wtorek, 11 października 2011

Sosnowe dziedzictwo i Pensjonat Sosnówka – Maria Ulatowska


Sosnowe dziedzictwo
Pensjonat Sosnówka
Maria Ulatowska
Warszawa 2011
 296 i 360 stron
*****************
Pierwsze zdania:
* Mecenas Witkowski stukał długopisem w blat biurka i co chwilę spoglądał na zegarek.
** - Dyziu - Anna, stojąc przed swoim portretem, spojrzała na jego autora - jestem wzruszona i zachwycona, ale co tam, sam wiesz!
Ostatnie zdania:
* I tak sosnowe dziedzictwo znalazło swoje nowe przeznaczenie.
** Albo... kiedy los nam pomoże!
 *****************
Przypuszczam, że Sosnówka i Anna Towiańska mają tyle samo zwolenniczek co przeciwniczek. Na pewno niejedną czytelniczkę wzruszyły książki Sosnowe dziedzictwo i Pensjonat Sosnówka, ale niejedną pewnie też mocno zirytowały. Wydaje mi się, że to jak odbierzemy te książki, zależy od nastroju i od tego, co w danej chwili jest nam potrzebne – czy podtrzymanie na duchu, czy potrząśnięcie, by realnie spojrzeć na  rzeczywistość i stanąć na nogi. Jeśli chcemy poczytać o idylli, w której wszystko idzie po myśli bohaterki, problemy rozwiązują się same, zło nie istnieje i wszyscy się kochają, to jest to doskonały wybór. Natomiast jeśli jesteśmy w trakcie zmagania się z rzeczywistością i doświadczamy trudności, takie podejście do rzeczywistości wywoła ironiczny uśmiech albo nieźle nas wkurzy. 

Anna Towiańska, bohaterka Sosnowego dziedzictwa i Pensjonatu Sosnówka to chodzący ideał – nie dość, że tak ładna, że mężczyźni zakochują się w niej natychmiast (i to w zasadzie wszyscy hurtem), to na dodatek mądra i dobra. No i jak się okazuje – jest bogatą dziedziczką! Anna wszystkich ludzi kocha, wszystkim wybacza i ma tylko dobrą wolę. I oczywiście wszyscy ją kochają. A ja jej nie lubię… Dla mnie jest  sztuczna –  zresztą jak cały obraz świata stworzony w wyobraźni Marii Ulatowskiej. Owszem, Sosnówka to zapewne przepiękne miejsce i każdy pewnie miałby ochotę jechać tam, aby się odstresować. I na pewno wróciłby natchniony nadzieją, że w ludziach drzemie naprawdę dużo dobra. Mnie jednak ze wszystkich bohaterów najbardziej zaintrygowała Wiola przedstawiona jako jedyny czarny charakter. To kobieta, która ma na koncie porzucenie własnego dziecka. Autorka jednak dość szybko „wymiksowuje” Wiolę z sielankowego towarzystwa i odsyła ją tam, skąd przyszła. A wszyscy inni żyją długo i szczęśliwie. 

Spłyciłam pewnie przesłanie autorki, bo pewnie chodziło o to, żeby nie poddawać się bez względu na to, co się dzieje w życiu, że trzeba zawsze mieć nadzieję, że trzeba wierzyć w ludzi, bo ludzie są dobrzy. Jednak życie to nie Sosnówka –  nie wszystko jest w nim białe (czytaj: idealne). No, chyba że mówimy o bajce dla dorosłych.
*******************
 Moja ocena: 3/6

Książkę przeczytałam w ramach akcji Włóczykijka
.

poniedziałek, 10 października 2011

Matematyka. Daj się uwieść! - Christoph Drösser


Matematyka. Daj się uwieść! 
Christoph Drösser
Warszawa 2011
242 strony

*****************
Wielu pała do niej żywą niechęcią. Wielu chronicznie jej nie cierpi. Dla wielu jest udręką. Niejeden z jej powodu wylał tony łez. Zmora większości uczniów. A jednak – obecna na każdym kroku, niezwykle przydatna, królowa nauk… Chyba nietrudno odgadnąć, że chodzi o matematykę. To właśnie ona jest główną bohaterką książki Christopha Drössera, który stara się pokazać ją od takiej strony, abyśmy ulegli jej urokowi. 

„Matematyka. Daj się uwieść!” to książka składająca się z kilkunastu rozdziałów, z których każdy jest poświęcony jakiemuś zagadnieniu matematycznemu. Nie jest to jednak seria wyjaśnień i obliczeń, ale niezwykle ciekawa prezentacja i opowiastka, najczęściej humorystyczna, oparta na wziętych z życia przykładach, w którą zostały wplecione wyjaśnienia, wzory i obliczenia. Możemy się więc ‘bezboleśnie’ zapoznać z matematycznymi ‘mechanizmami’ jak na przykład zasada proporcjonalności, obliczanie prawdopodobieństwa czy prawo wielkich liczb. Co ciekawe, autor zwraca uwagę na mechanizmy, które powodują, że wszystko wygląda inaczej niż podpowiada rozsądek.
Miejsca, gdzie czystej matematyki jest więcej, autor oznaczył jako ‘nie każdy mysi to czytać’. Z kolei zamieszczona na końcu każdego rozdziału obliczanka, to sytuacja życiowa, do której trzeba sporządzić obliczenia. Nie sądziłam, że jeszcze komuś uda się nakłonić mnie do tego, żebym coś policzyła z własnej, nieprzymuszonej woli, a na dodatek upatrując w tym przyjemności. Christophowi Drösserowi całkiem się to udało – przyłapałam się bowiem na tym, że próbuję zliczyć uściski i pocałunki, jakimi grupa znajomych obdarowała się przy pożegnaniu…

Skłamałabym, gdybym napisała, że książka Christopha Drössera sprawiła, że pokochałam matematykę. Jednak, choć tak się nie stało, nie żałuję ani chwili spędzonej nad tą książką – były to najmilsze matematyczne chwile, jakie miałam. Dowcipne wyjaśnienia, świetnie dobrane przykłady, odniesienie do życiowych sytuacji – wszystko to sprawia, że matematyka ożywa i przestaje jawić się jako potwór, ale jako część naszego życia. Szkoda, że nikt wcześniej zaprezentował mi matematyki w ten sposób.
*******************
 Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Naukowemu PWN za egzemplarz recenzencki.

niedziela, 9 października 2011

Rośliny, które zmieniły świat - Jarosław Molenda


Rośliny, które zmieniły świat
Jarosław Molenda
Zakrzewo 2011
362 stron

*****************

Lubię nowości – nowe miejsca, nowe książki ;-), nowe smaki… Nie mam oporu przed tym, żeby próbować nietypowych potraw, lubię wiedzieć, jak coś smakuje (lub nie smakuje ;-)). Lubię też sprawdzać, jak dana roślina rośnie. O ile wpadłabym na to, żeby sprawdzić, jak rośnie durian czy pomelo, o tyle sądziłam, że o bananie wiem, co trzeba. Okazało się, że niezupełnie… Czy wiecie na przykład, że bananowiec, który jest byliną, owocuje tylko raz w swoim życiu, a potem obumiera? Ja nie wiedziałam, choć bananów zjadłam tysiące. A czy wiedzieliście, że pomidory były kiedyś uważane za roślinę trującą? Bo mnie nawet to przez myśl nie przemknęło, bo gdyby rzeczywiście tak było, zginęłabym marnie już dawno temu – pomidor stanowi podstawę mojego wyżywienia :-).

Kakao, ziemniak, kawa, herbata, kukurydza, ryż to niektóre z roślin opisanych przez Jarosława Molendę, pisarza, podróżnika i dziennikarza, który dzieli się z czytelnikiem wiedzą i doświadczeniem, jakie zdobył podczas licznych podróży po różnych zakątkach Ziemi. Nie jest to bynajmniej encyklopedia przyrodnicza dostarczająca tzw. suchych faktów. To kilkanaście niezwykle ciekawych opowieści o roślinach, ich pochodzeniu, właściwościach, zaletach. Opisy i zgromadzone wiadomości wydają się wyczerpywać temat do granic możliwości. Gatunki i odmiany, jak i gdzie rosną, jak wyglądają i pachną, co cennego zawierają, etymologia nazwy, historia uprawy, dawne zwyczaje, zastosowanie dawniej i dziś – i pomyśleć, że tyle można się dowiedzieć o zwykłych: (a może niezwykłych?) ziemniaku, kukurydzy, bobie… O zwykłych roślinach, które okazały się na tyle niezwykłe, że trudno sobie wyobrazić życie bez nich.

Książka Jarosława Molendy „Rośliny, które zmieniły świat” to zbiór, który uważam nie tylko za doskonałe zestawienie obszernych informacji o używanych przez nas owocach, warzywach i innych roślinach, ale również za geograficzno-historyczny i kulturowy przewodnik dotyczący roślin, które – w naszym mniemaniu – dobrze znamy. Jednak nie do końca – zapewniam :-) Z wielką chęcią przeczytałabym kolejną część takiego ‘leksykonu roślin’ i ciekawa jestem, czy autor ma w planach kolejną część Chciałabym, żeby tak było.
*******************
 Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Replika za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 3 października 2011

Polowanie na sobowtóra – Linda Howard


Polowanie na sobowtóra
Linda Howard

To Die For

Tłumaczenie: Adona Możdżyńska

Warszawa 2011
336 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Większość ludzi nie traktuje cheerleaderek poważnie.
Ostatnie zdanie:
 Już zawsze będziemy razem.
******************
Leciutki dreszczyk emocji i ciut mocniejszy dreszczyk wywołany uczuciem bohaterów – czyli thriller plus romans w jednym – to dość efektowne połączenie, które sprawia, że powieść Lindy Howard „Polowanie na sobowtóra” budzi dreszczyk emocji u czytelnika.
Właścicielka fitness klubu, Blair Mallory, niechcący znalazła się jako jedyna osoba na miejscu zbrodni w momencie zabójstwa jednej ze swoich klientek. Nie wiadomo, czy Blair jest bardziej świadkiem, czy podejrzaną. Kiedy na scenę wkracza przystojny Wyatt Bloodworth, z którym Blair miała romans jakiś czas temu i ich relacja zaczyna się odradzać, robi się bardziej zabawnie niż przerażająco. Co prawda na początku książki tak się przestraszyłam, że potem oczekiwałam dużo bardziej zagmatwanej akcji niż ta, którą zaproponowała autorka. Wymyśliłam kilka swoich wersji zakończenia, ale chyba w sumie o to chodzi w książkach, w których jest zbrodnia, śledztwo i jedyny świadek. Rzeczywiście – oczekiwałam drastycznych zwrotów akcji i większego „zamieszania”. No bo czy nie przestraszylibyście się, gdyby się okazało, że ktoś, kogo znacie i widujecie regularnie, staje się do Was coraz bardziej podobny? A na dodatek pada potem ofiarą zabójstwa… To musi być straszne, kiedy się widzi, że ktoś zamordował osobę, która wyglądała prawie tak samo jak my sami. Pytanie o to, czy zabójca rzeczywiście „dopadł” tę osobę, którą chciał, samo nasuwa się na myśl…
Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Jako przerywnik pomiędzy klasyką a literaturą faktu taki styl naprawdę pozwala się odprężyć. A drobne napięcie i lekki dreszczyk emocji nikomu jeszcze nie zaszkodziły. Polecam na jesienny wieczór.

*******************
Moja ocena: 4/6
Bardzo dziękuję wydawnictwu G+J za egzemplarz recenzencki.

Bezludny raj − Ana María Matute


Bezludny raj
Ana María Matute

Paradiso inhabitado

Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo W.A.B.
seria z miotłą
Warszawa 2011
368 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
Urodziłam się, kiedy moi rodzice już się nie kochali.
Ostatnie zdanie:
 Jednorożce nigdy nie wracają.
******************
Raj w tytule i sympatyczny jednorożec na okładce przywodzą na myśl szczęśliwe dzieciństwo. Jeśli dodamy do tego określenie „bezludny”, robi się zastanawiająco. Czy tytuł powieści ‘Bezludny raj’, w której autorka Ana María Matute zamieściła również wątki autobiograficzne, sugeruje, że jest to książka o szczęśliwym dzieciństwie, czy może raczej o samotności zaznanej w czasie, który − na zawsze i bez względu na wszystko − będzie uznawany za ‘raj’? Kraina wspomnień z dzieciństwa, która choć nie zawsze przepełniona szczęściem i pozytywnymi emocjami, wydaje się tak głęboko zakorzeniona w człowieku, że jej magię można długo i intensywnie odczuwać we wspomnieniach.

Adrianne, dziewczynka, która przyszła na świat jako najmłodsza w rodzinie w momencie uznanym za niewłaściwy, nie doświadczyła właściwie niczyjej czułości i bliskości. Do tego nie należała do osób otwartych i łatwo nawiązujących kontakt, a jej osobowość blokowała ją na tyle, że długo nie miała towarzyszki czy towarzysza zabaw w swoim wieku. Spędzała więc swoje dzieciństwo we własnym świecie, który sama sobie stworzyła i w którym czuła się bezpiecznie. Przerażał ją świat Olbrzymów i trudno jej było zrozumieć ich działania. A że dorastała w samotności, nie mając kogoś, kto „oswoiłby” ją ze światem, rozumiała go na tyle, na ile sama zdołała sobie wytłumaczyć to, co się w nim działo, próbując ułożyć w jakiś konkretny obraz strzępki informacji, które zasłyszała.

Dzieciństwo Adri ma jaśniejsze barwy, gdy na jej drodze staje Gawryła, chłopiec, z którym dziewczynka doskonale się rozumie i dzięki któremu rozwiewają się jej lęki i samotność i który budzi w niej uczucia, jakich nie znała. Dzięki niemu uczy się miłości i dzielenia się z drugim człowiekiem swojego czasu i swoich problemów. Ale czy raj może trwać wiecznie?

Świat dorosłych widziany z perspektywy dziecka, świat emocji, marzeń, ale i niepokoju i braku miłości, został opisany przez hiszpańską pisarkę niezwykle plastycznym językiem. Książkę już skończyłam czytać, a nadal wydaje mi się, że z ukrycia spogląda na mnie dziewczynka zagubiona i samotna w świecie Olbrzymów. 'Bezludny raj' to naprawdę piękna opowieść.

*******************
Moja ocena: 5,5/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki.

niedziela, 2 października 2011

Cesarzowa - Pearl S. Buck


Cesarzowa
Pearl S. Buck

Imperial Woman

Tłumaczenie: Krzysztof Schreyer
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
494 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
Kwiecień, czwarty miesiąc roku słonecznego 1852, trzeci miesiąc roku księżycowego, dwieście ósmy rok panowania w Chinach wielkiej dynastii mandżurskiej.
Ostatnie zdanie:
- Może - rzekła - może...
******************
 (moje zdjęcie)

Chiny – przełom XIX i XX wieku. Orchidea, skromna dziewczyna z mandżurskiego rodu, zostaje wybrana przez cesarza Chin na konkubinę i tak rozpoczyna się jej życie w Zakazanym Mieście. Tam zaczyna się jej dążenie krok po kroku do zdobycia najwyższej władzy. Po śmierci cesarza Xianfenga zostaje regentką prawowitego władcy – swego nieletniego wówczas syna. Na kartach historii Orchidea zapisała się jako ostatnia cesarzowa Chin Tzu Si czyli Cixi.

Pearl Buck jak zwykle doskonale odwzorowuje atmosferę tamtych czasów i miejsc. Zakazane Miasto, władcy, kobiety, intrygi, spiskowanie, miłość, samotność, poczucie obowiązku, kobiece emocje – oto co przewija się na kartach tej powieści. Zarówno sfera emocji i uczuć, jak i polityczne wydarzenia zostały doskonale scharakteryzowane. Czasy, w których żyła nie należały do najłatwiejszych dla władcy – trudno było zaskarbić sobie zaufanie poddanych, Europejczycy wchodzili coraz mocniej do Chin, targanych licznymi powstaniami, wojnami. Nie było łatwo o mądre decyzje, bywało więc różnie. Buck świetnie zilustrowała motywy działania Tzu Si zarówno jako kobiety, jak i najważniejszej osoby w państwie. Tzu Si to kobieta niezwykle inteligentna i ambitna, która niestrudzenie zdobywała wiedzę, by w czasie rozmowy wiedzieć więcej niż jej rozmówca. Wśród innych cech, które ją wyróżniały była też konsekwencja, upór, wytrwałość, zdolność do poświęcenia się dla konkretnej spraw, „umysł mężczyzny w ciele kobiety”, siła, poczucie obowiązku, ale i bezwzględność, a nawet mściwość. Charakter cesarzowej kształtuje się pod wpływem wydarzeń i tego, co ją spotyka.

 Fakty historyczne plus fikcja literacka tworzą ciekawe tło wydarzeń i zachęcają do zapoznania się z bogatą historią Chin. Nie można się powstrzymać przed zastanowieniem, co jest fikcją, a co wydarzyło się naprawdę. Ile z prawdziwej Cixi jest w Jehonali opisanej przez Buck? 

Jeśli są Wam bliskie wschodnie klimaty, to „Cesarzowa” zaspokoi chęć zapoznania się z sytuacją Chin na przełomie XIX i XX wieku, jednocześnie przynosząc zadowolenie miłośnikom książek o intrygach i spiskach, a oprócz tego o miłości i samotności.
  
*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Muza
za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 26 września 2011

Pewna forma życia – Amélie Nothomb


Pewna forma życia
Amélie Nothomb

Une forme de vie

Tłumaczenie: Joanna Polachowska
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2011
112 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
List, który przyszedł dziś rano, był inny niż te, które dostawałam do tej pory...
Ostatnie zdanie:
 Uwolnisz się od swojego największego problemu, jakim jesteś ty sama.
******************

Lubię sięgać po książki spoza „szufladki” „literatura angielska”, „literatura amerykańska”, „literatura polska”, a jakoś tak się składa, że w większości takie czytam. O belgijskiej pisarce Amélie Nothomb owszem słyszałam, ale nawet zbierająca bardzo pozytywne recenzje „Podróż zimowa” nie wpadła w moje ręce. Jeszcze :-) Mam zamiar nie poprzestać na tej jednej niedługiej książce, aby mieć wyrobione zdanie o pisarstwie Amélie Nothomb, tym bardziej że z tego co przeczytałam, akurat ta książka nie jest typowa dla tej autorki.

„Pewna forma życia” to książka popularnej belgijskiej pisarki, znanej również z tego, że bardzo sobie ceni kontakt z czytelnikami i często z nimi koresponduje. „Pewna forma życia” opiera się właśnie na takiej korespondencji.

Malvin Mapple, amerykański żołnierz stacjonujący w Iraku, postanowił podzielić się swoimi przeżyciami z pisarką, oczekując od niej zrozumienia, chęci wsłuchania się w jego problemy oraz służenia radą i pociechą. Autorka nie ukrywa zaskoczenia, tym bardziej że ów żołnierz ma mocno nietypowy pomysł na wyrażenie swego protestu przeciwko wojnie – protestuje, objadając się. Osiąga wagę prawie 200 kilogramów! Po jakimś czasie jednak ich korespondencja urywa się i pisarka zaczyna się na tyle niepokoić losem Malvina, że postanawia wybadać sprawę... A dalej może być już tylko zaskoczenie:-)

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, wydała mi się nieco dziwna. I nie chodzi tu o formę, bo pomysł z listami jest ciekawy. Jednak cały czas w czasie czytania nie mogłam zrozumieć, czy opisane wydarzenia i odczucia to świat rzeczywisty, czy fikcja literacka. Z drugiej strony poruszanie się pomiędzy tymi dwoma światami było całkiem przyjemne. Czasem miałam nieodparte wrażenie, że są to rozmowy z gabinetu psychiatrycznego, a dokładnie – że protestujący żołnierz potraktował swoją korespondencję z pisarką jako terapię, której zdecydowanie powinien się poddać. Jego wywody graniczyły z absurdem, a w zasadzie granicę absurdu przekraczały. Gdybym miała zaklasyfikować tę książkę, przypisałabym ją do kategorii książek psychologicznych. Autorce udało się bardzo wyraźnie pokazać, jak głębokie ślady zostawia wojna w psychice człowieka i jak się to odbija na jego przyszłości.

Z pewnością jako główną pozytywną cechę tej książki wymieniłabym oryginalność. Dla mnie najciekawsze było to, jak mocno Malvinowi udało się zaabsorbować autorkę i sprawić, że jego życie stało się dla niej tak intrygujące. Co wyniknie z dociekań Amelie? Jaka jest prawda o żołnierzu? Oczywiście nie napiszę ;-) Umiejętność zaskoczenia czytelnika Amélie Nothomb posiada na pewno.

*******************
Moja ocena: 4/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Muza
za egzemplarz recenzencki.

Dziewczyny wojenne – Łukasz Modelski


Dziewczyny wojenne
Łukasz Modelski

Wydawnictwo Znak
Kraków 2011
306 stron

*****************
Co się stało 1 września 1939 roku, każdy wie. Jednak rzadko kto umie wymienić choćby kilka nazwisk kobiet, które w czasie II wojny światowej podjęły się bohaterskich czynów. Oczywiście nie podjęły się ich po to, aby zostać bohaterkami, ale dlatego, że wymagała tego sytuacja. Czasem zdecydował o tym przypadek, czasem pełna świadomość, a czasem poryw serca. W każdym przypadku taka decyzja oznaczała jedno – gotowość, aby pomagać innym i z narażeniem życia walczyć dla Polski.

Szczerze powiem, że niewiele wiem o tamtym okresie i niezbyt chętnie sięgam po literaturę o tematyce wojennej – parę dat, trochę suchych faktów, kilkanaście słów-kluczy. Dlatego „Dziewczyny wojenne” Łukasza Modelskiego wydały mi się dobrą okazją do tego, aby uzupełnić braki. Pomyślałam, że skoro to książka o dziewczynach i o wojnie, to może dam radę przebrnąć. Powiem przewrotnie – bardzo się pomyliłam… Jeśli chodzi o strukturę książki, to jest ona podzielona na jedenaście opowieści. Miałam zamiar „dawkować” sobie jedną opowieść co wieczór, sądząc że dwie na raz będą dla mnie nie do przejścia. Okazało się, że nie jestem w stanie odłożyć tej książki… Pomyliłam się – książka jest doskonała.

Każda opowieść to historia jednej kobiety. Różne kobiety, różna zadania, różne losy. Jednak 1 września 1939 oznaczał dla każdej z nich jedno – koniec beztroskiej młodości, koniec marzeń, koniec ‘normalnego’ życia. Zamiast studiować, zdobywać praktyczną wiedzę o życiu, szukać pracy, one rozprowadzają ulotki i broń, ukrywają żydowskie dzieci, uczą się strzelać, opatrują rannych, są żywymi torpedami… Ich ścieżki to te same miejsca, w których byłam tyle razy – plac Narutowicza, plac Zbawiciela, Chłodna, Aleja Szucha, Koszykowa… Okrucieństwo wojny nie pozbawia ich uczuć. Kochają i chcą być kochane. Wiernie czekają na ukochanych. Odczuwają strach, ale nie dają tego po sobie poznać. Co więcej, uczą innych, jak przetrwać. Tracą bliskich, ale nie tracą nadziei. Walczą o lepszą przyszłość. Niestety, po wojnie jeszcze wiele czasu upłynie zanim ich odwaga zostanie doceniona. Wielu zasłużonym w walce o wolną Polskę, wyzwolenie wcale owej wolności nie przyniosło.

Łukasz Modelski zrobił bardzo pozytywną rzecz – w „Dziewczynach wojennych” utrwalił historie kobiet, które zrobiły wiele dla innych i dla swojej ojczyzny. Pamięć o nich powinna trwać. Ich – walczących w czasie wojny – jest już coraz mniej, ale my – ich dzieci, wnuki, prawnuki – chcemy o nich pamiętać. Moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zarówno dla młodzieży, jak i dla pokolenia, które w czasach szkolnych nie miało jak poznać prawdziwej historii.

*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak
za egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 19 września 2011

Klaudyna w Paryżu - Sidonie Gabrielle Colette


Klaudyna w Paryżu
Sidonie Gabrielle Colette

Claudine à Paris

Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska
Wydawnictwo W.A.B.
Kraków 2011
236 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
  Dziś powracam do mego dziennika, którego pisanie musiałam przerwać w czasie choroby, w czasie ciężkiej choroby - bo zdaje się, że ja naprawdę byłam bardzo chora!
Ostatnie zdanie:
 I wracamy do mego pokoju, ja wtulona w jego ramiona, on unosząc mnie, jakby mnie porywał, oboje uskrzydleni i niemądrzy jak zakochani z romancy...
******************
Sidonie Gabrielle Colette to francuska pisarka żyjąca na przełomie XIX i XX wieku czyli czasów, gdy takie wybryki jak publiczny pocałunek dwóch kobiet, romans z własnym pasierbem czy wyjście za mąż trzy razy, nie uchodziły bez echa. Collette uważa się więc nie tylko za jedną z najpopularniejszych pisarek francuskich, ale również za znaną skandalistkę.

Moja przygoda z jej twórczością rozpoczęła się od przeczytania „Klaudyny w Paryżu”, drugiej spośród czterech książek z serii powieści zawierających wątki autobiograficzne. Nie ukrywam, że był to główny powód, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Sylwetka odważnej, łamiącej liczne konwenanse, przeciwstawiającej się przyjętym normom Collette wydała mi się bardzo interesująca. Byłam ciekawa jak wiele z samej Collette będzie miała Klaudyna. Sądzę, że sporo:-)

W książce „Klaudyna w Paryżu” Collette opisała wydarzenia z życia dorastającej nastolatki oraz jej uczucia i marzenia towarzyszące jej w okresie wkraczania w dorosłe życie. Klaudyna to niepokorne dziewczę – nie pozwala innym sobą manipulować, nie przestrzega obowiązujących zwyczajów, mówi otwarcie o sprawach, które w tamtych czasach uważano za tematy tabu. Nie owija w bawełnę, nie przebiera w słowach. Łamanie przyjętych zasad wyraża między innymi mało kobiecym stylem ubierania się, zmianą fryzury czy czytaniem książek uznawanych za nieodpowiednie dla młodej kobiety. Jej relacje z ludźmi również pozostawiają wiele do życzenia – przyjaźń z Łusią, rozmowy z Marcelkiem, zauroczenie sporo starszym od siebie mężczyzną – w dzisiejszych czasach pewnie nie byłyby aż tak kontrowersyjne jak w ubiegłym wieku.

Udało mi się polubić tę dziewczynę z charakterkiem na tyle, że będę chciała jeszcze o niej poczytać. Lubię takie wyraziste postacie literackie, a Klaudyna zdecydowanie do nich należy.

Dodam jeszcze, że bardzo mi się podoba opracowanie graficzne całej serii. Przypuszczam, że pozostałe książki z tej serii również mają milutką w dotyku okładkę.
Polecam :-)

Zdjęcie z Wikipedii

*******************
Moja ocena: 5/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu W.A.B.
za egzemplarz recenzencki.

sobota, 17 września 2011

Jak ona mogła? - Dana Fowley


Jak ona mogła?
Dana Fowely

How could she?
Tłumaczenie: Hubert Górski
Wydawnictwo Hachette
Warszawa 2011
284 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
  Z tego wszystkiego, co powiedział sędzia, dotarły do mnie tylko dwa słowa: 'Dwanaście lat'. 
Ostatnie zdanie:
 I to liczy się najbardziej.
******************
Jak ona mogła?” – pytanie to jest tytułem prawdziwej historii spisanej przez Danę Fowley, kobietę pochodzącą z przeciętnej edynburskiej rodziny. Widząc smutne oczy dziewczynki na okładce i wiedząc, że jest to książka z serii „Pisane przez życie”, byłam bardzo ciekawa, komu zostanie zadane to pytanie. Nie zgadłam. Nie zgadłabym − choćbym nie wiem jak się starała, nie wymyśliłabym czegoś takiego. Historia jest tak bolesna, że wolałabym móc zapewnić wszystkich, że to jednak jest fikcja literacka, a nie prawdziwa historia.

Autorka była w dzieciństwie ofiarą pedofilii. Spotkało ją wiele złego ze strony najbliższych osób. Od najmłodszych lat była zmuszana do zaspokajania wyuzdanych potrzeb ludzi, wśród których żyła. Nigdy nie okazano jej miłości. Nigdy nie była przytulona przez swoją matkę i nigdy nie usłyszała, że jest kochana. I choć nie nauczono jej, jak okazywać miłość, Dana w swym dalszym życiu doskonale potrafi się nią dzielić ze swoimi najbliższymi.

Będąc dzieckiem, w swej rodzinie nie miała u nikogo wsparcia. Nie miała, ale też nie szukała. Sądziła po prostu, że to, co ją spotyka na co dzień, jest czymś normalnym i że tak się dzieje we wszystkich rodzinach. Kiedy zaczęła dorastać i odkrywać okrutną prawdę, zrozumiała, jak bardzo została skrzywdzona. Dlaczego musiało upłynąć tak wiele czasu, zanim zdecydowała się mówić? I jak to możliwe, że jednocześnie kochała i nienawidziła swoją matkę?

Dana próbowała prowadzić „normalne” życie, ale jej doświadczenia z dzieciństwa nie dało się ot tak, po prostu, wymazać z pamięci . W końcu przyszedł moment na rozprawienie się z przeszłością. Pisanie tej książki było jedną z form w terapii. Dana bardzo realistycznie patrzy na przyszłość swoją i swoich dzieci. Wie ze jej synowie też będą kiedyś musieli zmierzyć się z jej przeszłością. Pragnie wiec pokazać im, że przeszłość i środowisko nie definiują czyjegoś przyszłego postępowania, że można żyć inaczej, że można się wyrwać z piekła. Dana chciała też zrobić coś dla dzieci, które tak jak ona kiedyś, padają ofiara pedofilii. Przekazuje im, że trzeba mówić o doznawanych krzywdach, nie bać się, bo wtedy znajdzie się ktoś, kto pomoże – tak jak jej pomógł Paul, mężczyzna jej życia.

Historia Dany Fowley jest tak dramatyczna, że aż trudno uwierzyć, że coś takiego jest możliwe. Że można to przeżyć. Że można dalej żyć. Że można być szczęśliwym. Dana pokazuje, jak małymi kroczkami mimo wszystko idzie w kierunku szczęścia.


*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Hachette
za egzemplarz recenzencki.


czwartek, 15 września 2011

Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć - Daniel Dosa


Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć
David Dosa

Making Rounds with Oscar
Tłumaczenie: Agnieszka Maria Wrońska
Świat Książki
Warszawa 2011
238 stron

*****************
Pierwsze zdanie:
  Jeśli kochasz swój zawód, twoje miejsce pracy może wydawać ci się piękne bez względu na to, jakie ono jest w ocenie reszty świata. 
Ostatnie zdanie:
 A tak przy okazji: na końcu moich dni wolę kota niż OIOM.
******************
David Dosa to amerykański lekarz geriatra, który w swojej książce "Oskar. Kot, który przeczuwa śmierć" przedstawił kilka prawdziwych historii ludzi, którzy trafili do domu opieki Steere House na Rhode Island. Pensjonariusze domu opieki nie są jedynymi mieszkańcami tego miejsca. Mieszkają tam również… koty. Trudno uwierzyć, że są takie placówki medyczne, że „futrzak” nie jest traktowany jako potencjalny nosiciel wszelkiej zarazy, ale jako istota, która pełni ważną rolę w końcowym etapie życia pacjentów dotkniętych demencją czy inną chorobą charakterystyczną dla starszych osób.

Mimo że tytułowym bohaterem jest kot Oskar o niezwykłej i nie do końca dającej się wyjaśnić umiejętności wyczuwania nieuchronnie nadciągającego końca, to tak naprawdę bohaterów jest w tej książce wielu. Są to zarówno ci, których choroba dotknęła bezpośrednio, jak i ci, którzy starają się, choć nie zawsze umieją, pomóc swoim bliskim. Czasem zmuszeni są, aby patrzeć co dnia na ich powolne odchodzenie, czasem muszą się godzić z tym, że pewnego dnia nie zostaną rozpoznani przez osobę, z którą spędzili wiele lat i którą kochali, a czasem będą mogli cieszyć się z jeszcze jednej chwili, którą mogli ofiarować staruszkowi, którego już nie ma. Jest to więc zbiór trudnych życiowych historii, które ułatwią zrozumienie tego, jak chory na Alzheimera lub podobną chorobę widzi świat. Książka zawiera też prawdziwą do bólu prawdę o życiu – śmierć jest nieuchronna. I choć trudno patrzeć na powolne odchodzenie ukochanej osoby, w czasie choroby tego typu ci, którzy zostaną, mają czas na to, aby oswoić się z tym, co nieuchronne.

A jaką rolę spełnia w tym wszystkim kot? On wciąż jest na posterunku. Wie, kiedy jest potrzebny. Potrzebują go nie tylko umierający w chwili przejścia „na drugą stronę”, ale i ci, którzy przy nich czuwają. Oskar jest obecny w chwili, gdy nikt nie chciałby być sam. Jego cichutka obecność pozwala poczuć się lepiej. I nie jest aż tak ważne to, skąd on to wszystko wie i jak to wyczuwa. Najważniejsze, że jest tam, gdzie go potrzebują.

David Dosa zrobił bardzo wiele – przypomniał, jak ważna jest każda chwila w życiu oraz jak cenne jest zdrowie. Jak radosne są wszelkie małe zwycięstwa i jak ważna jest chwila, która trwa…

A co do kota Oskara, to doczekał się już nawet swojej strony w Wikipedii :-)


*******************
Moja ocena: 6/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Świat Książki
za egzemplarz recenzencki.


Na zdjęciu u góry oprócz książki zobaczycie też prześliczną zakładkę, wygraną w losowaniu zorganizowanym przez Kasiek :-) Dziękuję. 
Do tej książki pasuje znakomicie :-)


poniedziałek, 12 września 2011

Lato w Jagódce - Katarzyna Michalak


Lato w Jagódce
Katarzyna Michalak

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
282 strony

*****************
Pierwsze zdanie:
  Gabrysia była szczęśliwa. 
Ostatnie zdanie:
 Była Szczęśliwa, przez duże S, właśnie tak!
******************
„Lato w Jagódce” Katarzyny Michalak to opowieść o szczęściu, nadziei, miłości, ludzkiej dobroci. O tym, że trzeba mieć marzenia. Ciepła i optymistyczna powieść nie tylko na smutne dni.

Główna bohaterka Gabriela Szczęśliwa to młoda osoba, której nazwisko świetnie współgra z jej osobowością. Gabrysia bowiem – mimo że nie ma w życiu lekko – umie się cieszyć tym, co ją spotyka. Doznała w życiu wiele miłości od cioci Stefanii, choć świadomość bycia porzuconym dzieckiem raczej nie sprzyja optymistycznemu nastawieniu do świata. Jednak dzięki mądrości Stefanii, Gabrysia czuła się osoba kochaną i wartościową. Los nie obdarzył jej urodą i wielokrotnie słyszała w dzieciństwie gorzkie słowa od rówieśników, ale nauczyła się wybaczać i zdrowo reagować na to, że inni mają problem z zaakceptowaniem jej braku urody oraz jej niepełnosprawności. Nie znaczy to, że zupełnie się tym nie przejmowała – przecież jej największym marzeniem było to, żeby w tramwaju czy autobusie jej wygląd nie wywoływał dyskusji, kto powinien ustąpić jej miejsca…

Niektóre wątki powieści Katarzyny Michalak pokazują niesprawiedliwość i ludzką przebiegłość. I choć odgadnięcie tego, co się wydarzy, nie było zbyt trudne, to historia, przedstawiona prostym językiem niesie tyle życiowej mądrości i  optymizmu, że czyta się ją naprawdę przyjemnie. Dzięki temu, że ludzka zgorzkniałość, mściwość i nienawiść zostały tak wyraziście skontrastowane z dobrocią i miłością, czytelnik nie ma wątpliwości, jakie wartości promuje autorka. Czytelnicy, którzy lubią książki, w których świat wartości jest jasno przedstawiony, na pewno będą zadowoleni.

„Lato w Jagódce” nie jest jednak przesłodzoną opowiastką, choć pewne wydarzenia wydają się zupełnie nierealne i bajkowe – jest nawet bogaty książę! :-) Dla mnie jest to spojrzenie na życie z perspektywy osoby niepełnosprawnej, która nie traci nadziei na to, że i do niej los się uśmiechnie.


*******************
Moja ocena: 5/6

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Literackiemu
za egzemplarz recenzencki.