraszone i żyją w nieustannym poczuciu winy.
Czy po przeżyciu kilkunastu lat w sekcie mormonów i po bolesnych doświadczeniach z dzieciństwa można z sukcesem włączyć się do życia w społeczeństwie? Jakie są konsekwencje takiego wyboru? Czy można uporać się z dramatycznymi wspomnieniami z przeszłości? Czy złoczyńców doścignie sprawiedliwość? Jeśli jesteście ciekawi, zapoznajcie się z opowieścią Brenta. Naprawdę niebywałe.

Krótko mówiąc:
Szokująca, poruszająca, bolesna, niewiarygodna

*****************
PODSUMOWANIE
O - okładka - bardzo mi się podoba, trafnie dobrana
C - ciekawa? - niesamowicie ciekawa; pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu sekty FLDS, gdyby nie ta książka
E - emocje? - wzbudza przeogromne emocje; trudna ze względu na tematykę, ale czyta się błyskawicznie
N - negatywy? - nie zwracałam uwagi - tematyka pochłania bez reszty
A - ambitna? - celem jest przedstawienie autentycznej, bolesnej historii

POLECAM:
- zainteresowanym prawdziwymi historiami ludzkimi,
- zainteresowanym tematyką sekt religijnych,
- zainteresowanym ludzką psychiką.

ODRADZAM:
- nadmiernie wrażliwym duszom - molestowanie seksualne dzieci to temat niekoniecznie dla każdego. Opisy pewnych scen i wspomnień są trudne.
*****************
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Videograf II.

niedziela, 27 listopada 2011

Magia Azji - Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki


Magia Azji

Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki

Wydawnictwo Videograf II
Chorzów 2011
320 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
Prąd w Chinach wylewa się na ulice kilometrami kabli, w których plątaninie ginie wszystko.
A ostatniego zdania nie zacytuję :-)
*****************
Miejsca: 
Chiny, Laos, Malezja, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodża, Birma, Tajlandia, Filipiny, Japonia, Tajwan, Indonezja, Indie, Nepal
*****************
Dla Europejczyków Azja to magiczny kontynent – mnóstwo miejsc jakże innych od tych, które znamy. Inna kultura, inne zwyczaje, inna mentalność... Wszystko jest inne. A jeśli na dodatek ominie się miejsca dostosowane do potrzeb turystów, czyli miejsca „zeuropeizowane”, to na szanse na doświadczenie tej magii rosną.

Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki postawili na prawdziwe smaki Azji. Porzucili to, co sprawiało, że nie czuli tego, że życie jest podróżą, spakowali rowery, namiot, w którym spędzili tylko jedną noc ;-) i rzeczy osobiste i ruszyli w drogę. W ciągu dwóch lat zwiedzili kawał Azji: Chiny, Laos, Malezję, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodżę, Birmę, Tajlandię, Filipiny, Japonię, Tajwan, Indonezję, Indie i Nepal. Sądzę, że kiedy komuś raz się uda, to potem trudno przestać. Następny cel podróży tych panów to Australia. Pozazdrościć! :-) A książki ze wspomnieniami z tej podróży bardzo, bardzo wyczekuję – nie tylko dlatego, że Australia, Tasmania i Nowa Zelandia to jedno z moich marzeń, ale również dlatego, że sposób, w jaki panowie opisali swoje podróżnicze przeżycia, naprawdę przypadł mi do gustu – dowcipnie, konkretnie, lekko, interesująco. Poza tym ich zamiarem, do którego konsekwentnie się stosowali w czasie podróży było omijanie szerokim łukiem miejsc obleganych przez turystów, a także smakowanie „codzienności”, w jakiej żyją osoby, które los stawia na ich drodze. A tego w klasycznych przewodnikach jest niewiele.

Czytając „Magię Azji”, zadawałam sobie pytanie, co takiego trzeba mieć, żeby rzucić wszystko – dom, rodzinę, pracę... – żeby móc pozwolić sobie na podróżowanie na pełen etat. Czasem zazdrościłam odwagi, bo wiem, że – choć podróże uwielbiam – nie umiałabym oddać się im w takim stopniu, jak zrobili to Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki. Podejrzewam, że nic nie jest w stanie dorównać zachwytowi nad wschodem słońca w trakcie lotu balonem, zaskoczeniu na widok chłopca wracającego do domu po tafli jeziora na grzbiecie bawołu czy smakowi sfermentowanych kaczych jajek zwanych balutami... Żeby poznać coś dokładnie, trzeba tego doświadczyć. Jednak większości z nas musi wystarczyć czytanie o podróżach innych, bo nie każdy może sobie pozwolić na osobiste odkrywanie smaków innych kontynentów. A im bardziej przystępnie napisana książka, tym łatwiej posmakować.

Gorąco polecam „Magię Azji”, bo opisane niezwykle przystępnym językiem przeżycia dwóch podróżujących panów mocno przybliżają bogactwo i odmienność azjatyckiej codzienności.

*******************
Moja ocena: 6/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf II za egzemplarz recenzyjny.

sobota, 15 października 2011

Język sekretów – Dianne Dixon

Język sekretów

Dianne Dixon
Language of Secrets
Tłumaczenie: Jacek Illg
Wydawnictwo Videograf
Katowice 2011
302 strony
*****************
 Pierwsze zdanie:
Gdy Justin zatrzymał samochód przed domem na Lima Street, Amy wyciągnęła dłoń, by ująć go za rękę.
Ostatnie zdanie:
W tym śnie czuł się tak, jak musi się czuć nowo koronowany anioł, gdy powiew wiatru otacza jego skrzydła i po raz pierwszy dana mu jest moc latania.
*****************
Sekrety w tytule, na okładce dwie odwrócone postacie zmierzające ku bezkresowi… - jednym słowem: tajemniczość. Od początku powieści do ostatniej strony Dianne Dixon w niebywale interesujący sposób buduje napięcie, oprowadzając czytelnika po świecie zagubionego Justina Fishera, który cierpi na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Ten młody mężczyzna doświadczył traumatycznych przeżyć w dzieciństwie, a ulgę przynosiła mu ucieczka w zapomnienie i zatracanie wszelkich wspomnień wyrzucanych z pamięci po to, by przetrwać. Jako dorosły mężczyzna Justin pragnie jednak rozliczyć się z przeszłością, która mimo ciągłej ucieczki w zapomnienie, nie daje się pogrzebać. Wyrusza więc na wędrówkę w głąb siebie, aby poskładać w całość rozsypane wspomnienia. Pomagają mu w tym najbliższe osoby.

Powieść „Język sekretów” to nie tylko jego wędrówka w poszukiwaniu własnej tożsamości, ale również niezwykle wnikliwe, przedstawione z perspektywy kilku osób, studium ludzkiej psychiki naznaczonej cierpieniem. Emocje potęguje fakt, że cierpienie to dotyczy niewinnego dziecka. Autorka podjęła niezwykle trudny temat – rozliczanie się z innymi na własną rękę. W moim odczuciu pytanie, które rysuje się w tej powieści najwyraźniej, to pytanie, czy człowiek ma prawo wymierzać sprawiedliwość. Dixon pokazała, jak dramatyczne mogą być rezultaty błędnie podjętej decyzji. Cierpienie, jakie zadaje się innym, aby ulżyć własnemu cierpieniu, może okazać się niewspółmierne w swym ogromie do tego, co przeżywa osoba zraniona. Zemsta – zwłaszcza wymierzona w niewinną osobę – niczego dobrego nie przynosi.

'Język sekretów' to niezwykle poruszająca książka, napisana w bardzo ciekawy sposób, który pozwala na snucie własnych domysłów do samego końca powieści. Przeplatanka przeszłości i teraźniejszości, umiejętne budowanie napięcia, niezwykłe emocje i nieoczekiwane zaskoczenie – oto co dostanie czytelnik w debiutanckiej powieści Dianne Dixon. Moim zdaniem to nazwisko trzeba zapamiętać.

*******************
Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf II za egzemplarz recenzyjny.

piątek, 21 stycznia 2011

Klątwa rogu Grimaldich, Burzliwe losy władców Monako - Thomas Veszelits


Wydawnictwo: Videograf II
Tytuł oryginału: Die Grimaldis - eine frivole Hofchronik
Tłumaczenie: Roman Niedballa 
Rok wydania: styczeń 2010
ISBN: 978-83-7183-765-4
Ilość stron: 272

********
Miejsce akcji: Monako
Czas akcji: od ok. 1200 roku do dziś
Bohaterowie: ród władców Monako - długo by wymieniać :-) Aby nie sięgać zbyt daleko wstecz wymienię tylko tych, których czasy pamiętam: Ranier III Polignac-Grimaldi (1923-2005) + Grace Kelly (1929-1982); ich dzieci: Karolina, Albert II, Stefania.

**********
Monako to chyba najsłynniejsze z maleńkich państw europejskich. Państewko nieduże, ale ród Grimaldich potężny, bowiem sprawuje tam władzę już od siedmiuset lat. Ciekawych wydarzeń też nie brakuje.
Miłość, nienawiść, intrygi, zdrada, kłamstwa, szczęście, nieszczęścia, śmierć - a to wszystko w rozmaitym natężeniu i barwie. Jak to stwierdził Rainier III - w jego rodzinie wydarzyło się wszystko, co tylko może się wydarzyć. I to prawda. losy rzeczywiście burzliwe. 

Opracowanie tematu przez Thomasa Veszelitsa jest bardzo skrupulatne, ale nie jest to zbiór faktów historycznych, lecz opowieść o ludzkich losach i motywach ich działania. Barwne i wciągające.

No i oczywiście chętnie bym tam pojechała :-)

************
Moja ocena: 5+/6