sobota, 12 marca 2011

No i stało się...

Stało się TO.
Nie mogłam się powstrzymać... Tak tam miło :-)

*********

No i tak już ze mną jest - z jednej strony ledwo zipię i ledwo za własnym ogonkiem nadążam, a z drugiej pcham się wszędzie, gdzie widzę miejsce dla siebie. Problem w tym, że nie jest to jedno miejsce. Na nic się zdało to, co przemyślałam parę dni temu. Zastanawiałam się nad tym, czy to normalne, że czuję się przeciążona i umyka mi gdzieś pełna przyjemność z tego, co robię. Czy to nie jest tak, że w czasach ogólnego pędu i galopu wszyscy podobnie się czujemy - chodzimy na wysokich obrotach, gonimy, nie nadążamy, nie zdążamy zauważyć, że robimy coś przyjemnego, bo za chwilę robimy już coś innego...

Jestem przytłoczona nadmiarem. Nie chodzi mi o bogactwa materialne. Nadmiar pracy w pracy :-), nadmiar pracy w domu, nadmiar obowiązków - wobec innych i wobec siebie, nadmiar informacji,  nadmiar rzeczy, które chcemy zrobić, umiejętności, które chcemy nabyć. Dwadzieścia cztery godziny - każdy wie, że doba posiada wyłącznie tyle i ani minuty więcej. Zawsze i niezmiennie - a zajęć przybywa.

Czy to nie powinno być tak, że w momencie, kiedy decydujmy się na coś nowego, kończymy coś starego? Aby szafa nie wywróciła się od nadmiaru ubrań, trzeba ponoć rezygnować z tylu starych ciuchów, ile nowych się zakupi. Czy człowiek naprawdę musi w dzisiejszych czasach pracować w kilku miejscach, korzystać z kilku bibliotek, czytać kilka książek na raz, mieć więcej niż jedno hobby, mieć miliony zakładek w przeglądarce, mieć tysiąc kont internetowych, obserwować setkę blogów ? 

Pytanie jest zasadnicze - muszę czy chcę jeździć na nartach, grać w tenisa, chodzić na basen, siłownię, jogę i aerobik; muszę czy chcę prawie jednocześnie szydełkować, scrapbookować, decoupage'ować, robić witraże i biżuterię artystyczną; muszę czy chcę podejmować kolejne wyzwania czytelnicze; muszę czy chcę o tym wszystkim pisać?

Żeby to miało sens muszę nie musieć, ale chcieć :-) W momencie kiedy pomyślałam, że mam zaległości na blogu, uświadomiłam sobie, że to nie tak. Nie po to przecież się pisze, żeby wpędzać się w wyrzuty sumienia i poczucie, że coś wisi nad głową. To przecież ma być przyjemność.



Miewacie czasem takie dylematy?

2 komentarze:

  1. No jasne. Świat sam w sobie jest tak piękny i ciekawy, że trudno nie rzucać się na niego z obłąkanym zamierzeniem doświadczenia WSZYSTKIEGO. Chciałoby się jednocześnie i dowiadywać się więcej, i spotykać się ludźmi, i robić coś pożytecznego... Wydaje mi się, że grunt to umieć podjąć świadomie decyzję, co w danym momencie jest najważniejsze. To trudna sztuka, cały czas się uczę, ale zakładam, że ten wysiłek nie pójdzie na marne :-) A to dlatego, że świadoma refleksja nad tym, co i dlaczego się robi jest moim zdaniem wartością samą w sobie. Po ludzku - spotykam się z kimś i spędzam z nim czas nie dlatego, że tak się złożyło, ale dlatego, że tak chciałam (i dla mnie automatycznie to spotkanie jest o wiele cenniejsze). Zarwałam noc czytając nie dlatego, że "mnie wciągnęło" i nagle zrobiła się 4 nad ranem, tylko dlatego, że wybrałam taki sposób sprawienia sobie przyjemności. Gdy decyduję się przeznaczyć na coś czas, nigdy nie mam poczucia, że go zmarnowałam, nawet jeśli spotkanie było nieprzyjemne, a książka niewiele warta :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, Dd :-) Tylko szkoda, że nie możemy decydować o wszystkim co się wokół nas dzieje :-) A z drugiej strony - może i lepiej. Najważniejsze, że możemy się wciąż uczyć decydować o tym, co ma być w nas ;-)

    OdpowiedzUsuń