niedziela, 27 listopada 2011

Pomysłowy gadżet od Wydawnictwa Znak

Dobre wieści od Wydawnictwa Znak :-)

Święta już za miesiąc! Nie wiesz, co kupić mamie, przyjaciółce czy koledze? Nie masz pomysłu na prezent dla dziadka, brata albo kuzynki? Od teraz wybór prezentu może być dużo prostszy! Wydawnictwo Znak stworzyło WYSZUKIWARKĘ PREZENTÓW, która ułatwi wybór odpowiedniej książki. Wystarczy wejść na www.prezent.znak.com.pl i określić wiek, osobowość i zainteresowania - aplikacja podpowie Ci, które książki będą najlepszym prezentem dla Twoich najbliższych. Dodatkowo można je kupić ze zniżkami nawet do 30%!
 
Pospiesz się, żeby zdążyć przed świąteczną gorączką!

Przed chwilą sprawdziłam - wyszukiwarka działa bez zarzutu i rzeczywiście jest pomocna. Polecam zarówno wyszukiwarkę prezentów jak i książki Wydawnictwa Znak. Jest w czym wybierać.

Magia Azji - Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki


Magia Azji

Rafał Gawęda, Maciej Tyszecki

Wydawnictwo Videograf II
Chorzów 2011
320 stron
*****************
 Pierwsze zdanie:
Prąd w Chinach wylewa się na ulice kilometrami kabli, w których plątaninie ginie wszystko.
A ostatniego zdania nie zacytuję :-)
*****************
Miejsca: 
Chiny, Laos, Malezja, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodża, Birma, Tajlandia, Filipiny, Japonia, Tajwan, Indonezja, Indie, Nepal
*****************
Dla Europejczyków Azja to magiczny kontynent – mnóstwo miejsc jakże innych od tych, które znamy. Inna kultura, inne zwyczaje, inna mentalność... Wszystko jest inne. A jeśli na dodatek ominie się miejsca dostosowane do potrzeb turystów, czyli miejsca „zeuropeizowane”, to na szanse na doświadczenie tej magii rosną.

Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki postawili na prawdziwe smaki Azji. Porzucili to, co sprawiało, że nie czuli tego, że życie jest podróżą, spakowali rowery, namiot, w którym spędzili tylko jedną noc ;-) i rzeczy osobiste i ruszyli w drogę. W ciągu dwóch lat zwiedzili kawał Azji: Chiny, Laos, Malezję, Singapur, Brunei, Wietnam, Kambodżę, Birmę, Tajlandię, Filipiny, Japonię, Tajwan, Indonezję, Indie i Nepal. Sądzę, że kiedy komuś raz się uda, to potem trudno przestać. Następny cel podróży tych panów to Australia. Pozazdrościć! :-) A książki ze wspomnieniami z tej podróży bardzo, bardzo wyczekuję – nie tylko dlatego, że Australia, Tasmania i Nowa Zelandia to jedno z moich marzeń, ale również dlatego, że sposób, w jaki panowie opisali swoje podróżnicze przeżycia, naprawdę przypadł mi do gustu – dowcipnie, konkretnie, lekko, interesująco. Poza tym ich zamiarem, do którego konsekwentnie się stosowali w czasie podróży było omijanie szerokim łukiem miejsc obleganych przez turystów, a także smakowanie „codzienności”, w jakiej żyją osoby, które los stawia na ich drodze. A tego w klasycznych przewodnikach jest niewiele.

Czytając „Magię Azji”, zadawałam sobie pytanie, co takiego trzeba mieć, żeby rzucić wszystko – dom, rodzinę, pracę... – żeby móc pozwolić sobie na podróżowanie na pełen etat. Czasem zazdrościłam odwagi, bo wiem, że – choć podróże uwielbiam – nie umiałabym oddać się im w takim stopniu, jak zrobili to Rafał Gawęda i Maciej Tyszecki. Podejrzewam, że nic nie jest w stanie dorównać zachwytowi nad wschodem słońca w trakcie lotu balonem, zaskoczeniu na widok chłopca wracającego do domu po tafli jeziora na grzbiecie bawołu czy smakowi sfermentowanych kaczych jajek zwanych balutami... Żeby poznać coś dokładnie, trzeba tego doświadczyć. Jednak większości z nas musi wystarczyć czytanie o podróżach innych, bo nie każdy może sobie pozwolić na osobiste odkrywanie smaków innych kontynentów. A im bardziej przystępnie napisana książka, tym łatwiej posmakować.

Gorąco polecam „Magię Azji”, bo opisane niezwykle przystępnym językiem przeżycia dwóch podróżujących panów mocno przybliżają bogactwo i odmienność azjatyckiej codzienności.

*******************
Moja ocena: 6/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf II za egzemplarz recenzyjny.

Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić – Federico Moccia


Wybacz, ale chcą się z tobą ożenić
Federico Moccia

Tytuł oryginału: Scusa ma ti voglio sposare
Tłumaczenie: Karolina Stańczyk

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
560 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Kocham cię.
Ostatnie zdanie:
- Chcę cię poślubić na całe życie.
******************
Miejsce akcji:
Włochy - Rzym 
Stany Zjednoczone -Nowy Jork
******************
Federico Moccia to włoski autor książek młodzieżowych, które zyskują sobie coraz więcej czytelników, a może raczej czytelniczek. Wśród ślicznie wydanej serii książek tego autora wydanych przez Wydawnictwo Muza znajdziemy takie tytuły jak „Amore 14”, „Trzy metry nad niebem”, „Tylko ciebie chcę” i „Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie”.

Powieść „Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” to moje pierwsze spotkanie i zapoznanie się z autorem oraz z tym, co ma do przekazania młodzieży. Spotkanie pierwsze i – jak sądzę – ostatnie. Bohaterowie tej powieści to młodzi ludzie, szukający swego miejsca w życiu. Sposób, w jaki go szukają, i poziom ich działania oraz ich przemyślenia i decyzje świadczą o tym, że są to ludzie puści i egoistyczni, pozbawieni poczucia odpowiedzialności. Kłamstwa, zdrady, seks na każdym kroku (no dobra – co drugi krok), denne dialogi, prymitywne problemy – oto co ja spostrzegłam w tej powieści. Możliwe, że jestem za stara, żeby czytać takie książki. Młodzieńcze problemy mam już za sobą. Czytając tego rodzaju książki, patrzę na nie pod kątem tego, czy są warte, aby polecić je młodym ludziom, czy pokazują coś wartościowego, czy dadzą coś młodemu, poszukującemu człowiekowi. Tym razem pudło.
 
„Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić” oceniam jako pozycję, wyłącznie dla tych, którzy nie żałują swojego czasu lub nie mają co robić. Polecam miłośnikom seriali, wielbicielom dennych rozmów o niczym i problemów typu „lepiej iść do łóżka z tym, czy z tamtym”. I oczywiście wszystkim kochającym zajebistość. Dorzucę malutki cytacik: „Leży tu, śpiący, o bladej skórze. Już nie wydaje się jej taki przystojny jak wcześniej. Co takiego w nim widziałam? Myślałam, że jest zajebisty. Za wszelką cenę chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę, a teraz, kiedy poszłam z nim do łóżka, tak dziwnie się czuję.” [str. 437]

Liczyłam na coś w rodzaju literackiego odpowiednika komedii romantycznej, a otrzymałam jakąś piorunującą mieszankę czegoś w rodzaju „Prosto w serce” z „Barwami szczęścia”. Więcej tytułów seriali nie podam, bo po prostu nie znam, ale chodzi mi o denne seriale z bohaterami, dla których wszystkie ważne decyzje opierają się na sprawach związanych z seksem i tym, czy ktoś na pewno jest zajebisty. Za nadmiar zajebistości w tym poście przepraszam, ale to rezultat spotkania z Federico Moccią (a może tłumaczką?), który (która?) nie potraktował(a) czytelnika z należytym szacunkiem, oferując ową „zajebistość” we wszelakich odmianach.

*******************
Moja ocena: 1/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzyjny.

Przykro mi, że dzielę się tak niepochlebnymi spostrzeżeniami, ale nie chodzi chyba o to, żeby udawać, że mi się podobało, skoro się nie podobało...


piątek, 25 listopada 2011

Dziewięć wcieleń kota Deweya − Vicky Myron, Bret Witter


Dziewięć wcieleń kota Deweya
Vicky Myron, Bret Witter

Tytuł oryginału:
Dewey's Nine Lives. The Legacy of Small-Town Library Cat Who Inspired Millions

Tłumaczenie:
Ewa Bolińska-Gostkowska, Bartosz Gostkowski, Maksymilian Tumidajewicz, Magdalena Zielińska, Dariusz Żukowski


Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
363 strony

******************
Od długiego czasu stoi na mojej półce pewna książka i czeka na recenzję...

Mogę napisać co nieco dopiero dzisiaj, bo długo nie byłam w stanie ponownie wziąć do ręki książki Vicky Myron „Dziewięć wcieleń kota Deweya”, a to dlatego, że kiedy zaczynałam czytać tę książkę, mieszkały u mnie dwa kotki, a kiedy ją kończyłam, był już tylko jeden... Strasznie mi było żal małego czarnego futrzaka, który do nas trafił − niestety nie na długo. Zdążył jednak dostarczyć nam tyle radości, że bardzo ciepło go wspominamy. I teraz już robimy to często, choć trochę czasu zajęło nam przyzwyczajenie się do tej sytuacji i dojście do takiego stanu, że możemy już spokojnie o nim rozmawiać i wspominać, jak ssał ogonek, jak uparcie wdrapywał się na najwyższą szafę, jak zaczepiał o sto razy większego od siebie psa, jak podkradał jedzenie i dzielił się nim z psem, jak zaczepiał starszego kotka i zmuszał go do zabawy... :-)


 Są ludzie, którzy sądzą, że nie istnieje coś takiego jak więź człowieka ze zwierzęciem, a jedyne co zwierzę może dać człowiekowi, to przywiązanie w podziękowaniu za „pełną miskę”. Sądzę, że są to poglądy ludzi, którzy nigdy nie mieli zwierzaka i dlatego nie zdołali doświadczyć wielu innych uczuć, które budzą się w człowieku pod wpływem zachowania futrzaka. Bohaterowie książki „Dziewięć wcieleń kota Deweya” są świetnym dowodem na to, że relacja człowiek-kocur to jednak dużo więcej niż zadowolenie z powodu zaspokojenia głodu. Opowieści o kotkach zebrane przez Vicky Myron są reakcją ich właścicieli na wiadomość o śmierci niezwykłego kota Deweya (można o nim poczytać również w książce „Dewey. Wielki kot w małym mieście”) i wywołane chęcią podzielenia się z innymi pamięcią o swoich czworonożnych przyjaciołach. Każda z tych opowieści to dowód na to, jak zwierzaki potrafią odpłacić człowiekowi za ciepło i miłość, jak ‘balsamują’ zasmuconą duszę i jak potrafią zmienić człowieka i jego spojrzenie na życie.

Dla miłośników kotów „Dziewięć wcieleń kota Deweya” to lektura obowiązkowa, choć polecam ją również tym osobom, które twierdzą, że kotów nie lubią. Może po przeczytaniu kilku prawdziwych opowieści uwierzą, że koty to naprawdę fajne zwierzaki. :-)

*******************
Moja ocena: 5,5/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

wtorek, 8 listopada 2011

Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei – Krzysztof Składowski


Wspólnie pokonajmy raka. Onkolog o nadziei
Krzysztof Składowski
Rozmowy przeprowadziły:
Joanna Gromek-Illg i Maria Makuch

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
250 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Najpierw jest osłupienie.
Ostatnie zdanie:
I jestem szczęśliwym lekarzem.
******************
Do niedawna diagnoza „rak” znaczyła w zasadzie tyle co „koniec”. Profesor Krzysztof Składowski, lekarz onkolog, który ma na co dzień do czynienia z osobami walczącymi z tą chorobą – niewątpliwie jedną z najcięższych – w bardzo przystępny sposób odpowiada na pytania swoich dwóch pacjentek, które pokonały raka, a swoje doświadczenia postanowiły przekazać innym. W dialogu ze swoim lekarzem poruszają szczegółowe problemy, na jakie trafiają ci, których dotknie choroba. Nie jest to jednak wyłącznie poradnik dla osób, które właśnie zmagają się z chorobą. Głównym celem tej książki jest „oswojenie bestii” i pokazanie, że równanie „rak=śmierć” traci swą aktualność. Zdaniem autorów raka nie wyeliminuje się z rzeczywistości, podobnie jak nie wyeliminuje się innych przyczyn zgonów. On nadal będzie atakował i nadal trzeba będzie z nim walczyć. Jednak świadomość tego, że co roku dochodzą nowe sposoby, które zwiększają szanse na wygranie życia, jest bardzo optymistyczna. I tym optymizmem dzielą się autorzy tej książki.

W książce tej znajdują się zarówno praktyczne informacje dotyczące formalności w szpitalu, rodzajów badań, zabiegów, samopoczucia, rodzajów terapii, ale również wyjaśnione w bardzo przystępny sposób przyczyny powstawania raka i zapobiegania mu. Profesor Składowski podkreśla ważność badań profilaktycznych i w rzeczowy sposób wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest wczesne rozpoznanie. Książka jest mocno realistyczna. Krzysztof Składowski mówi, że „zawsze wierzył w medycynę”. Nie ma tu więc mowy o magicznych sposobach, ziołach, bioenergoterapeutach i innych „cudownych” sposobach, po które sięgają chorzy. Przedstawiona wiedza jest bardzo konkretna i poparta osiągnięciami medycyny i doświadczeniem w leczeniu. Profesor Składowski podkreśla również to, jak ważne jest to, aby pacjent był świadomy tego, co może się dziać w jego organizmie i jak będzie przebiegała terapia. Przypomina też o czymś niezwykle istotnym – „najważniejszym prawem pacjenta jest prawo do bycia informowanym” [str. 152]. Co więcej, pacjent może współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczącej rodzaju terapii, a dzięki temu dostosować ją do swoich potrzeb tak, by w trakcie walki mógł w miarę możliwości uczestniczyć w codziennym życiu.

Książka Krzysztofa Składowskiego, Joanny Gromek-Illg i Marii Makuch „Wspólnie pokonajmy raka” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, których walka z rakiem dotyczy bezpośrednio. Wydaje mi się, że dobrze na ten temat wiedzieć więcej niż mniej, chociaż nikt nie chce takiej diagnozy usłyszeć i nikt nikomu nie życzy tej choroby. Tego, że ona istnieje jednak nie zmienimy. Możemy tylko zmienić nastawienie do niej.

*******************
Moja ocena: 6/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

Traktat o szczęściu - Jean d'Ormesson


Traktat o szczęściu
Jean d'Ormesson

Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak-Wszelaki

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
300 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Pewnego pięknego lipcowego poranka, tonącego w żarze upalnego słońca, zadałem sobie pytanie o to, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy i co robimy na tej ziemi.
Ostatnie zdanie:
Wszystko jest dobrze.
******************
Pragnienie szczęśliwego życia i poszukiwanie szczęścia to chyba największe pragnienie człowieka. Nie znam nikogo, kto nie pragnąłby być szczęśliwy. Co ciekawe – dla każdego z nas szczęście oznacza co innego. I co by nie mówić – nie ma takiej możliwości, żeby z czyjejś recepty na szczęście skorzystać. Autor książki „Traktat o szczęściu” Jean d'Ormesson wie o tym doskonale, dlatego zadając pytania sobie, sprawia, że czytelnik również zaczyna zastanawiać się nad sobą i nad własnym życiem. Nic nie jest jednak czytelnikowi narzucone.

Jako filozof i agnostyk d'Ormesson stawia sobie wiele istotnych pytań. Jednak w „Traktacie o szczęściu” nie podaje czytelnikowi gotowych rad, gwarantujących temu, kto je zastosuje, natychmiastowe poczucie niekończącego się szczęścia. Stawia raczej na filozoficzne rozważania dotyczące tego, co ważne, co nienazwane, co nieuniknione, które sprowokują do myślenia, oraz na rzeczowe wyjaśnienia, które zamieszcza w rozdziałach zatytułowanych „Nić Ariadny”. Ich zadaniem jest pokazanie zagubionemu człowiekowi jak wygląda labirynt życia od zarania dziejów i jak porusza się w nim człowiek. W rozdziałach o alegorycznym tytule „Marzenie Starca” poznajemy myśli rozmarzonego i zadumanego nad ludzkim losem Starca, który patrzy na człowieka z pozycji Stwórcy. Jean d'Ormesson stawia sobie (i nam - czytelnikom) pytania, które prędzej czy później i tak każdemu się nasuną. Są to pytania o sens życia, o to, czy jest coś po śmierci, czy istnieje Bóg – i o wiele innych zagadnień egzystencjalnych takich jak czas, radość, wdzięczność.

Oprócz osobistych przemyśleń i rozważań autor „Traktatu o szczęściu” porządkuje historyczno-filozoficzne osiągnięcia ludzkości na przestrzeni dziejów. I właśnie z tej części książki najwięcej skorzystałam. Nie ze złotych myśli, nie z rozważań, ale z nietypowego przedstawienia historii człowieka. Może dlatego, że na wiele spraw poruszanych przez d'Ormessona mam ugruntowane poglądy.

„Traktat o szczęściu” jest nie tylko okazją do usystematyzowania swojej wiedzy filozoficzno-historycznej, ale i okazją do zatrzymania się nad tym, co umyka w codziennej gonitwie i natłoku spraw. 

Warto sprawdzić :-)
*******************
Moja ocena: 4/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak za egzemplarz recenzyjny.

sobota, 5 listopada 2011

Rzeka zimna - Magdalena Kawka


Rzeka zimna
Magdalena Kawka

Wydawnictwo Sol
Warszawa 2011
318 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Za każdym razem, kiedy wstaję od komputera, ogarnia mnie uczucie, że to już koniec.
Ostatnie zdanie:
Albo przeżyć życie jeszcze raz.
******************
Miejsce akcji:
Polska - Pomorze - Grzmoty
Francja -Paryż
******************
Od paru dni zbierałam się do napisania recenzji książki Magdaleny Kawki „Rzeka zimna”, choć przeczytałam ją półtora tygodnia temu, a to dlatego, że chciałam starannie przemyśleć, jak napisać tę recenzję, żeby nie zepsuć osobom, które ją przeczytają, przyjemności samodzielnego odgadywania tajemnic skrywanych przez mieszkańców miejscowości Grzmoty, niedaleko Szczecina. Kilkukrotnie trafiłam już na recenzje tej książki, które są spoilerami. Utwierdziłam się w przekonaniu, że trzeba naprawdę bardzo uważać, co się pisze, jeśli nie chce się odbierać przyjemności czytania innym – niezależnie od tego, czy wyraża się opinię pozytywną, czy negatywną. A w przypadku powieści Magdaleny Kawki „Rzeka zimna” wcale nietrudno tę przyjemność zepsuć. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę, zanim dowiedziałam się szczegółów, bo pewnie nie byłoby już aż takiej frajdy w trakcie czytania i samodzielnego odgadywania, o co chodzi. A jest co odgadywać :-)

Akcja powieści jest poprowadzona bardzo umiejętnie – informacje prowadzące bohaterów (oraz czytelników!) ku rozwikłaniu tajemnicy zniknięcia znanej pisarki Małgorzaty Zawistowskiej dawkowane są stopniowo. Autorka zostawia czytelnikowi naprawdę sporo miejsca na domysły i samodzielne „kombinowanie”, jak na świetny kryminał przystało. Kryminał, ale nie w czystej formie, gdyż równie ważny jest tu wątek społeczno-obyczajowy, a właściwie kilka wątków, z którymi Magdalena Kawka poradziła sobie doskonale, pokazując wagę każdego z nich dla stworzenia logicznej i spójnej całości.
W małomiasteczkowej atmosferze, gdzie wieści rozchodzą się z prędkością światła, córka Małgorzaty – Tamara – z pomocą Weroniki, przyjaciółki swej matki, próbuje odnaleźć przyczynę tajemniczego zniknięcia Małgorzaty. Idąc krok po kroku jej śladem, trafiają na tajemnice większego kalibru… Czy kobietom uda się odkryć powód zniknięcia pisarki? Czy są jeszcze szanse na to, aby zapobiec nieszczęściom?

„Rzeka zimna” – bardzo mi się spodobał ten wielowymiarowy tytuł, który pasuje do całej opisanej sytuacji zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Miejscowość Grzmoty położona jest nad niewielką rzeką Regą, w Grzmotach zaś cała rzeka wydarzeń, rzeka kłamstw, rzeka nieuczciwości. I do tego wszechobecne zimno. Akcja rozgrywa się zimą, która mocno daje się we znaki mieszkańcom. Jest też szklanka z zimną, niedopitą herbatą; zmarznięty, głodny kotek; na śniegu tajemnicze ślady – być może ducha myśliwego i jego psa; zmarznięta nastolatka znaleziona na skraju lasu… I mniej dosłowne, ale w zasadzie najważniejsze – trudne, z pozoru zimne, relacje matki i córki. Są też zimne relacje w małżeństwie i francuskiej rodzinie Tamary. Jest też zimna nieufność, sprawiająca, że do końca nie wiadomo, kto jest bohaterem pozytywnym, a komu nie należy ufać. A morderstwo z zimną krwią? 

„Rzekę zimna” czyta się z wypiekami na twarzy. Gorąco polecam.
*******************
Moja ocena: 5+/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Sol za egzemplarz recenzyjny.



środa, 2 listopada 2011

Dom Kalifa – Tahir Shah

Dom Kalifa. Rok w Casablance
Tahir Shah
The Caliph's House. A Year in Casablanca
Tłumaczenie: Małgorzata Glasenapp
Wydawnictwo Literackie
Warszawa 2011
462 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
W zapadającym spokojnie zmierzchu krył się smutek.
Ostatnie zdanie:
Najbardziej jednak kojąca była myśl, że zostaliśmy zaakceptowani przez Maroko, przez naszych dozorców i przez Dom Kalifa.
******************
Miejsce akcji:
Maroko - Casablanca, Tanger
******************

Są ludzie, którzy potrafią pójść na wiele kompromisów i wytrwale realizować swoje marzenia pomimo przeciwności losu. Do takich osób należy Tahir Shah, angielski pisarz pochodzący z angielsko-afgańskiej rodziny, autor książki „Dom Kalifa”, który – zmęczony stresującą, galopującą codziennością w Anglii – postanawia przenieść z rodziną się na stałe do Casablanki. 

„Dom Kalifa” to prawdziwa historia, w której autor barwnym i niepozbawionym humoru językiem opisał swoje doświadczenia ze zmagań, jakie postawiło przed nim życie w marokańskiej rzeczywistości, kiedy jego własnością stała się owiana tradycją, lecz mocno nadwerężona upływem czasu, posiadłość Dar Chalifa. Tahir Shah to mężczyzna, który łatwo się nie poddaje. Ani przeogromne różnice kulturowe, ani niezrozumiałe tradycje i wierzenia, ani krzywdy doznawane niejednokrotnie od ludzi, ani bariera językowa, ani nawet lęk o rodzinę nie są w stanie odwieść Tahira od podjętego zamiaru. Maroko jest dla niego miejscem, w którym chce spędzić część – albo nawet resztę – swojego życia. Czym więc sąsiedztwo slumsów, plaga szczurów, nieżywe koty, złośliwość dżinnów, nieuczciwość i zabobonność zatrudnianych pracowników wobec wielkiego marzenia? Dodatkowym elementem, który motywuje Tahira, to wspomnienie o dziadku, któremu udało się osiedlić w Tangerze i który tam zginął.

Książka nie należy do najcieńszych, bo liczy ponad 460 stron, ale czyta się ją bardzo szybko, a świat dżinnów, barw i zapachów Orientu niesamowicie wciąga… Dodatkowym atutem książki jest prześliczne wydanie dopracowane w każdym szczególe – font tytułu na niebieskiej okładce przedstawiającej drzwi marokańskiego domu z charakterystycznymi kafelkami oraz font użyty w tytułach rozdziałów został wystylizowany na litery arabskie. Nawet numery stron mają drobny akcent orientalny. Każdy rozdział poprzedza przysłowie, które w jakiś sposób wiąże się z doznaniami opisywanymi w danym rozdziale. Dla ułatwienia zrozumienia arabskich pojęć na końcu książki zamieszczono słowniczek z wyjaśnieniami. Krótko mówiąc – genialne.

Jestem przekonana, że osoby, które przeczytałyby tę książkę w trakcie przeprowadzania remontu, nie narzekałyby nawet przez chwilkę. :-) Jedyne czego żałuję po przeczytaniu tej książki, to fakt, że nie mogę natychmiast wyruszyć do Casablanki… A polecam nie tylko remontującym. ;-)
*******************
Moja ocena: 6/6
Dziękuję bardzo Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzyjny.


wtorek, 25 października 2011

Zew pustyni - Teresa Fortis


Zew pustyni
Teresa Fortis
Lockruf saudia
Tłumaczenie: Aldona Zaniewska
Wydawnictwo Hachette
Warszawa 2011
342 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
Droga kandydatko na stewardessę, rozmowy kwalifikacyjne dla przyszłych stewardes Saudyjskich Linii Lotniczych odbywać się będą od 3 listopada 1981 w hotelu Sheraton w Stambule.
Przedostatnie zdanie:
Bez zwłoki napisałam: "Nie".
******************
Miejsce akcji:
Turcja - Stambuł
Arabia Saudyjska - Rijad, Dżudda
Tajlandia - Bangkok
******************

Zawsze kiedy czytam o pozycji (a raczej jej braku!) kobiet w państwach arabskich, wydaje mi się, że jest to niemożliwe, żeby tak naprawdę było. Bo czy to możliwe, aby w dzisiejszych czasach istniał jeszcze kraj, w którym z punktu widzenia prawa kobieta jest własnością mężczyzny, nie może opuścić domu - a co dopiero miejscowości czy kraju - bez jego zgody, nie może głosować, musi zakrywać swoje ciało. Teresa Fortis, Szwajcarka, opowiada prawdziwą historię, jaka jej się w życiu przytrafiła - więzienie na życzenie czyli kilkuletnia praca w Saudyjskich Liniach Lotniczych jako stewardessa.

Nie wiem, co skłania Europejki do podejmowania takich decyzji. Czy naprawdę zrealizowanie marzenia o podróżach czy lepsze warunki finansowe to wystarczające powody, aby spędzić część życia w miejscu, gdzie rola kobiety sprowadza się do służenia mężczyźnie i zaspokajaniu jego potrzeb? Czy jest możliwe, aby związek dwojga ludzi wychowanych w tak odmiennych kulturach miał jakiekolwiek szanse na przetrwanie? Czy jest możliwe, by uniknąć wpływu środowiska i nie podjąć pracy na "drugi etat" czyli na "obsługiwanie" bogatych Arabów w zamian za atrakcyjne wynagrodzenie i drogie świecidełka? Te pytania to tylko niektóre ze znaków zapytania, które rodzą się w trakcie czytania książki "Zew pustyni" o losach Teresy Fortis i innych Europejek decydujących się na pracę w kraju, gdzie traktowanie kobiet pozostawia wiele do życzenia.

Przeczytałam "Zew pustyni" z dużym zainteresowaniem, choć spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że może będzie to opowieść o kobiecie porwanej przez arabskiego szejka i pozostawionej samej sobie na pustyni... Byłaby to zapewne tragiczna historia, choć tak naprawdę nie wiem, czy większą tragedią nie jest to, co pozwoliły zrobić ze sobą opisywane w książce kobiety i jaki wpływ na jej psychikę miały opisane wydarzenia. Czy Teresa nie będzie żałować swoich decyzji? Warto sprawdzić.
*******************
Moja ocena: 4/6
Dziękuję bardzo wydawnictwu Hachetteza egzemplarz recenzyjny.

niedziela, 23 października 2011

Okno z widokiem – Magdalena Kordel


Okno z widokiem
Magdalena Kordel
Wydawnictwo Sol
Warszawa 2011
302 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
Właściwie nie powinno mnie dziwić, że kiedy życie mi dopiekło, z miejsca pognało mnie do babki.
Ostatnie zdanie:
 Ale to już zupełnie inna historia i zupełnie nowa opowieść...
******************
Miejsce akcji:
Polska - Sudety - Malownicze
******************
Wątek z lekka romantyczny, wątek całkiem archeologiczny, wątek minimalnie kryminalny, wątek delikatnie turystyczny, ciepły wątek familijny, wątek odrobinę ludowy, a nawet wątek z lekka muzyczny ;-) – zdawać by się mogło, że to mieszanka piorunująca. Otóż – okazuje się, że po umiejętnym uporządkowaniu i poukładaniu wątków w odpowiedni sposób, okraszenie rzeczywistości nadprzyrodzonym działaniem anioła i świętego Antoniego, którego figurka stoi w przydrożnej kapliczce w Sudetach, oraz nadanie bohaterom wyrazistych charakterów to doskonały zestaw, który może zapewnić doskonałą zabawę. Przynajmniej mnie zapewnił :-)

Książka Magdaleny Kordel „Okno z widokiem” to pierwsza książka tej autorki, którą czytałam i zapewne nie ostatnia. Pani Magdalena ujęła mnie stylem, jakim się posługuje. Dialogi są genialne – inteligentne i zabawne. Z drugiej strony - tak sobie myślę, że pewnie wiele osób uzna tę książkę za tzw. czytadło, bo znajdzie się w niej i romansik, i dreszczyk emocji, i kłopoty, z którymi szybko trzeba sobie poradzić. Jest tam Róża - archeolog-naukowiec - twardo stąpająca po ziemi, Rysiek – całuśny mięśniak, Profesor Rajtczak i jego żona Lila, babcia Matylda i jej chłopak Juliusz, ksiądz proboszcz, z którym bez problemu można się dogadać, oraz grupa studentów archeologii z głowami pełnymi pomysłów właściwych wiekowi, a przez innych postrzeganych jako młodzieńcze wybryki. Galerię postaci ubogaca kilku panów policjantów, uwodzicielska Patrycja i niejaki Honoriusz.

Jedyne co na początku wydawało mi się nietrafione i mało oryginalne to tytuł książki. Był już bowiem „Pokój z widokiem” Edwarda Morgana Forstera w literaturze angielskiej i całkiem niedawno „Widok z mojego okna” Małgorzaty Kalicińskiej, dlatego zastanowiło mnie, czy jakiś inny element dałoby się wpasować w tytuł. Jednak po przeczytaniu wiem, że tytuł został dobrze dobrany, bo jest ściśle związany z optymistycznym przesłaniem tej książki.

Najsmutniejsze jest to, że nie ustrzeżono się przed błędami – jest parę błędów redaktorsko-korektorskich, które mnie akurat przeszkadzają, zwłaszcza że jest wśród nich również błąd ortograficzny. 

Całe szczęście jestem całkowicie oczarowana historią opowiedzianą przez Magdalenę Kordel i chętnie sięgnę po „Sezon na cuda” i „Uroczysko”. Dwie godziny doskonałej zabawy czyli krótko mówiąc – MALOWNICZO ;-)

*******************
Moja ocena: 5/6
Dziękuję bardzo wydawnictwu SOL za egzemplarz recenzyjny.

czwartek, 20 października 2011

Jaskółka i koliber – Santa Montefiore

Jaskółka i koliber
Santa Montefiore

The Swallow and the Hummingbird

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska-Gadowska
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2011
494 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
Pani Megalith popatrzyła na zwłoki i ciężko westchnęła.
Przedostatnie zdanie:
 Wracajmy do domu, kochanie.
******************
Miejsce akcji:
Anglia - Devon
Argentyna - Cordoba
 ******************


autor: Amber Alexander
Santa Montefiore – pisarka związana zarówno z Wielką Brytanią jak i Argentyną – osadza akcję powieści „Jaskółka i koliber” częściowo w Anglii, a częściowo w Argentynie.

Santa Montefiore chyba nie byłaby sobą, gdyby podstawowym wątkiem swej – całkiem sporej objętościowo – książki uczyniła coś innego niż miłosne zawirowania, którym w „Jaskółce i kolibrze” dodatkowo dodało smaku rozdzielenie kochającej się pary – Rity Fairweather i George’a Boltona. Ten młody człowiek – zanim zdążył dorosnąć – stanął przed koniecznością wyruszenia na wojnę. Rita obiecała, że będzie na niego czekać... I co było dalej? Możliwości poprowadzenia akcji było wiele i – muszę przyznać – bardzo mnie bawiło odgadywanie, jakie decyzję podejmą bohaterowie, dałam się więc wciągnąć historii o powojennych losach Rity i George’a.

Podobał mi się świat kontrastów, w jaki włożyła swoich bohaterów Santa Montefiore. Zimna, deszczowa Anglia kontrastuje z gorącą, słoneczną Argentyną, a nadmorski klimat Devonu z argentyńską pampą. Bohaterowie, którzy przeżyli szczęśliwe lata w Argentynie, dla odmiany nie powtórzyli ich już w Anglii. Co do różnorodności bohaterów to elegancka i stylowa Susan niczym nie przypomina pulchnej, niedbającej zbytnio o swój wygląd Rity. Racjonalne podejście do miłosnej rzeczywistości, które charakteryzuje Ritę, różni ją diametralnie od młodszej siostry – lekkodusznej Maggie. Niebywała wytrwałość i niezmienność Maksa jest skontrastowana z chwiejnością i niepewnością George’a. Mam wrażenie, że Santa Montefiore jednak nie do końca dała sobie radę z bohaterami, których wykreowała w tej powieści. Jak dla mnie jest ich zbyt wielu, przez co są potraktowani dość pobieżnie. Żałowałam, że z życia Georga zniknęła ciotka Agata i jej argentyński mąż. Zaciekawiła mnie też postać polskiego emigranta Tadeusza. Jednak spośród wszystkich bohaterów najwięcej serca miałam dla przekraczającej wszelkie stereotypy babci Primrose. Odniosłam też wrażenie, że Santa Montefiore podjęła zbyt wiele poważnych tematów i problemów, a nie rozliczyła się z nimi do końca.  

Jednak moje ogólne wrażenie jest całkiem dobre – książka jest wciągająca, pozwala się wczuć w atmosferę miejsc i wplątać w rozterki przeżywane przez bohaterów. Na pewno sięgnę jeszcze po książki tej autorki – uwielbiam klimatyczne, szczegółowe i plastyczne opisy miejsc i zjawisk przyrody, a w tym Santa Montefiore jest niezawodna.  Dotychczas oprócz "Jaskółki i kolibra" poznałam jedynie „Cygańską Madonnę”, którą uznałam za doskonałą powieść. Ciekawa jestem pozostałych.

*******************
Moja ocena: 4,5/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Świat Książki
za egzemplarz recenzyjny.



autor: Joan A. Brown

sobota, 15 października 2011

Język sekretów – Dianne Dixon

Język sekretów

Dianne Dixon
Language of Secrets
Tłumaczenie: Jacek Illg
Wydawnictwo Videograf
Katowice 2011
302 strony
*****************
 Pierwsze zdanie:
Gdy Justin zatrzymał samochód przed domem na Lima Street, Amy wyciągnęła dłoń, by ująć go za rękę.
Ostatnie zdanie:
W tym śnie czuł się tak, jak musi się czuć nowo koronowany anioł, gdy powiew wiatru otacza jego skrzydła i po raz pierwszy dana mu jest moc latania.
*****************
Sekrety w tytule, na okładce dwie odwrócone postacie zmierzające ku bezkresowi… - jednym słowem: tajemniczość. Od początku powieści do ostatniej strony Dianne Dixon w niebywale interesujący sposób buduje napięcie, oprowadzając czytelnika po świecie zagubionego Justina Fishera, który cierpi na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Ten młody mężczyzna doświadczył traumatycznych przeżyć w dzieciństwie, a ulgę przynosiła mu ucieczka w zapomnienie i zatracanie wszelkich wspomnień wyrzucanych z pamięci po to, by przetrwać. Jako dorosły mężczyzna Justin pragnie jednak rozliczyć się z przeszłością, która mimo ciągłej ucieczki w zapomnienie, nie daje się pogrzebać. Wyrusza więc na wędrówkę w głąb siebie, aby poskładać w całość rozsypane wspomnienia. Pomagają mu w tym najbliższe osoby.

Powieść „Język sekretów” to nie tylko jego wędrówka w poszukiwaniu własnej tożsamości, ale również niezwykle wnikliwe, przedstawione z perspektywy kilku osób, studium ludzkiej psychiki naznaczonej cierpieniem. Emocje potęguje fakt, że cierpienie to dotyczy niewinnego dziecka. Autorka podjęła niezwykle trudny temat – rozliczanie się z innymi na własną rękę. W moim odczuciu pytanie, które rysuje się w tej powieści najwyraźniej, to pytanie, czy człowiek ma prawo wymierzać sprawiedliwość. Dixon pokazała, jak dramatyczne mogą być rezultaty błędnie podjętej decyzji. Cierpienie, jakie zadaje się innym, aby ulżyć własnemu cierpieniu, może okazać się niewspółmierne w swym ogromie do tego, co przeżywa osoba zraniona. Zemsta – zwłaszcza wymierzona w niewinną osobę – niczego dobrego nie przynosi.

'Język sekretów' to niezwykle poruszająca książka, napisana w bardzo ciekawy sposób, który pozwala na snucie własnych domysłów do samego końca powieści. Przeplatanka przeszłości i teraźniejszości, umiejętne budowanie napięcia, niezwykłe emocje i nieoczekiwane zaskoczenie – oto co dostanie czytelnik w debiutanckiej powieści Dianne Dixon. Moim zdaniem to nazwisko trzeba zapamiętać.

*******************
Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf II za egzemplarz recenzyjny.