Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2013

58/2013 Jak oddech - Małgorzata Warda

Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
344 strony
Literatura polska

Wyrazy uznania dla Małgorzaty Wardy. Książka jest świetna.

W powieści Jak oddech Małgorzata Warda podjęła niełatwą tematykę, jaką są zaginięcia. Pewnego dnia dwudziestojednoletni Staszek wychodzi z domu i znika. Zostawia włączony komputer, niedopitą kawę, nie zabiera ze sobą ładowarki do telefonu...  Policja uznaje go za zaginionego. Rozpoczynają się poszukiwania. Jednak poszukiwania to tylko jeden wątek. Drugi, równie znaczący, to wnikanie w przeszłość bohatera, analiza zdarzeń z przeszłości i odczucia bliskich, którzy nie wiedzą, co się stało. Bieg wydarzeń poznajemy z perspektywy głównej bohaterki Jasmin, która od dzieciństwa jest emocjonalnie związana z dwudziestojednoletnim Staszkiem. To ona wspomina to, czego doświadczyli w swojej wspólnej od zawsze przeszłości. Jasmin bardzo konkretnie i drobiazgowo opisuje to, co czuła, jak się zmieniała, czym dla niej była relacja ze Staszkiem. Dzięki niej poznajemy również sytuację rodzinną Staszka, która na pewno nie była bez znaczenia.

Jest w tej powieści coś, co uwielbiam - bohaterowie totalnie zaskakują. Do kilkorga z nich co innego czułam na początku książki, a co innego już pod koniec. Moje odczucia wobec nich zmieniły się diametralnie w trakcie czytania. Konstrukcja powieści jest naprawdę znakomita. Jedyne, co mi przeszkadzało to narracja w drugiej osobie. Pewnie to specjalny zabieg polegający na tym, że Jasmin opowiada wszystko od początku zaginionemu Staszkowi , a tym samym i czytelnikowi, ale ja akurat tego typu narracji nie lubię. Całe szczęście to, co Jasmin ma do przekazania jest na tyle niezwykłe, że czyta się szybko i ciężko odłożyć książkę choćby na chwilę.

Małgorzata Warda doskonale przedstawiła sytuację związaną z zaginięciem oraz to, co mogą czuć bliscy i znajomi, którzy szukają zaginionego. Pokazuje, co może się kryć w zakamarkach ludzkiej duszy i jak bardzo nie znamy ani siebie samych, ani tych, którzy są nam bliscy.

Bardzo polecam tę powieść. Emocje na miarę najlepszego thrillera.

Książkę zaliczam do wyzwań:
Wyzwanie osobiste - Lista nr 4
Z literą w tle - sierpień: V/W

piątek, 26 lipca 2013

54/2013 Legendy maoryskie - Anna Janiec-McLaughlin, Monika Riddell

Novae Res 2013
80 stron
Literatura polska
Gatunek: legendy

Książeczka Legendy maoryskie to mini-podręcznik do legend :-) Nic, tylko żałować, że takiego przedmiotu nie naucza się w szkołach.

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wszelkiego rodzaju baśnie, bajki, legendy i co jakiś czas serwuję sobie takie chwile powrotu do czasów dzieciństwa, gdy nadarzy się okazja ;-) Tym razem dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res trafił do mnie zbiorek legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie wśród Maorysów, grupy etnicznej zamieszkującej Nową Zelandię. Legendy postanowiły spisać i spopularyzować polskie autorki i chwała im za to, bo pomysł jest cudowny.

Postacie występujące w legendach maoryskich są bardzo charakterystyczne dla bajek i baśni - bogowie, półbogowie, nimfy, potwory, dzielni śmiałkowie, a podejmowane tematy wspólne dla wielu znanych nam mitologii - nieprzewidywalne procesy zachodzące w przyrodzie, bogactwa natury, pochodzenie gór i wysp, ‘oswojenie’ ognia, miłość. Wszystko dzieje się w przenikających się rzeczywistościach: świecie bohaterów baśni i świecie ludzi.

Zbiorek legend maoryskich, choć niewielkich rozmiarów, jest bardzo starannie zaprojektowaną książeczką, ze świetnie dobranymi ilustracjami Nowozelandki Taluli Hodder. Doskonałym pomysłem autorek było zamieszczenie elementów ułatwiających przyswojenie treści - listy zasad wymowy obowiązujących w języku maoryskim oraz słownika pojęć, który ułatwi poznanie słów, które mogą okazać się trudne lub nowe dla młodych czytelników, a przede wszystkim zestaw ćwiczeń sprawdzających rozumienie tekstu i przyswojenie wiadomości podanych w legendach. Bardzo mi się podoba ten pomysł, bo ćwiczenia i pytania pozwalają na głębsze zastanowienie się nad interpretacją legend oraz na dyskusję o każdej z nich.

Uważam, że to bardzo wartościowa książka. Polecam starszym i młodszym czytelnikom. ;-)


Dziękuję wydawnictwu Novae Res za egzemplarz recenzencki.

piątek, 12 lipca 2013

52/2013 Kłamstewka i kłamstwa – Monika Orłowska

Wydawnictwo Replika, 2013
228 stron
Literatura polska
Gatunek: powieść obyczajowa

Po przeczytaniu trzeciej książki Moniki Orłowskiej upewniłam się, że mogę sięgać w ciemno po książki tej autorki.Choć dwie poprzednie powieści Cisza pod sercem i Adam i Ewy podobały mi się bardziej, to Kłamstewka i kłamstwa  pozwoliły mi się zrelaksować. Tematyka jest tym razem zupełnie inna i kaliber problemów nieco lżejszy

Tym razem autorka nie skupiła się na jednym wiodącym problemie, ale uczyniła bohaterem powieści całą grupę mieszkańców krakowskiego osiedla, z których każdy zmaga się na swój sposób z codziennością. W grupie mieszkańców znaleźli się przedstawiciele przeróżnych zawodów, ludzie w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach i upodobaniach – krótko mówiąc przekrój polskiego społeczeństwa. Ci, którzy mieszkają na opisywanym osiedlu od pokoleń, wcale nie patrzą łaskawym okiem na ludność napływową zamieszkującą nowszą część osiedla. Wręcz przeciwnie – dochodzi do różnych mało przyjemnych sytuacji. Nic nie uchodzi uwadze „Wielkiego Brata”, w którego wciela się niepozorna pani Alicja, z zawodu onkolog dziecięcy, której obserwacje stanowią jedną z płaszczyzn narracyjnych.


Monika Orłowska po raz kolejny pokazuje, że ma doskonały zmysł obserwacyjny i poczucie humoru. Bardzo mi też odpowiada język, jakim napisana jest ta powieść - to inteligentny dowcip okraszony szczyptą ironii. O ile bohaterowie nie wydają się potraktowani zbyt wnikliwie, zostali przedstawieni w sposób na tyle charakterystyczny, że obraz społeczeństwa, jaki się wyłania, wydaje się całkiem realny. Autorce naprawdę udało się wyłapać to, co istotne. Udało jej się bardzo wyraźnie pokazać, że  w życiu współistnieją obok siebie dobro i zło. Niezależnie od sytuacji społecznej, wieku, pochodzenia, zawodu wszyscy mają do czynienia z hipokryzją, nieuczciwością, zazdrością, zdradą, ale i na szczęście wszystkich dotyczy też to, co dobre: współczucie, dobroć, wielkoduszność, miłość.


Choć kłamstwem się brzydzę i choć udało mi się przewidzieć, kto stoi za niecnymi czynami, których skutki dotknęły mieszkańców osiedla, to sposób, w jaki zostały zaserwowane kłamstwa i kłamstewka sprawił, że obcowanie przez chwilę z mieszkańcami krakowskiego osiedla było dla mnie dużą przyjemnością ;-) 


Dziękuję  bardzo za egzemplarz recenzyjny wydawnictwu Replika, a Monice za książkę z dedykacją :-)


czwartek, 13 czerwca 2013

51/2013 Już nic nie muszę - Stefania Grodzieńska

Współpraca: Beata Kęczkowska
Akapit Press

Łódź 2010
176 stron
Gatunek: autobiografia

Czasem mi się wydaje, że chciałabym kiedyś móc powiedzieć, że już nic nie muszę. Ale jeszcze nie czas ;-) Na razie całkiem lubię ‘musieć’.

Książka Stefanii Grodzieńskiej o przewrotnym tytule Już nic nie muszę została napisana, kiedy autorka miała 86 lat! Nic dziwnego, że na pytanie ciekawskich dziennikarek: „Co pani ma na warsztacie?”, miała ochotę odpowiadać: „Droga pani. Czy w osiemdziesiątym szóstym roku życia muszę mieć coś na warsztacie? Otóż już nic nie muszę!”. [str. 6]


Stefania Grodzieńska (zm. 2010) to przedstawicielka powojennych artystów, pokolenia, które mnie fascynuje; to kobieta emanująca swoistą elegancją i klasą, podchodząca do siebie z ogromnym dystansem, a do życia z humorem. Pierwszy jej skecz, który usłyszałam gdzieś w radiu i ubawiłam się po pachy, to był dialog Co byś zrobił, gdybym umarła?. Dlatego też z ogromną przyjemnością sięgnęłam po książkę przybliżającą sylwetkę tej wszechstronnej kobiety: aktorki, tancerki, satyryka, felietonistki, spikerki. Jest to garść wspomnień rodzinnych, osobistych i zawodowych kobiety bezpośrednio związanej z  powojennym światem artystyczno-kulturalnym, czynnie uczestniczącej w jego wydarzeniach przez około siedemdziesiąt lat.


To, co ujęło mnie najbardziej, to fakt, że choć życie Stefanii Grodzieńskiej nie było usłane różami, to umiała opowiadać o nim z ogromnym poczuciem humoru i potrafiła wydobyć ze wspomnień to, co dobre. Chwyciło mnie za serce to, że Stefania potrafi bez żalu i urazy wspominać swoją matkę, przez którą została odesłana „na wychowanie” do babci. Podobały mi się też wspomnienia dotyczące jej dziadka, a właściwie drugiego męża babci, z którym łączyła ją niesamowita przyjaźń. Najczulsze wspomnienia odnoszą się do męża Stefanii Grodzieńskiej – Jerzego Jurandota. Autorka wspomina też niezwykle ciepło osoby, które zapisały się na kartach historii tamtych czasów, a z którymi łączyła ją przyjaźń: Jana Brzechwę, Władysława Kopalińskiego, Janusza Minkiewicza. 


Bardzo mi się podobała ta nietypowa autobiografia okraszona wieloma zabawnymi scenkami z życia autorki, wspominkami, wierszami. Odpowiada mi ten typ humoru. Przeczytałam tę książkę „za jednym zamachem”. I Wam też polecam.

Wyzwania: Z literą w tle (kwiecień - G), Z półki

środa, 15 maja 2013

44/2013 Planeta według Kreta - Jarosław Kret

Wydawnictwo Naukowe PWN
Warszawa 2011
280 stron
Literatura polska
Gatunek: literatura podróżnicza

Po zwiedzeniu Polski z Jarosławem Kretem przyszedł czas na zwiedzenie całej planety ;-)
Przeczytałam Planetę według Kreta i mam wrażenie, że przejechałam kawał świata.

Jarosław Kret, znany dziennikarz, który zwiedził mnóstwo przeróżnych zakątków naszej planety, podzielił się swoimi wrażeniami z licznych podróży nie tylko "na wizji" w programie pod tym samym tytułem, ale również na kartach książki. I bardzo dobrze. Dzięki tej podróży (szkoda że tylko palcem po mapie) ;-) mogłam odwiedzić takie miejsca, w których prawdopodobnie nigdy się nie znajdę. Ot, taki Mauritius na przykład... O ile Austria i Włochy, wspomniane na początku książki, są osiągalne, o tyle prawdopodobieństwo zwiedzenia takich miejsc jak Izrael, Jordania, Syria
, Liban, Tunezja, Maroko, Malediwy, Madagaskar, Argentyna, Chile, Brazylia czy wspomniany Mauritius, maleje wraz z odległością. Dlatego takie wspomnienia są dla mnie niezwykle interesujące

Spokojnie więc przełknęłam wszelkie niedociągnięcia stylu wypowiedzi autora, przepuszczone błędy korektorskie, brak bibliografii mimo zawarcia cytatów z książek (książki?) Arkadego Fiedlera, ponieważ ilość informacji oraz staranne wydanie uzupełnione mnóstwem zdjęć wszystko zrekompensowały i sprawiły, że ogólne wrażenie mam całkiem dobre. Czytałam już wcześniej Polskę według Kreta, więc gawędziarski ton (a raczej język zbliżony do języka mówionego), jakim posługuje się autor, już mnie nie zaskoczył. Opowiastki są nawet ciekawe i w niektórych miejscach zabawne, przedstawione z dystansem do samego siebie i bez większego nadęcia.  

Jeśli jednak szukacie czegoś „naukowego”, co sugerowałaby nazwa wydawnictwa, to w tej książce tego nie znajdziecie, bo jest to po prostu zbiór luźnych, osobistych odczuć i przeżyć z podróży w egzotyczne miejsca, do których większość z nas – przeciętnych ludzi – nigdy nie pojedzie. Gdyby jednak los kogoś zaprowadził do któregoś z tych krajów, to jak najbardziej można skorzystać z informacji o miejscach polecanych do zwiedzenia, o panujących zwyczajach, o mieszkańcach, tym bardziej że często są tam wskazówki, jakich nie znajdziemy w klasycznych przewodnikach.


Książkę zaliczam do wyzwania W prezencie - litera P.


Dziękuję za książkę Wydawnictwu naukowemu PWN.

wtorek, 14 maja 2013

43/2013 Tym razem serio. Opowieści prawdziwe - Małgorzata Musierowicz

Wydawnictwo Akapit Press
Łódź 1995
93 strony tekstu plus zdjęcia
Literatura polska
Gatunek: mini-autobiografia ;-)


Ileż ja się naszukałam tej książki!

Nie chodzi o to, że zginęła mi w jakimś książkowym bałaganie – zdecydowanie nic z tych rzeczy. Chodzi o bezskuteczne poszukiwania na allegro, w antykwariatach itp. Po prostu zawsze chciałam przeczytać autobiografię  autorki książek, na których się wychowałam i do których wracam może nie często, ale ciągle ;-) Z odsieczą przybyła Imani, która wypożyczyła mi Tym razem serio, czym sprawiła mi niesamowitą frajdę. Dziękuję :-)

Uzupełniłam więc sobie wizerunek autorki o elementy biograficzne, chociaż powiem szczerze... czuję lekki niedosyt. Poczułam go już w momencie, kiedy zobaczyłam cieniutką książeczkę zamiast opasłego tomiska, co nie zmienia faktu, że przeczytałam ją z ogromną przyjemnością i z ciekawością. I tak naprawdę to, mimo że oczekiwałam większej objętościowo książki, bez problemu udało mi się stworzyć wyobrażenie o rodzinie pani Małgorzaty, wejść w świat jej wartości, poczuć rodzinną atmosferę wzajemnego szacunku i miłości, a także podelektować się dykteryjkami i anegdotami wziętymi z życia. Tak że kolejny raz potwierdza się to, że nie ilość, ale jakość się liczy.

Małgorzata Musierowicz napisała w zakończeniu, że „Nikt nie jest dziełem wyłącznie samego siebie. Na to, kim jesteśmy i czegośmy dokonali, składa się suma świateł i suma cieni, którymi obdarzyli nas wszyscy ludzie, przesuwający się przez naszą drogę [str. 93]” i zgodnie z tym podejściem napisała bardziej o innych niż o sobie. A jeśli już o sobie, to w odniesieniu do innych ludzi, którzy byli dla niej ważni – babcia Weronika, mama Zofia, ciocia Lucia, brat Stanisław Barańczak, wyjątkowi nauczyciele (Marian Węgrzynowicz, Czesław Latawiec), redaktorki (Danuta Sadkowska, Elżbieta Jasztal-Kowalska). To przez pokazanie relacji, jakie łączyły panią Małgorzatę z opisanymi w książce osobami, można dowiedzieć się wiele o autorce. 


Świetne jest też to, jak wyraźnie widać, po kim niektórzy bohaterowie Jeżycjady przejęli swe cechy charakterystyczne. Na przykład pamięć o swym nauczycielu polskiego Czesławie Latawcu autorka przekazała swoim czytelnikom dzięki postaci profesora Dmuchawca ;-) Cudne!

Książka została wydana w 1994 roku, więc już lata temu, i od tamtej pory nie była wznawiana. Sama autorka informowała czytelników na swojej stronie, że niewznawianie autobiografii to jej świadoma decyzja, bo uważa książkę za zbyt powierzchowną, a niektóre opowiedziane wydarzenia zasługują na więcej uwagi.

Zdecydowanie polecam tę niedużą objętościowo, ale pełną optymizmu książeczkę wszystkim fanom Jeżycjady i Małgorzaty Musierowicz. A mój niedosyt wynika wyłącznie z tego, że mogłabym czytać na okrągło to, co Małgorzata Musierowicz ma do opowiedzenia.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie - litera T.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

42/2013 Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Saga o Gutowie, tom 1.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2010
472 strony
Literatura polska
Powieść obyczajowa

Przeczytałam wreszcie pierwszy tom popularnej sagi Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy i - szczerze powiem  - moja pierwsza reakcja była taka, że chciałam tupnąć nogą i krzyknąć „A widzisz! Tak to jest!”.  Tak to jest, jak się człowiek na coś nastawi. Tak to jest, jak człowiek porównuje. Tak to jest, jak się człowiek naczyta pozytywnych recenzji i stworzy sobie nie wiadomo jakie wyobrażenie o książce...

Po przeczytaniu pierwszej części Cukierni stwierdzam, że nie dołączę do grona czytelników zauroczonych do granic możliwości tą serią Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, co nie znaczy, że książka mi się  nie podobała. Podobała się, ale nie rzuciła na kolana. Po przeczytaniu tylu recenzji wyrażających zachwyt, po ocenach, jakie książka dostała na LC, oraz po lekturze książki Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich byłam pewna, że – podobnie jak w przypadku Podróży – nie będę mogła oderwać się od książki, że będzie fascynująco, wręcz idealnie. A ja czytałam, czytałam i skończyć nie mogłam... Być może zrekompensują to kolejne tomy. Jak na razie pierwszy tom Cukierni trochę mnie znudził.


Przede wszystkim zaskoczyła mnie liczba bohaterów. Na początku byłam przytłoczona i nieco zdezorientowana, ale znalazłam metodę na to, jak uporządkować sobie wydarzenia rozgrywające się w XIX wieku i w XX wieku. Otóż, pozwoliłam sobie na mały eksperyment – dwie trzecie książki przeczytałam nie w kolejności proponowanej przez autorkę, ale chronologicznie i przyznam, że zadziałało to na korzyść – wszystko sobie poukładałam, przyjrzałam się drzewu genealogicznemu, a co najważniejsze, zauważyłam, z jakim rozmachem autorka podeszła do tematu. Mam nadzieję, że ten potencjał zostanie wykorzystany w kolejnych tomach Cukierni oraz kolejnej "odnogi" Podróży do miasta świateł. I choć uważam, że pierwsza część Cukierni jest świetną pozycją wyjściową do snucia kolejnych opowieści, to tajemniczy wątek zaginionego pierścienia nie wydał mi się zbyt porywający.


Dużym plusem jest fakt, że widać, że mamy do czynienia z autorką doskonale przygotowaną do tego, aby umiejętnie oddać klimat dziewiętnastowiecznej Polski, zaznajomić czytelnika  ze zwyczajami i konwenansami panującymi we dworach, przedstawić sytuację kobiet, zarysować tło historyczno-obyczajowe, a dodatkowo posługującej się doskonałym językiem, więc czyta się z przyjemnością i jest to bardzo kształcąca lektura.


Sięgnę więc po następne tomy Cukierni, bo ciekawi mnie, jak autorka wykorzysta to, co w Zajezierskich
nakreśliła z taką starannością i dbałością o szczegóły. Ale to dopiero za jakiś czas... 

Książkę tę zaliczam do wyzwań:
Trójka e-pik jako książkę, w której motyw kulinarny odgrywa ważną rolę
Z literą w tle - litera G
Z półki
Wyzwanie osobiste - Lista nr 4: Ileż można zwlekać...



wtorek, 23 kwietnia 2013

39/2013 Gdzie jest wydra? - Dorota Sidor

Ilustracje: Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2012
80 stron
Literatura polska
Gatunek: literatura dla dzieci

Nie bez przyczyny postanowiłam dzisiaj, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, zaprezentować książkę dla dzieci Gdzie jest wydra? czyli śledztwo w Wilanowie Doroty Sidor. Chcę się w ten sposób przyłączyć do świętowania razem z Dorotą, która została wczoraj laureatką Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Co to oznacza? Oznacza to, że nazwisko mojej debiutującej koleżanki znalazło się wśród nazwisk znamienitych twórców, takich jak Leopold Staff, Tadeusz Boy-Żeleński, Miron Białoszewski, Jerzy Waldorff, a z dnia wczorajszego obok Kazimierza Orłosia czy Joanny Kulmowej. 

Dorotko, jestem z Ciebie baaaardzo, baaaardzo dumna i z całego serca gratuluję!!!

A wydra? Szalone zwierzątko króla Jana III Sobieskiego zostało obrane na bohaterkę książeczki dla dzieci, której celem jest zapoznanie maluchów z życiem i ze zwyczajami w pałacu w Wilanowie za czasów króla Jana III Sobieskiego. Porządna garść historii, atmosfera siedemnastowiecznego życia rodziny królewskiej, słownictwo związane z tamtymi czasami, a nawet nieco francuzczyzny ;-) zostały zręcznie wplecione w tę opowieść, aby przybliżyć dzieciom realia życia pałacowego. Cała historia zaprezentowana została w zabawny i niezwykle przystępny sposób. Książka jest napisana tak, że można ją czytać kilkanaście razy i nie będzie to nudne, zawiera bowiem kilka historii, a czytelnik samodzielnie wybiera, którą z nich chce śledzić. Angażując się w poszukiwanie zaginionej wydry razem z wybranym bohaterem, sam decyduje o dalszej akcji. Sądzę, że dla dzieci taka interaktywność jest bardzo zajmująca. Sama nieźle ubawiłam się, biegając za wydrą po rezydencji w Wilanowie za Pupunią, Fanfanikiem, Murmurkiem i Minionkiem :-)
 
Dodam jeszcze, że książka jest przecudnie wydana. Ilustracje Aleksandry i Daniela Mizielińskich są doskonałe. Układ treści też świetny - w każdym momencie, kiedy czytelnik musi podjąć decyzję co dalej, otrzymuje listę opcji, w których ikonka z paluchem pokazuje mu, na którą stronicę książki należy się udać, aby prowadzić śledztwo zgodnie ze swoim wyborem. Wszystkie wyjaśnienia terminów, które zostały zamieszczone poza tekstem głównym, zostały w tekście podkreślone, a często również przedstawione za pomocą rysunków. Jest też plan rezydencji wilanowskiej oraz plan pałacu z ówczesnych czasów, więc czytelnik nie ma jak się pogubić. 

Śledztwo w Wilanowie w poszukiwaniu królewskiej wydry to naprawdę kształcąca, ciekawa przygoda :-) Polecam nie tylko najmłodszym ;-)

piątek, 5 kwietnia 2013

34/2013 Pozłacany róg - Doda Około-Kułak


Novae Res
Gdynia 2013
Literatura polska
Gatunek: saga z historią w tle

W ramach porządkowania wiedzy historycznej oraz bezbolesnego uzupełniania braków z historii, do których przyznaję się bez bicia, uznałam za świetny sposób sięganie po książki, których akcja rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych. Dlatego po przeczytaniu w opisie książki, że „w tle dzieje się historia: rewolucja krakowska, rzeź galicyjska, proces moabicki, powstanie styczniowe”  bez wahania zdecydowałam się na przeczytanie nowości wydawnictwa Novae Res Pozłacany róg. Na podstawie opisu wyobraziłam sobie też, że ilość historii nie będzie przytłaczająca, bo „uwaga autorki skupia się bowiem na losach pojedynczych osób, a przede wszystkim kobiet”. Mam jednak wrażenie, że ów opis na okładkę - bardzo ładną zresztą - został napisany przez kogoś, kto po tę książkę w ogóle nie sięgnął.

Ja również nie powinnam się za bardzo wypowiadać, bo książki nie skończyłam czytać i niestety  żadną miarą  nie dam rady tego zrobić. Po zaciętej walce przeczytałam prawie 200 stron na 500... 

Napiszę jednak parę słów wyjaśnienia, skąd taka niechęć -  narracja jest mocno nużąca, dużo opisów; fakty przedstawione tak, że nie bardzo wiedziałam, o co właściwie chodzi; obiecana w opisie psychologiczna głębia postaci – niedostrzegalna; język stylizowany na dawny – dla mnie denerwujący. Jak dołożyć do tego fakt, że jeśli już - zgodnie z opisem - na horyzoncie pojawia się kobieta, to na ogół kończy w łożu jakiegoś jegomościa. Jestem zawiedziona mylącym opisem, choć wiem, że nikt nie napisze na okładce, że książka jest nudna. Po co jednak pisać o psychologicznej głębi bohaterów, skoro zostali oni potraktowani wyjątkowo powierzchownie? Dawno nie miałam do czynienia z tak spłyconym obrazem bohaterów. A z historii stawiam sobie pałę, bo braków nie nadrobiłam, a opisy wydarzeń mnie usypiały.  Nie jestem w stanie dalej tego czytać. Kompletnie nie moja bajka.

Dziękuję bardzo wydawnictwu Novae Res za egzemplarz recenzencki.


sobota, 16 marca 2013

31/2013 Podróż do miasta świateł - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2012
480 stron
Literatura polska
Gatunek: powieść z historią w tle


Cukierni pod Amorem to chyba tylko ja nie czytałam... Mimo to nie od Cukierni postanowiłam rozpocząć zapoznanie się z twórczością Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, ale od pierwszej części Podróży do miasta świateł. Powód? Przyszły tydzień mam spędzić w Paryżu. Będę tam po raz pierwszy w życiu i bardzo się z tego cieszę. I choć klimat dzisiejszego Paryża pewnie nie ma zbyt wiele wspólnego z realiami dziewiętnastowiecznego miasta świateł, to chciałam przeczytać coś z Francją w tle. Dostałam wiele więcej niż oczekiwałam. I wcale nie o sam Paryż tu chodzi.

Chodzi o stworzenie wyrazistych, charakterystycznych postaci, nawet tych drugoplanowych, a także o niesłychaną wiarygodność, która sprawia,  że ma się wrażenie, że Małgorzata Gutowska-Adamczyk mieszkała w dziewiętnastowiecznym Paryżu, obserwowała początki impresjonizmu, doświadczyła, jak to jest być emigrantką skazaną na życie na obczyźnie, jak matka Róży... :-). Podobało mi się splatanie się wątków z przeszłości i teraźniejszości, które, choć prowadzone oddzielnie, układają się w zręczną całość. 


Główną postacią w wątku osadzonym we współczesności jest Nina Hirsch, która jako historyk sztuki zostaje poproszona o wycenę obrazu namalowanego prawdopodobnie przez Różę z Wolskich, która z kolei jest postacią dominującą w wątku dziewiętnastowiecznym. Choć kobiety dzieli potężny kawał czasu, to łatwo dostrzec, że są w pewien sposób do siebie podobne. Historie obu pań potwierdzają, że różnica pokoleń zawsze była, jest i będzie. Ani Nina, ani Róża nie umiała dogadać się ze swoją matką. I choć bohaterów jest sporo, to tytułowa Róża z Wolskich jest tu postacią najważniejszą. Nina wypada przy niej blado, ale tak chyba właśnie miało być – w końcu książka jest o Róży. A Róża? Róża Wolska to niezwykle barwna postać. Poznajemy ją, kiedy jest małą dziewczynką i obserwujemy, jak dorasta i przemienia się w niezależną, odważną kobietę, która decyduje się iść pod prąd, żyć zgodnie z tym, co podpowiada jej serce, nie rezygnować z zamiłowań, a także rozwijać swój talent, choć na ówczesne czasy bycie malarką nie było uważane za odpowiednie dla kobiety.

Wiadomo też, że Paryż bez miłości nie byłby Paryżem, więc  i takich wątków należy się spodziewać. I spokojnie można też zgłosić tę książkę jako pasującą do wyzwania Trójki e-pik w kategorii ‘książka z wątkiem nieszczęśliwej miłości’, co niniejszym czynię.


Nie spodziewałam się, że Podróż do miasta świateł okaże się tak świetną lekturą! Rozpoczynając czytanie, nie wiedziałam, że będzie to pierwsza część z serii. Wiem, ze na niej nie poprzestanę. 


Wyzwanie Z półki

Wyzwanie Trójka e-pik: książka z wątkiem nieszczęśliwej miłości

Wyzwanie osobiste Lista nr 4 'Ileż można zwlekać...'

niedziela, 10 marca 2013

28/2013 Moja Islandia - Magdalena Anna Węcławiak

Novae Res
Gdynia 2013
72 strony
Literatura polska

Ta niepozorna, bo licząca zaledwie 72 strony książeczka, to niezwykle ciekawe, osobiste spojrzenie na  niezbyt odległą, zimną wyspę, cieszącą się coraz większą popularnością nie tylko wśród Polaków. Dla mnie „a must” do zwiedzenia kiedyś, kiedyś... – mam nadzieję.

O Islandii przeciętny Polak wie niewiele – długa zima, lodowce, wulkany, gorące źródła, trudny język, mało ludzi. Wszystko prawda, ale to, co napisałam, to wielkie uproszczenie. To kraj przyjaznych ludzi, niespiesznego życia, zdrowego klimatu, poczucia bezpieczeństwa, braku stresu. To jeden z najdroższych krajów europejskich. I jeden z najzimniejszych - na „ciepłe” wakacje jeździ się do... Danii. To kraj lubiany przez Polaków – wielu z nich zdecydowało się osiedlić tam na stałe. Naszych rodaków jest tam już tak wielu, że nawet na stronach banków są dla nich zamieszczane informacje po polsku. :-) Marzyłoby mi się, aby jechać tam i utknąć w korku nie z nadmiaru samochodów, ale z powodu... owiec, których jest tam sporo więcej niż ludzi. ;-)


Z jednej strony z ogromną przyjemnością przeczytałam książkę Magdaleny Anny Węcławiak, która założyła w Islandii rodzinę i mieszka tam już około dziesięciu lat. Z drugiej jednak strony jestem rozczarowana gabarytami tej książki – to jest jedynie nieco ponad siedemdziesiąt stron... i to jest sam tekst. W książce o obcym kraju nie ma ani jednego (!) zdjęcia. Mam więc wrażenie, że to coś w rodzaj przystawki i spodziewam się teraz równie dobrego dalszego ciągu bądź uzupełnienia. 


Spodziewałam się czegoś w rodzaju reportażu o życiu Islandczyków, większej ilości informacji o ciekawych miejscach, tradycjach. Jest krótkie spojrzenie na rzeczywistość – jakże różną od naszej, parę wskazówek dla turystów, trochę osobistych spostrzeżeń, kilka słów o mentalności Islandczyków, ale to wszystko mało... Zdecydowanie poproszę o więcej. Pewnie nie tylko ja przeczytam (i pooglądam!) z przyjemnością. Takie osobiste spojrzenie to naprawdę świetny sposób na przybliżenie polskim czytelnikom codziennego życia w Islandii.


Dziękuję serdecznie wydawnictwu Novae Res za egzemplarz recenzencki.

środa, 6 marca 2013

26/2013 Ten obcy - Irena Jurgielewiczowa

Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2010
256 stron
 Literatura polska
Gatunek: powieść dla młodzieży

Ten obcy to jedna z lektur uważanych za najciekawsze. W pełni podzielam to zdanie. Przeczytałam ją z wielką przyjemnością.

Przed chwilą przeczytałam, że Irena Jurgielewiczowa żyła w latach 1903, a zmarła w 2003, co znaczy, że żyła sto lat! Myślę, że jako pedagogowi, było jej przyjemnie, gdy patrzyła na kolejne pokolenia wychowujące się 'na jej książkach'. Nie wiem, jak inne książki Jurgielewiczowej, bo jeszcze nie czytałam, ale Ten obcy  przepełniony jest treściami porządkującymi młodemu człowiekowi świat wartości. I choć minęło już tyle lat od ukazania się pierwszego wydania tej powieści (1961), to, na co autorka zwraca uwagę jest wciąż aktualne. To nieistotne, że wśród młodych chłopaków nie znajdziemy raczej chłopców o imieniu Marian czy Zenek. Nieważne, że obecnie rzadko kto bawi się w wymianę znaczków, kręci kogel-mogel czy używa słomianki. Nieważne też, że niektóre sformułowania językowe nie są już używane (zafrasowało się jeszcze bardziej... [155], dokończył ze zgnębieniem [159], skądeś się tu wziął [176]). Najważniejsze, że  podstawowe wartości  pozostają niezmienne. Wciąż stawiamy na przyjaźń, uczciwość, odwagę, szczerość. I niech tak zostanie jak najdłużej. A Ten obcy niech nie znika z listy lektur, bo to niezwykle wartościowa powieść.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Niezapomniane lektury z dzieciństwa - klasa 5.

wtorek, 5 marca 2013

25/2013 Blogostan - Joanna Opiat-Bojarska

Wydawnictwo Replika 2012
308 stron
Literatura polska
Gatunek: literatura wagonowa

 Przeczytałam i... przeraziłam się. Przede wszystkim przeraziłam się sugestią, że tak wygląda codzienność. Owszem, faktem jest, że Internet dla wielu osób urósł do rangi bóstwa, a wirtualny świat przez niejedną osobę uważany jest za ten właściwy. Fakt, że blogosfera kwitnie obficie – blogów o różnorodnej tematyce jest od groma i ciut ciut. Prawdą jest też to, że bez wyznaczania sobie granic, można by w Internecie utonąć. I to właśnie przytrafiło się Sylwii – bohaterce Blogostanu, której życiowa postawa była kolejnym elementem, który wywołał moje przerażenie. 

Sylwia to młoda kobieta, niedojrzała emocjonalnie, szukająca swojego miejsca na ziemi, próbująca wykazać się w pracy, usiłująca poukładać sobie życie z facetem, który kompletnie na to nie zasługuje. Lekarstwem na wewnętrzne zmagania ma być blog, który Sylwia zaczyna pisać, dzieląc w ten sposób swoje smutki z całym światem. Nakręca się więc dziewczyna z dnia na dzień coraz bardziej, zyskuje nieprawdopodobnie dużo czytelników w niemożliwie krótkim czasie i wchodzi w to bez reszty, kontrolując blog co chwila, ale nie kontrolując siebie. Co mnie w niej tak przeraziło? To, że jak na „zwyczajną” młodą kobietę jest zbyt pusta, zbyt naiwna, zbyt ... głupia po prostu, żeby była prawdziwa. Szczerze powiedziawszy, nie spotykam na co dzień wśród młodych ludzi tak bezmyślnych osób, ale pewnie i takie istnieją. Dlatego nie zgadzam się z tym, co podane jest w opisie na okładce: „ciekawa bohaterka, życiowe problemy, codzienność...”. Bohaterka jest – mówiąc krótko i eufemistycznie - niemądra. Życiowe problemy ... – czy ja wiem? Niejeden chciałby mieć tylko takie. Codzienność... – na pewno nie moja. Może tak wygląda codzienność dwudziestokilkuletnich kobiet - nie wiem. Jeśli tak, to współczuję. 

Nie wiem, co prawda, do jakiej grupy czytelniczej adresowana jest ta powieść, ale odradzałabym ją nastolatkom, no chyba że ich zadaniem miałoby być poznanie niewłaściwych wzorców i zaobserwowanie, jak bardzo można nie mieć pomysłu na rozwiązanie swoich problemów. 

Nie jest też tak, że nie podobała mi się wyłącznie bohaterka i jej postawa. To na pewno. Nie dostrzegam też wartości w stylu, jakim posługuje się autorka, ani w dialogach, ani w konstrukcji powieści. Styl jest niewymagający, dialogi na miarę bohaterów, a konstrukcja niezaskakująca.

Może wzięłam tę książkę zbyt dosłownie, ale naprawdę trudno mi było doszukać się w niej powodów do zamyślenia. Dziwię się, że zebrała kilkanaście pozytywnych recenzji, którymi kierowałam się w swoim wyborze. Ciekawa jestem zamysłu autorki co do zakończenia. Pozostaje mieć nadzieję, że miało być przestrogą, a nie podpowiedzią. Nie odpoczęłam przy tej książce, nie bawiła mnie, nie wzruszyła, niczego nie nauczyła. Ale emocje wywołała. Tyle że negatywne. Naprawdę jest wiele innych wartościowych książek. Nie chciałabym, aby tacy bohaterowie jak Sylwia wkradali się w moje czytelnicze życie. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika.

czwartek, 28 lutego 2013

23/2013 Singapur. Czwarta rano - Marcin Bruczkowski

Wydawnictwo Rosner i Wspólnicy
Warszawa 2005
352 strony
Literatura polska
Gatunek: powieść

No cóż... Wiwatów nie będzie. Zdając sobie sprawę z tego, ile kosztowała książka Marcina Bruczkowskiego Bezsenność w Tokio, zanim pojawiło się jej kolejne wydanie, spodziewałam się, że powieść Singapur. Czwarta rano, którą jakimś cudem udało mi się upolować i nie zbankrutować, rzuci mnie na kolana. Tymczasem zmęczyła mnie tylko. Doczytałam ją do końca tylko i wyłącznie dlatego, że liczyłam na to, że w jakimś momencie będzie jakiś zwrot akcji i coś się zacznie dziać oraz że zagłębię się w singapurskich klimatach. Przeliczyłam się. Książka jest nudna od początku do końca.

Bohaterem jest Paweł – Polak, który mieszka i pracuje w Singapurze. Jego pasją jest muzyka oraz granie na perkusji. Wraz z kilkoma muzykami amatorami próbuje realizować swoją pasję, grając w zespole. Singapuru jako takiego jest w książce nie za wiele – jest tłem mniej lub bardziej istotnych wydarzeń w życiu Pawła. Bruczkowski usiłował pokazać życie w tym niewielkim państwie azjatyckim od strony przeciętnego mieszkańca, który zmaga się z codziennymi problemami, ale – moim zdaniem - średnio mu to wyszło. Owszem, ukazanie rzeczywistości z perspektywy Pawła pozwala spojrzeć na Singapur inaczej niż tylko z perspektywy turysty, który w trakcie zwiedzania wielu z tych aspektów nie ma jak poznać, ani doświadczyć, ale w zasadzie nie jest to nic szczególnego. Może ze dwie-trzy informacje były dla mnie nowe. Jedyne, co mi się spodobało, to zabawa językowa polegająca na tłumaczeniu języka singielskiego, czyli angielskiego w singapurskim wykonaniu. Cała reszta – fabuła, terminologia muzyczna, bohaterowie – po prostu nudne.

Spodziewałam się, że po przeczytaniu tej książki moje zauroczenie Singapurem sięgnie zenitu, że znajdę się ponownie w miejscach, które dane mi było zobaczyć i że odświeżę wspomnienia. Nic takiego nie nastąpiło...Nie omieszkam jednak sprawdzić w przyszłości, czym Bezsenność w Tokio zasłużyła sobie na niesłabnącą popularność.

Wyzwanie osobiste (luty/2013) Lista nr 4: Ileż można zwlekać...
oraz wyzwanie Z półki

 

czwartek, 14 lutego 2013

19/2013 Anielska pomyłka – Barbara Kowalczyk-Hoyer

Novae Res
Gdynia 2013
218 stron
Literatura polska
Gatunek: powieść obyczajowa z nieziemską zagadką ;-)

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam anioły i aniołki :-) Dlatego tytuł Anielska pomyłka oraz opis książki przykuły moją uwagę. Gorzej było, kiedy zobaczyłam książkę w realu: tytuł na okładce otoczony anielskimi skrzydłami, jakiś dziwny obrazek na okładce, zaśnieżony górski szczyt na tylnej okładce – lekko zalatywało kiczem, a tu, proszę, rewelacyjna zawartość w umiarkowanie atrakcyjnym opakowaniu.

Nie jest to powieść o życiu anielskich zastępów, ani o życiu w niebie, choć poznajemy pewne struktury „anielskiego świata”, które mają wpływ na ziemskie życie. To całkiem życiowa historia, zresztą wcale niełatwa. Główna bohaterka, Maja, to czterdziestoletnia kobieta, mocno doświadczona przez życie. Jej mąż Paul i mała córeczka Laura zginęli w katastrofie lotniczej dziewiętnaście lat temu... Taka strata nigdy nie zostanie wymazana z serca. Maja układa sobie dalej życie – zakłada nową rodzinę i stara się żyć najlepiej, jak umie. Poznajemy ją i jej drugą rodzinę – męża Michała oraz dzieci Amelkę i Tomka – kiedy przebywają na świątecznym wypoczynku w alpejskiej wiosce. W ułamku sekundy spokój Mai zostaje zmącony – wśród tłumu podążających na pasterkę Maja widzi przez chwilę Paula... Złudzenie? Chora wyobraźnia?  Duch przeszłości? Wystarczyła tylko chwila, aby odżyły wszystkie wspomnienia, aby zrodził się szereg pytań, na które niełatwo będzie jej znaleźć odpowiedź...


Powieść jest ciekawie skonstruowana – kolejne rozdziały dotyczą na zmianę przeszłości i teraźniejszości, więc przeszłe wydarzenia są odsłaniane stopniowo. Korci mnie, żeby napisać więcej, ale właśnie skasowałam kolejne dwa napisane zdania, bo stwierdziłam, że im mniej się napisze o tym, co jest w tej książce, tym lepiej. Przyjemność ze stopniowego odkrywania zagadki jest ogromna, a rozwiązanie autentycznie powala! Nie oczekiwałam po tej niepozornej książeczce, że dostarczy mi tylu emocji i tak wciągnie, a tu proszę - nie byłam w stanie jej odłożyć, zanim skończę. Zachęcam do zagłębienia się w historię Mai. Nie sądzę, by ktoś odgadł, jakie wyjaśnienie zagadki wymyśliła autorka. :-)



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res - dziękuję serdecznie.

wtorek, 12 lutego 2013

18/2013 Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski - Piotr Jacek Jamski

Wydawnictwo Naukowe PWN
Warszawa 2012
272 strony
Literatura polska
Gatunek: wspomnienia, historia

Wyobraźcie sobie, że przez kilkanaście ostatnich dni podróżowałam po świecie, który już nie istnieje... Podróżowałam po Kresach, po obszarze należącym kiedyś do Polski. Była to też podróż w czasie, bo dotyczyła czasów przed drugą wojną światową.

Ta niesamowita podróż stała się to możliwa dzięki pięknie wydanej publikacji albumowej PWNu Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski. Autor Piotr Jacek Jamski, zebrał i ułożył w całość pocztówki, które przebywający na Kresach polski inżynier przesyłał swojej córce w latach 1932-1939. Odwiedzane miejscowości, panujące w nich zwyczaje, poznani ludzie, zabawne sytuacje, zapisują się w pamięci dzięki zapiskom na pocztówkach ułożonych w zgrabny, klimatyczny kolaż. Ubogacone trafnymi życiowymi spostrzeżeniami pocztówki są wyrazem troski, pamięci i miłości ojcowskiej. Dla nas to okazja do bliższego przyjrzenia się miejscom znanym z polskiej klasyki - Jezioro Świteź, Bohatyrowicze, Żółkiew, Nowogródek. 


Jedyne, co kompletnie nie pasowało do całości to wstęp mniej niż miernej jakości. Pokuszę się o to, by namówić kolejnych czytelników do barbarzyńskiego czynu, czyli pozbycia się owego wstępu. Odstrasza nadęciem i błędami zarówno językowymi, jak i korektorskimi. Sprawia wrażenie napisanego na kolanie i doczepionego w ostatniej chwili. Po usunięciu tego dobrodziejstwa książka znacznie zyska na jakości – gwarantuję :-)


A tak poza tym to jak najbardziej polecam tę piękną publikację nie tylko osobom zafascynowanym Kresami czy związanym z nimi, ale i tym, dla których byłoby to pierwsze zetknięcie z tym obszarem i rzeczywistością przedwojenną. Temat podany jest w sposób niezwykle oryginalny i przystępny. Warto skorzystać.

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Naukowemu PWN za egzemplarz recenzencki.


poniedziałek, 4 lutego 2013

13/2013 Dziewczyna z aniołem - Agnieszka Krawczyk

Wydawnictwo Sol
Seria z kilerem
Warszawa 2012
284 strony
Literatura polska
Gatunek: kryminał

Agnieszka Krawczyk po raz drugi. Pierwsze było Magiczne miejsce przeczytane dzięki Włóczykijce. Książka wypadła całkiem pozytywnie, więc skusiłam się na kolejną książkę tej autorki Dziewczyna z aniołem. Magia tytułu zrobiła swoje. ;-)

Jest to powieść kryminalna wydana w serii „Z kilerem” przez wydawnictwo Sol o morderstwie i śledztwie z przeszłości, a dokładnie z końca lat pięćdziesiątych XX wieku, czyli mrocznych czasów, kiedy ‘ściany miały uszy’ i lepiej było nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić... A już na pewno nie prowadzić śledztwo we własnym zakresie. Tymczasem kolega Iwony, Filip Dobrowolski, wplątuje się jednak w prywatne dochodzenie prawdy. No bo to śmierć dziwna, zastanawiająca, tajemnicza... Dla znajomych ugodzonej nożem Iwony Horn, pełnej życia siedemnastolatki, niedorzeczna i niewytłumaczalna. Śledztwo się rozkręca, pojawia się wiele wątków, wielu bohaterów, wiele niewiadomych.


Muszę przyznać, że autorce udało się stworzyć specyficzny nastrój Krakowa i oddać niepewną atmosferę tamtych czasów. Tamtejsza rzeczywistość wydaje się bardzo realna. Nie jest to banalny kryminał napisany „na kolanie” – widać ogrom pracy i rzetelne przygotowanie autorki, tym bardziej że wątek kryminalny powstał na bazie autentycznych wydarzeń z tamtych czasów. Jednakże praca i rzetelność autora to jedno, a produkt końcowy to drugie. Zagłębiając się w wydarzenia, miałam wrażenie, że przez spory kawał powieści wydarzenia mnożą się i mnożą, ale w sumie wnoszą niewiele; że jakoś się to wszystko kręci, ale w sumie bardziej zapętla niż odkręca. A zakończenie rozczarowuje. Mnie rozczarowało totalnie. 


Generalnie miałam wrażenie, że czegoś zabrakło, jakiegoś końcowego szlifu, poukładania. Część wątków wydała się wpleciona tylko po to, żeby zaciemnić obraz. No, niby w sumie jak na kryminał przystało, tyle że tu jakoś tak na siłę. No i tego anioła mi było mało... Wątek z Brygadą Światła i Mroku nieźle się zapowiadał... Leon mnie zaintrygował... I co z tego? Pourywane to wszystko. Ambitne podejście, ale książka średnia.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Sol za egzemplarz recenzencki.
 

piątek, 1 lutego 2013

11/2013 Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia - Iza Michalewicz, Jerzy Danilewicz

Świat Książki
Warszawa 2011
288 stron
Literatura polska
Gatunek: biografia, reportaż?
Czesława  Gospodarek nie dźwignęła sławy Violetty Villas. Ta sława zagnieździła się w jej lokach jak nietoperz. I nikt nie umiał tego nietoperza wyjąć. [str. 260]

W listopadzie 2011 wydawnictwo Świat Książki opublikowało książkę o życiu i twórczości Violetty Villas. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt że artystka zmarła 5 grudnia 2011 roku, a to oznaczało, że na dzień śmierci artystki książka o niej była już gotowa, a jej fani mogli natychmiast uzupełnić wiedzę o jej życiu i karierze, zaś ci, którzy wiele o niej nie wiedzieli, mogli od razu poznać życie artystki obdarzonej nieziemskim głosem. 

Rzeczywiście książka Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia napisana przez dwoje dziennikarzy Izę Michalewicz i Jerzego Danilewicza to spory zbiór informacji o ekscentrycznej artystce, o jej przeżyciach, losach, cechach charakteru, dramatach, samotności. Choć nie należę do fanów Violetty Villas, byłam ciekawa, jakie miała życie i czy rzeczywiście była aż tak kontrowersyjną postacią. Autorom nie udało się spotkać z artystką osobiście. Książka została wiec napisana na podstawie rozmów z osobami, które znały ją jeszcze jako Czesię Cieślak, potem Czesławę Gospodarek, oraz z tymi, dla których zawsze była Violettą Villas. Brak źródeł literackich (nie sprawdziłam, czy jakiekolwiek istnieją), a opieranie się jedynie na "Fakcie", programach telewizyjnych czy rozmowach sprawiły, że miałam wrażenie, że spokojnie można by opublikować niektóre teksty z książki na portalu typu "pudelkowego". Autorzy nie oceniają i w żaden sposób nie komentują przedstawianych faktów - doceniam to bardzo, bo przy takiej "kolorystyce" bohaterki wydaje się to prawie niemożliwe.
 
Jest jednak małe "coś", co irytowało mnie okrutnie w narracji książki. Jest to opowieść o przeszłości, o tym, co spotkało bohaterkę, o tym, co przeżyła, tymczasem książka napisana jest w czasie... przyszłym. Przeszkadzało mi to. Przeszkadzały mi też różne potknięcia językowe, na przykład nieumiejętne odmienianie nazwiska "Cieślak" [...na początku marzeń Czesi Cieślakównej...(str. 16)].

Generalnie - książkę polecam, bo warto spojrzeć na przyczyny stanu, do jakiego Violetta Villas doprowadziła siebie samą i swoje życie. Warto zobaczyć, jak można tuszować psychiczne zawirowania, jak można zmarnować talent. Dla mnie to smutna książka o przeraźliwie samotnej kobiecie, która nie pozwoliła sobie pomóc.


czwartek, 24 stycznia 2013

10/2013 Dobre dziecko - Roma Ligocka

Wydawnictwo Literackie
Wydano w listopadzie 2012
294 strony
Literatura polska
Gatunek: autobiografia, wspomnienia

Można powiedzieć, że najnowsza powieść Romy Ligockiej Dobre dziecko jest kontynuacją niezwykle popularnej Dziewczynki w czerwonym płaszczyku. Tym razem jest to garść wspomnień o jej życiu w latach pięćdziesiątych w Krakowie opisana z perspektywy nastolatki.

Nie są to proste wspomnienia. Roma Ligocka dzieli się bardzo osobistymi przeżyciami, przykrymi doświadczeniami, ciężkim zmaganiem z rzeczywistością, trudnościami w relacjach z matką, z rówieśnikami. Dzieli się swoim cierpieniem, wyobcowaniem, samotnością. Przyznaje się do braku umiejętności okazywania uczuć, do przeżywania cierpienia, do ciągłego poszukiwania miłości i akceptacji. Pokazuje, jakie spustoszenie zostawia w człowieku trauma przeżyć wojennych. Mogłoby się wydawać, że skoro nie doświadczyliśmy wojny, nasze przeżycia nie mają nic wspólnego. Nic bardziej mylnego – wartości i spostrzeżenia, jakimi dzieli się autorka, są ponadczasowe. Trud dojrzewania, pozorny brak zrozumienia w relacji między matką a córką, próby zrozumienia „świata dorosłych”, pragnienie akceptacji, zamykanie się we własnym, bezpiecznym świecie – to zawsze dotyczy młodych wkraczających w dorosłość. Sądzę, że niejedna osoba odnajdzie część siebie, czytając Dobre dziecko.

Nie byłam w stanie przeczytać tej powieści w całości od razu – zbyt mocno ją przeżywałam. Może dlatego, że czytałam prawie wszystkie książki Romy Ligockiej i mam wrażenie, że dobrze ją znam. Czytanie o jej bolesnych przeżyciach wywoływało dużo emocji. Musiałam dawkować sobie te bardzo osobiste, bolesne wspomnienia. Łagodzącym przerywnikiem były fragmenty pamiętnika babci Romy Ligockiej, w których autorka wspomina lepsze, przedwojenne czasy.

Trzeba odwagi, aby aż tyle siebie pokazać światu. Oby jak najwięcej osób skorzystało z tych cennych refleksji.


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzencki.